wtorek, 29 marca 2011

[345].



(Yves Montand - Les Feuilles Mortes)

***

nie wiem jak Wam o tym napisać, żebyście nie zaczęli podejrzewać mnie o totalne rozmiękczenie mózgu po chemioterapii.
otóż zrządzeniem losu spotykam na mojej drodze dobrych ludzi.
i nie mam na myśli Babci B., Niemęża, Synka czy Agi (z którą nie jestem w związku tylko dlatego, że nie jest homo, a przynajmniej - bi).

wewnętrzny imperatyw każe mi opowiedzieć o otrzymywanej dobroci i pisemnie podziękować za nią.
wiem, że brzmi to tandetnie i wieje brazylianą, a co z tego.
muszę i już.

- dziękuję zimnu, że mi pomogła w załatwieniu Bardzo Ważnej Sprawy, te same podziękowania kieruję do Li
- dziękuję Sebastianowi za pracę, którą mogę wykonywać bez wychodzenia z domu
- dziękuję Renacie i Jej Mężowi, WS, Unforgivenowi i Łukaszowi za pomoc w szukaniu pracy, za podsunięcie ofert pracy
- dziękuję Kasi za Viledę (nawet jeśli obgryza kaloryfer)
- panu Cezaremu za opiekę nad wszystkimi moimi komputerami, które ku Jego uciesze regularnie psuję
- panu Januszowi za terabajty e-booków
- zaś moim chustkowym Czytelnikom dziękuję za kibicowanie, wspieranie, dobre słowa, za to, że JESTEŚCIE.


codziennie odwiedza mnie około półtora tysiąca osób, to niewiarygodne!
piszecie do mnie maile, w których opisujecie Wasze zmagania z rakiem; piszecie o sile, którą czerpiecie do walki z mojego bloga, ale również wspieracie mnie w mojej codzienności.

z niektórymi z Was koresponduję, z innymi miałam możliwość spotkać się (Zazie :*, Marciocha :*).

dzięki Chustce poznałam wspaniałych ludzi.

boże, pobłogosław internet!

***

każdego dnia, gdy przeglądam statystki odwiedzin, zastanawiam się skąd jesteście, dlaczego mnie czytacie, co lubicie robić, jakie macie marzenia.
opowiecie o sobie?

poniedziałek, 28 marca 2011

[344].



(Etta James - Damn your eyes)

***

obiad: zupa miso i sześć futomaków z pieczonym łososiem.
(BTW mam wrażenie, że na sushi przychodziłoby więcej ludzi, gdyby były tam normalne sztućce. gdy podałam tę sugestię właścicielowi lokalu popatrzył na mnie jakbym na niego napluła).

***

Vileda wczoraj soczyście wymiotowała, a dziś obgryza kaloryfer.
znawcy kotów, wiecie co to znaczy? napiszcie mi proszę raz - dwa!

***

zaczynam tracić kontrolę nad sytuacją, nad tyloma sprawami usiłuję zapanować.
idę więc spać. zacznę się spinać od nowa od jutra rana.
na dziś wystarczy biegania.
pchły na noc.

niedziela, 27 marca 2011

[343].



(Ewa Bem - Cały świat)

***

Syn do czwartku u Voldemorta.
- a co jadłeś na obiadek?
- dopiero teraz będzie obiadek.
- o dziewiątej wieczorem? a kiedy będzie kolacja?
- mamusiu, oni tu nie podają kolacji, oni obiad jedzą na kolację.

no tak.
- a tatuś pali papierosy przy Tobie?
- pali, ale jak pali to ja go przeganiam żeby sobie poszedł, żebym raka nie dostał.
- a śmierdzisz papierosami?
- no śmierdzę, ale co zrobić, taka to już jest ta rodzina tutaj.

no tak, rodziny się nie wybiera.

***

byłam dziś na obiedzie z Zazie, Syd, Kumokiem i Miszurkiem (i Igą).
(przed Anonimem z komentarza do poprzedniego posta spowiadam się: zjadłam gęstą zupę pomidorową, paciaję z bakłażanów i pomidorów, a na deser - ciastko marchewkowe i takie drugie brązowe. ponadto wypiłam dwa kubki herbaty).

Zazie zwróciła mi uwagę na pewną kwestię, której nigdy dotąd nie objęłam aż tak wprost rozumem: bycie rodziną jest relacją wzajemną.
wyjaśniam:
1. nie stanowię z tobą rodziny, jeśli ja chcę, a ty nie chcesz.
2. gdy stanowimy rodzinę, ja pomagam tobie, więc gdy będę w potrzebie, dostanę wsparcie od ciebie.
proste, acz odkrywcze.

sobota, 26 marca 2011

[342].



(Zaz - Mi va)

***

byłam u Babci B.
nakarmiła mnie za cały tydzień.
ledwo się poruszam.
idę się przewrócić w pościel i błogo zasnąć. niech się sadło zawiązuje.

a tymczasem sąsiadka Babci B., staruszeczka Zofia, będzie jutro od rana odmawiać litanię za mnie (o czym powiadomiła Babcię telefonicznie).
nie wiem czy to w czymkolwiek mi pomoże, ale pewnie Zofii - tak.

choć przyznaję, że przyjemnie jest wiedzieć, że ludzie otaczają mnie dobrymi myślami.
i przyjemnie jest też otaczać innych dobrymi myślami.
...czasami tylko tyle możemy zrobić...

piątek, 25 marca 2011

[341].



(Vasco Rossi - Senza parole)

***



(Vasco Rossi - Sto pensando a te)

***

spotkałam na mojej drodze mentalne szczurki.
tym razem w życiu prywatnym.

znacie ten typ?
są z definicji żałosne - to ich sposób na zdobywanie zainteresowania świata.
oczekują współczucia, litości.
przejmująco opowiadają o swojej niedoli, ale jednocześnie atakują. (potem mówią, że ugryzły ze strachu przed pogryzieniem).
obiecują pomoc, która na słowach się kończy. (ooo, widzisz jakie są nieszczęśliwe? przecież tak bardzo chciały pomóc.)
zadają niby-troskliwe pytania, ale faktycznie chodzi im o zaspokojenie próżnej ciekawości.

pochyliłam się, przyglądałam się, obserwowałam.
raz nakarmiłam, dwa razy pomogłam, trochę poprzytulałam.
niestety, nie da się tego kurewstwa nijak udomowić.

nadszedł więc czas Armageddonu.
wyciągnęłam łopatę i zabijam.
chlusta krew, giną wścibskie zwierzątka o ohydnym wyglądzie, przebiegłym spojrzeniu i głupio - cwanym rozumku.

***

czwartek, 24 marca 2011

[340].



(Dave Lindholm - Pieni ja hento ote)

***

pławię się w samozadowoleniu: Niemąż zachwycony nowym kolorem włosów (rudziasku ty mój, wiewióreczko piękna, pięknotko moja), Synek też (moja ty mamusiu marcheweczko prześliczna).
czemuż ja nie wpadłam na to wcześniej, żeby się tak się upiększyć, no czemu.

a jak zarobię trochę kasy, dorobię sobie rzęsy.
jedna z moich przyjaciółek ma zrobione, wygląda prześlicznie.
no i jakie to praktyczne: nie trzeba smarować rano oka tuszem, tylko od razu po przebudzeniu (a nawet przed) wygląda się zmysłowo i inteligentnie.

a tymczasem pozdrawiam Was bezmakijażowo i bezrzęsnie.
muah!

środa, 23 marca 2011

[339].



(Roger Hodgson - Take the long way home)

***

zrobiłam dziś ponad osiemset km autem.
nikt nie zasuwał autostradą poznańską z prędkością ponad dwustu km/h.
nikt, prócz pana w audi i mnie.

wracam do formy.
moc jest ze mną.

widziałam Alfy Romeo policyjne. stały przy bramce przy autostradzie.
podobno policjanci nimi nie jeżdżą, bo im koła w trakcie jazdy się odkręcają.
tak złośliwi szepczą po kątach.
hy, hy.
dobrze, że za to pasy bezpieczeństwa mają regulowane i zgodne z homologacją.
hy, hy.

wtorek, 22 marca 2011

[338].



(Diana Ross - I'm coming out)

***

z okazji drugiego dnia wiosny oraz braku raka ufarbowałam się na pomarańczowo.

poniedziałek, 21 marca 2011

[337].



(Kings of Lion - Sex on fire)

***

pojechaliśmy z Synem na oglądanie mnie od środka.
Giancarlo zachwycił się Panem Profesorem (kolejny lekarz wynaleziony przez Babcię B., którego z całego serca rekomenduję) oraz Jego maszyną do USG (ja też chcę mieć taki komputer jak będę dorosły).
Pan Profesor sam po nowotworze, więc od razu znaleźliśmy magiczną nić porozumienia ludzi po przejściach (widzę, że pani tak jak ja, nic sobie z tej choroby nie robi. i tak trzymać, tak trzymać. trzeba żyć normalnie.).
oprócz wykonania drobiazgowego USG jamy brzucha, Pan Profesor pokazał Synkowi moje serce (ciekawe, kogo mamusia ma w serduszku, chodź podejrzymy) oraz macicę (tu byłeś zanim się urodziłeś, dziwne, cooo?).

płynu mam dużo w otrzewnej.
może być z powodu kłopotów z białkiem.
trza zrobić proteinogram i takie tam.

niedziela, 20 marca 2011

[336].



(Gigliola Cinguetti - Ma l'amore no)

***

rano przywiozłam najserdeczniejszego zioma z grupy przedszkolnej do naszego domu.
chłopaki uwielbiają spędzać czas ze sobą.
najpierw grali na xboxie w Batmana Lego, potem ganiali się i ostrzeliwali, w końcu legli na naszym gigantycznym łożu wśród tysiąca poduszek i bawili się w dużego kota i w małe kociątko (zabawa polegała na turlaniu się po łóżku wzdłuż i wszerz).
słodziaki.

popołudniu odwiozłam zioma do Jego kwatery.
Giancarlo zdecydował, że chce poczekać na mnie w domu - był to Jego debiut w zostawaniu samemu.

wróciłam, a tu... taaa-daam! stół przygotowany do obiadu - Syn sam z siebie, spontanicznie, rozłożył talerze, sztućce, kieliszki do wody.
dorośleje...

podałam obiad, a w trakcie posiłku dopadło mnie zmęczenie.
i spanikowałam.
że właśnie wraca rak.
a ja teraz sama w domu z dzieckiem.
i kto mi pomoże.
kto wytrze smarka, kto zaniesie do łazienki na siku, kto przygotuje i poda herbatkę i kanapkę, kto mnie poniunia.

przeraziłam się.
postanowiłam więc przeczekać zły czas i poszłam spać.
może to kiepska strategia.
grunt, że działa.

sobota, 19 marca 2011

[335].



(Nora Jones Are you lonesome tonight)

***

dziś ustaliłyśmy z Przyjaciółką: będąc w parze ludzie siebie tworzą - tak samo jak mogą niszczyć.
a Wy, czy wierzycie, że na to kim jesteś wpływa z kim jesteś?

ja to wiem.

dobroć wraca.
idę spłacać dług :)

piątek, 18 marca 2011

[334].



(piosenka Lidki z Czterech pancernych i psa)

***

- mamo, dlaczego pod wpływem czasu ludzie się starzeją?
- bo tak już jest - odpowiadam byle jak. nie mam dziś czasu na rozmowy o życiu. ani na żadne rozmowy. ani na nic. kolejny tydzień zasuwam na maksymalnych obrotach.
- a tak konkretniej? - Giancarlo nie daje za wygraną.

a tak konkretniej, Synu, to wolę nie brnąć w ten temat.
nie ogarniam parametru czasu, nie rozumiem go.

***

- mamo, nie pracuj tyle. odpocznij sobie, połóż się do łóżeczka, bo znowu raka dostaniesz.
- ale ja muszę pracować, jak nie będę, to nie będziemy mieli pieniędzy.
- to powiedz wujeczkowi żeby zarobił, ty przecież nie możesz się przemęczać.

no wiem, wiem że nie mogę.
tylko co z tego.


gdzieś wyczytałam, że podobno większość osób, które chorowały na raka nie wraca już do aktywności zawodowej.
ciekawe dlaczego.
z braku sił? z braku wiary w siebie? z rozsądku?

czwartek, 17 marca 2011

[333].



(Toto Cutugno - Solo noi)

Vendo tutto se vuoi.
Solo noi, solo noi.
Odio queste lenzuola che il tempo cancella il profumo di te.


tęsknię, tęsknię...

***

napisałam odpowiedź na apelację Voldemorta w sprawie (jakże niesłusznego) podwyższenia alimentów.
będzie sąd miał ubaw.
(...)
8. „ponoszę większe koszty: dojazdów po syna jak i córkę”:
a. córka mieszka dwie przecznice od ojca, można tam pójść piechotą albo rowerem, dzięki czemu ograniczy się wydatki

(...)
albo:
9. „ponoszę większe koszty (…) wspólnych świąt, urodzin, biletów do kina, lodowiska, oszczędzania na wspólne wakacje”:
a. mając dzieci, rodzinę każdy ponosi takie koszty – w/w argument jest demagogiczny.
(...)
c. dziecko nie było NIGDY z pozwanym na ŻADNYCH wakacjach – pomimo moich licznych próśb i zachęt. Oznacza to, że koszt, który „ponosi” pozwany „na wspólne wakacje” jest albo fikcją albo kłamstwem.
(...)

itp. itd.

żena.
ojciec Syna jest półgłówkiem, a ja też, bo zrobiłam z nim dziecko.
pocieszam się tym, że nie ja jedna mam z nim dziecko; durnych jak ja było więcej.

a poza tym ładne dzieci robi.

środa, 16 marca 2011

[332].



(Hess Is More - Yes Boss)

***

Niemąż nadal nieobecny.

nie lubię tęsknić.
znaczy się lubię, ale tylko trochę i tylko czasami.
tak trochę, pół łyżeczki, nie więcej.

wracaj już, wracaj.
czekamy.

Ja ciebie kocham! Ach te słowa
Tak dziwnie w moim sercu brzmią.
Miałażby wrócić wiosna nowa?
I zbudzić kwiaty co w nim śpią?
Miałbym w miłości cud uwierzyć,
Jak Łazarz z grobu mego wstać?
Młodzieńczy, dawny kształt odświeżyć,
Z rąk twoich nowe życie brać?

Ja ciebie kocham? Czyż być może?
Czyż mnie nie zwodzi złudzeń moc?
Ach nie! bo jasną widzę zorzę
I pierzchającą widzę noc!
I wszystko we mnie inne, świeże,
Zwątpienia w sercu stopniał lód,
I znowu pragnę — kocham — wierzę —
Wierzę w miłości wieczny cud!

Ja ciebie kocham! Świat się zmienia,
Zakwita szczęściem od tych słów,
I tak jak w pierwszych dniach stworzenia
Przybiera ślubną szatę znów!
A dusza skrzydła znów dostaje,
Już jej nie ściga ziemski żal —
I w elizejskie leci gaje —
I tonie pośród światła fal!


(Adam Asnyk - Ja ciebie kocham)

***

spotkałam się jakiś czas temu z takim jednym, w którym kochałam się pół życia (zanim zaczęłam się kochać w Niemężu).
gość waży pięć ton, wyliniał, podszedł wodą, zamiast zębów ma poczerniałe pnie, do tego - zaburzenia krążenia, rozwalona trzustka, wątroba, śledziona, odkorowany mózg.
a dwadzieścia lat temu był zachwycający niczym Jim Morrison.
na powitanie wyjąkał ale się porobiło, co?
miałam ochotę zakrzyknąć no kurwa jest grubo, wyglądasz jakbyś umarł roku temu i grabarz o tobie zapomniał.
ale opamiętałam się, ugryzłam się w język, puknęłam w czoło, przeżegnałam lewą nogą.

drogie dzieci, nie bierzcie twardych narkotyków.
szkodzą.

wtorek, 15 marca 2011

[331].



(BIGBANG - Lies)

***

mój Ojciec zawsze mi powtarzał, że podróże kształcą.
otóż byłam dziś w podróży.
i, przyznać muszę, to była kształcąca podróż.

z tego miejsca pragnę podziękować:
Kwoce - za "pyszną" zupę;
PKP - za pociąg podstawiony za wcześnie (i co z tego, i tak się na niego spóźniłam) oraz taki, który dojechał z opóźnieniem;
Niemężowi - za możliwość odbycia tej inspirującej podróży, która dostarczyła mi wielu niezapomnianych wrażeń.

poniedziałek, 14 marca 2011

[330].



(Diana Krall - The look of love)

***

rany, ale jestem zmęczona. cały dzień biegałam z motorkiem w tyłku po mieście. teraz padam z nóg.
ale to jest przyjemne zmęczenie - zmęczenie po dniu pełnym pracy.
i to nie jest zmęczenie jak kiedyś, zanim się dowiedziałam, że mam raka. wówczas moje zmęczenie było zbolałe, rozpaczliwe, beznadziejne.
teraz wiem, że jutro rano obudzę się wypoczęta i będę miała siłę działać dalej.

ja żyję!
nareszcie to do mnie dociera.

wznoszę więc toast dżinem z tonikiem: za moje zdrowie, zdrowie moich Bliskich, Wasze zdrowie.
chlup do dna!

niedziela, 13 marca 2011

[329].



(Gino Vannelli - Gettin' high)

***

byłam na niedzielnym kotlecie u Babci B.
w Jej ogrodzie zakwitły przebiśniegi.
po pół roku zimy nadeszła wiosna.
jak dobrze.

***

Mama Niemęża modli się za mnie, za Niego, za mojego Synka, za Babcię B.
bo ja jestem dobra w modleniu, to będę się za Was modliła.
fajne podejście.
niech każdy robi to, w czym jest dobry.
tak powinno być.

Vileda też jest dobra w tym, co robi - głośno strzela z gumek recepturek.
hop! i kocica jest na stole przy którym pracuję na laptopie.
a na biurku piętrzą się stosy dokumentów omotane gumkami.
wystarczy zaczepić łapką gumę, mocno ją napiąć, guma z hukiem strzela, dokumenty się rozsypują.
mrrrrach, to było grrrrejt.
zaczepia więc ponownie łapeczką, jeszcze mocniej odciąga, gumka pęka.
mrrrrach, mrrrach, podsuń mi prrrrrroszę kolejne papierzyska spięte gumką.

właśnie.
a w czym ja jestem dobra?


a Wy?

sobota, 12 marca 2011

[328].



(Laura Pausini - It's not goodbye)

***

zaskoczyliście mnie ilością zgłoszeń.
wiem ze statystyk, że jest dużo wejść na bloga, ale sądziłam, że to jedna osoba tak klika, nie mogąc załadować strony ;)

nie znalazłam platformy, na którą mogłabym się eksportować z tym blogiem.

nie mogę odmówić dostępu setkom Czytelników, tym bardziej, że musiałabym z tych setek wybrać tylko sto osób. nie wiedziałabym jakimi kryteriami "selekcji" się kierować.

postanowiłam więc, że wycofuję się z ograniczania dostępu do bloga.
w zamian - wprowadzam od dziś zatwierdzanie komentarzy.

serdecznie przepraszam Was za zamieszanie, który wytworzyłam.
mea culpa.

***

odkąd wróciliśmy z zimowiska pogrążam się w chaosie - nie ogarniam na raz trzech etatów (ha! bałam się, że nie dostanę żadnej pracy, a mam trzy!), dziecka, sprzątania, zakupów.
zrezygnowałam więc z działań mniej istotnych - ze sprzątania i zakupów.
w efekcie syf w domu jest wręcz epicki, a lodówka żałośnie chłodzi samą siebie.

a ja nie mam czasu na nic.
pędzę. gonię. biegnę.

wczoraj wieczorem Syn był tak potwornie głodny, że postanowił sam ugotować parówki.
wybiłam Mu to z głowy.
nie żebym martwiła się, że się oparzy.
po prostu nie ma parówek.
( - jak to, nie mamy parówek? przecież zawsze tu leżały - wymamrotał zdziwiony, gdy zanurkował do lodówki).

nie ma też papieru toaletowego ani żwirku dla Viledy.
i jeszcze paru rzeczy.

nic to.
I'll think about that tomorrow.

piątek, 11 marca 2011

[327].



(Jacques Bono - Bach's Violoncello Suite 1 - Prelude)

***
zaskoczyliście mnie.
dostałam kilkaset maili i kilkaset wiadomości na gg z prośbami o dostęp do bloga.
to oznacza, że nie jestem w stanie zaprosić wszystkich do czytania mnie (blogger ogranicza czytających do 100 osób). z drugiej strony nie chcę robić selekcji...
chciałabym tylko nieco ograniczyć anonimowość...

czwartek, 10 marca 2011

[326].



(Republika - Zapytaj mnie czy cię kocham)





zmiany, zmiany, zmiany.
lojalnie uprzedzam, zamykam w najbliższą sobotę publiczny dostęp do tego bloga.

środa, 9 marca 2011

[325].



(David Gilmour - Wish you were here live unplugged)

wtorek, 8 marca 2011

[324].


(Mirosław Czyżykiewicz - AVE)

poniedziałek, 7 marca 2011

[323]. tak!


(Edith Piaf - Non, je ne regrette rien)

niedziela, 6 marca 2011

[322]. praca.


znalazłam przypadkowo na fejsiku tekst, który krąży w sieci od dobrych dziesięciu lat.
w komentarzach małolaty m.in. piszą, że "ktos kto to napisal musi miec cos nie tak z glowa" itp.
a ja myślę, że był to ktoś, kto świetnie zna realia wyjazdów integracyjnych.

Autentyczny tekst rozesłany przez kierownika w jednej z dużych polskich firm, gdzie pracuje masa normalnych osób, które lubią się odprężyć.

Drodzy Koledzy! W związku z bardzo bliskim już szkoleniem w Rowach, czuję się w obowiązku podjąć kolejny raz tę syzyfową pracę i zaapelować do Waszego człowieczeństwa, resztek instynktu samozachowawczego i sumienia (trudny wyraz, zjawisko sumienia nie jest wśród Was powszechne, wiem).
Jak wiecie szkolenie jest przeznaczone dla pracowników działów sprzedaży ze wszystkich spółek grupy A*****R. Znaczy to, że oprócz nas będą tam również normalni ludzie. Dlatego proszę o przestrzeganie paru zasad, które pozwolą nam przebrnąć jakoś przez ten kolejny ciężki życiowy egzamin:
1. Nie awanturujemy się zaraz po przyjeździe o warunki zakwaterowania czy miejsce przy stole. Delikatnie zwracamy uwagę osobom odpowiedzialnym za zaistniałą sytuację i grzecznie proponujemy zmianę.
2. Nie upijamy się do nieprzytomności.
3. Nie wolno w żadnym wypadku publicznie bić lub lżyć Jarka W.
4. Nie przewracamy stołów, krzeseł i ław.
5. Nie zasypiamy na krześle, ławce, fotelu ani na stole w trakcie trwania szkolenia czy integracji. Zakaz ten dotyczy również pleneru.
6. Pilnujemy się nawzajem i jak kogoś ogarnie słabość grzecznie, spokojnie i dyskretnie ewakuujemy kolegę na z góry upatrzoną pozycję.
7. Nie używamy cały czas wyrazów wulgarnych (np. zamiast powiedzieć "kurwa czy masz jeszcze te w dupę jebane papierosy, bo mi właśnie kurwa wyszły do chuja zajebanego" można powiedzieć "czy mógłbyś mnie poczęstować papierosem"; albo zamiast powiedzieć "do chuja! Widziałeś tę sukę z ... ., na pewno wali się jak dzika, o ja pierdolę" można powiedzieć "widziałeś jaka fajna dziewczyna przyjechała z firmy..."
8. Nie bijemy się między sobą, a ewentualne kłótnie należy cicho przeprowadzać i nie wołać nikogo na arbitra.
9. Nie ryczymy jak dzikie zwierzęta.
10. Nie wycieramy podłogi kolegami z pracy ani ze spółek.
11. Nie pytamy kolegów, którzy mówią rzeczy, które wydają się nam absolutnie bezsensowne "głupi się robisz?"
12. Nie opowiadamy nikomu głupot i nie zanudzamy opowieściami o naszych pijackich bądź seksualnych osiągnięciach.
13. Z Zarządem rozmawiamy TYLKO na trzeźwo!!! Staramy się podczas rozmowy nie opowiadać głupot o naszych niesłychanych możliwościach, umiejętnościach i osiągnięciach przyszłych, jak i minionych. W żadnym wypadku nie roztaczamy przed Zarządem wizji pojemności rynku w poszczególnych grupach asortymentowych. Podczas rozmowy nie należy trzymać rąk w kieszeniach, palić i wydmuchiwać dymu prosto w twarz rozmówcy, ani drapać się po genitaliach. Nie należy również obejmować rozmówcy ramieniem. Pamiętamy że Członek Zarządu naszej firmy nie jest "luźnym spoko ziomem".
14. W żadnym wypadku nie kiwamy ręką na Członka Zarządu Naszej Firmy.
15. Nie zmieniamy, klnąc na czym świat stoi, regulaminu gier i konkursów przygotowanych dla nas przez pracowników firmy szkolącej.
16. Jeżeli któryś z uczestników szkolenia nie będzie chciał pić każdej kolejki, nie ryczymy na całą salę "nie chlasz? - to po chuj żeś tu przyjechał"
17. Nie gwiżdżemy na obsługę, nie domagamy się gromkim głosem wódy, żarcia czy usługi seksualnej.
18. Nie wolno uniemożliwiać wejścia/wyjścia z zajmowanego wspólnie z kolegami domku/pokoju poprzez odbywanie tam długotrwałego stosunku płciowego.
19. Nie wolno oddawać moczu do umywalek ani pojemników na śmieci. Można to uczynić do klozetu lub pisuaru.
20. Jeżeli w trakcie zabawy ktoś wyłączy prąd, bo już najwyższy czas iść spać, należy jak najszybciej podać mu szklankę zimnej wody.
21. Przed pytaniem "czy jest tu coś do wypierdolenia?", przed wykonaniem "tąpnięcia w Bytomiu" bądź "pionizacji" sprawdzamy, czy jesteśmy we właściwym domku/pokoju. Nie wyłamujemy drzwi wejściowych do w/w obiektów "bo tam na pewno się schował!"
22. Szkody powstałe podczas kretyńskich, pijackich wybryków będą pokrywane z Waszego uposażenia, bez dyskusji.
23. Będąc pod silnym wpływem alkoholu nie przechadzamy się środkiem ośrodka wczasowego i nie informujemy całego otoczenia, że jest luźno,
24. Chcąc odbić partnerkę w tańcu (o ile dojdzie do zabawy tanecznej) nie przypalamy nikogo papierosem ani nie odpychamy jak chłopca.
25. To nieprawda, że wszystkie kobiety, które będą na szkoleniu mają ochotę pobzykać się z Wami i nie należy również wygłaszać komentarzy w stylu: "kurwa! Tę to bym jebnął..."
26. Zabraniam palenia i robienia setek zdjęć w trakcie szkolenia i integracji. W szczególności zakaz ten dotyczy Sebastiana. Jemu nie wolno dotykać aparatu w ogóle!
27. Nie odbywamy długotrwałych i głośnych stosunków płciowych w pomieszczeniu, w którym przebywają jeszcze inne, postronne osoby, które pragną odpocząć.
28. Nie obrażamy się wzajemnie i nie snujemy głupawych opowieści o rezultatach nieudanych eksperymentów niemieckich na ludności polskiej,
29. Przed rozpoczęciem darcia mordy z treścią, która ma zachęcić napotkaną kobietę do natychmiastowego odbycia stosunku płciowego, należy się rozejrzeć i oszacować audytorium. Naprawdę nie wszyscy mają ochotę tego słuchać.
Zdaję sobie sprawę z faktu, iż powyżej podjęte sprawy nie wyczerpują bardzo szerokiego wachlarza Waszych możliwości. Jednakże jeżeli narobicie sobie i mnie wstydu i zaprezentujemy się w obliczu koleżanek i kolegów z grupy A*****R, nie jako zgrany kolektyw sympatycznych ludzi, lecz jako banda wyzutych z resztek człowieczeństwa, zezwierzęconych skurwysynów i pijaków, to długo nie będzie żadnego wyjazdowego szkolenia. 

kto był na takim wyjeździe - ręka w górę.

sobota, 5 marca 2011

[321]. sen.

w nocy we śnie ukazał mi się Niemąż - w szatach Matki Boskiej, ręce złożone do modlitwy, wyraz twarzy uduchowiony, spojrzenie błogosławione.
i przemówił: nie martw się maleństwo moje, wszystko się ułoży.

(przed snem czytałam "Masakra profana" Jarosława Stawireja).

***
pojechałam w gości do Siostry Jaguara.
rozmawiałam z Jej trzyletnim Synkiem.
- znasz jakieś przekleństwa?
- znam.
- powiedz cioci jakie.
- znam... na przykład... takie... przekleństwo czytania.

o tak, to prawdziwe przekleństwo - jak człowiek zacznie czytać, to przestać nie może.
a najgorszym przekleństwem jest, gdy sam nie umie czytać i zmusza innych do czytania sobie na głos.

piątek, 4 marca 2011

[320]. jak rozmawiać z dzieckiem o seksie?

odpowiedź na tytułowe pytanie mogliśmy dziś poznać w gazetce ściennej na uczelni Giancarla.
niestety ja nie doczytałam, gdyż już samo pytanie wprawiło mnie w stan oszołomienia i nieważkości.

po milisekundzie zawahania udałam się do gabinetu pani dyrektor, podzielić się wątpliwościami dotyczącymi tego kontrowersyjnego pytania.
- to pani psycholog przedszkolna redagowała.
- to może niech najpierw nauczy się ortografii zanim zacznie redagować.
aaaaszszszszszszcholera, że też ja szybciej się odzywam niż myślę.


wydaje mi się to dość absurdalne, żeby rodzice czerpali wiedzę z gazetki ściennej jak należy rozmawiać z dzieckiem o seksie.
tym bardziej, że mentorem jest bezdzietna, świeżo upieczona magister psychologii.
myślę, że sama niewiele o nim wie.

poza tym nie rozumiem, dlaczego akurat ten temat jest wart gazetki ściennej.
dlaczego nie ma gazetek ściennych jak rozmawiać z dzieckiem o trawieniu albo jak rozmawiać o naprawianiu spłuczki?

ktoś się tu chyba czegoś krępuje.

czwartek, 3 marca 2011

[319]. Voldemort.

dziś, celem uprzykrzenia życia, przypełzł do mnie listem poleconym Voldemort.

od paru lat spędzamy czas formalnie ustalając, ile kosztuje utrzymywanie Syna.
dokładniej rzecz ujmując - staram się udowodnić, że łożenie na dziecko jest również jego obowiązkiem.
nic w tym oryginalnego: miliony kobiet próbują wyszarpnąć trochę pieniędzy dla dziecka, miliony mężczyzn dziwią się, że dzieci jedzą.
a komornik, biedaczysko, od kilku lat nie potrafi ustalić, czy tatko ma jakiś majątek, czy nie.
du, du, du, du.
czary - mary.
pęczek drutu.

tym razem Voldemort wysadził się na wielostronnicową apelację, w której odwołuje się od wyroku sądu, który podwyższał alimenty.
mój ulubiony argument podważający zasadność płacenia brzmi: czy Sąd w (..) dokonał należytej staranności wydając wyrok i uzasadnienie do niego, mając na uwadze (...) że operacja w dniu 04.05.2010 nie odbyła się w placówce medycznej.
no, ubaw po pachy.
nic nie rozumiem.

azaliż więc zasiadam pisać odpowiedź na apelację.
(jeśli operacja nie odbyła się w placówce medycznej, to gdzie mogła się odbyć?)

środa, 2 marca 2011

[318]. tv.

nie lubię telewizji.
nie lubię sensacji.

nie zostanę celebrytką.
a mogłabym - odkąd pamiętam moje życie obfituje w barwne i nieprawdopodobne zdarzenia.

co prawda mąż nie zjadł mi głowy, ale Niemąż lub Syn... kto wie...

wtorek, 1 marca 2011

[317]. dylemat.

zmiana klimatu przyczyniła się do rozwoju Syna, który zamienił przeliterowywanie wyrazów na mozolne łączenie liter w wyrazy.

(brawo dla tego Pana.
On też się cieszy z każdego przeczytanego słowa.
podczas jazdy nad morze, po zaskakująco długim - jak na Niego - milczeniu przemówił z niemałym zaskoczeniem w głosie: - Narodowy Bank Polski?
zamarliśmy zdumieni.
okazało się, że w kieszonce swojej kurtki znalazł, nomen omen, kieszonkowe - banknot dziesięciozłotowy).

ponadto:
liczy do trzydziestu.
dodaje i odejmuje w zakresie dziesięciu.
buduje wypowiedzi złożonymi zdaniami.
logicznie argumentuje, rozumie zależności.
zna koło pięćdziesięciu słów po angielsku.
umie pisać, choć często pisze w lustrzanym odbiciu (mańkut - po Mamie, Babci B. oraz Tacie Voldemorta), nie dbając o równy rozmiar liter.
kiepsko rysuje (jego prace są raczej schematami technicznymi), nienawidzi kolorowania.
śpiewać ani występować serdecznie nie lubi.

no.

i co mam zrobić: zostawić Go w przedszkolu (sześciolatki, czyli zerówka), czy puścić od razu do pierwszej klasy?
... termin nagli, zapisy do szkół są do końca marca...
nie wiem.


tylko nie argumentujcie przedłużaniem dzieciństwa przez przymulający pobyt w przedszkolu.
nie kupię tego - wierzę w naturalny pęd do rozwoju.

poniedziałek, 28 lutego 2011

[316]. kryzys.

chyba mam kryzys (może wieku średniego).
(właściwie mam ten kryzys odkąd pamiętam).

ale teraz nawet pisać mi się nie chce.
w sumie nic mi się nie chce.

tak.
Syn radośnie bryka po domu.
jeszcze nie wie, że wszystko jest bez sensu.
ale już niedługo, już niedługo.
dowie się.
poczuje.
rozgniecie Go beznadzieja i lichość tego świata.



dziś wieczorem widzieliśmy na ośnieżonej drodze jeża.
tuptał nieporadnie białym poboczem.
Niemąż stwierdził, że wygląda jak ten jeż.
że niby tak samo jest pociesznie gruby.
nieprawda.
zaczyna być gruby, ale jeszcze nic w tym pociesznego.
więc tuptał.
a wokół śniegu było whuj.
i pocieszne tuptanie stało się żałosne.
w końcu wlazł między wysokie trawy i schował się do jamki w ziemi.
tak zakończył się jeża wiosenny rekonesans.


a wiosny jak nie było, tak nie ma.

niedziela, 27 lutego 2011

[315]. niedzielny spacer.

- Mamusiu, kiedy wracamy do domku, tęsknię za moimi klockami Ninjago.

Vileda zapoznaje się ze śniegiem oraz psem.

pole po lewej. 

 droga po środku.

pole z tyłu.

sobota, 26 lutego 2011

[314]. wycieczka.



pogoniłam moich Panów nad morze.
a morze nie szumiało, bo mu zamarzły fale.
i nie było zimno. ani nie wiało.
i piasku do butów nam się nie nasypało, bo był przykryty udeptanym śniegiem.

więc wycieczka była, ale tak jakby jej nie było. 

piątek, 25 lutego 2011

[313]. po.

mam plan.
jeśli rozsypie się związek z Niemężem, przerzucam się na kobiety.

zacznę od podrywania przyjaciółek.

czwartek, 24 lutego 2011

[312]. "blogasek".

dnia 24 lutego o godzinie 17:22 napisał Anonimowy: A na blogasku musi się coś dziać,im bardziej kontrowersyjnie,tym więcej odwiedzin i wpisów = dobre samopoczucie autora.
no, powiem szczerze, Wasz tok myślenia potrafi mnie zaskoczyć.

odnosząc się do powyższego komentarza:
1. powstaje pytanie, co dla kogo jest kontrowersją - przecież każdy ma inny zakres tolerancji
2. kwestię ilości odwiedzin olewam, blog nie ma z tym problemów.
cieszyłam się, gdy miał trzysta odsłon dziennie, cieszę się też teraz, gdy ma ich tysiące.
3. ilość komentarzy o niczym nie świadczy - gdyby było ich za mało (czyli ile? mniej niż dwa?), to nic nie stoi na przeszkodzie, żebym sama sobie pisała komentarze.

niestety na moje samopoczucie nie przekłada się ani ilość Waszych odwiedzin ani ilość komentarzy, które zostawiacie.
a szkoda.

na przykład dziś na moje samopoczucie przełożył się kapuśniak.
i to nie jest pozytywna wiadomość.

środa, 23 lutego 2011

[311]. eksplikacja.

byłam dziś na randce z Niemężem.
przy okazji zrobiliśmy zakupy w Biedrze.


słońce pięknie zachodziło.
niebko było prześlicznie różowe.


a piecuch Vileda, jak co dzień, uważnie przyglądała się psom ganiającym sroki na mrozie.

***
poprosiliśmy Syna o wypowiedź dla Czytelników bloga w sprawie wczorajszego klapsa.
cytuję wypowiedź w całości, bez cenzury:

gdy przygniotłem kotka i dostałem klapsa poczułem się jak zgnieciona morela, łyżka, obsrany kogut.
zrozumiałem, że nie wolno kotu przycinać ogonka.
nie gniewałem się na mamę, tylko zasmuciłem się, że dostałem klapsa.
nie powiem, czy bez klapsa byłoby mi smutno.
to koniec zdania. uciekam bawić się, ja wszystko co mi dajesz mamusiu akceptuję.
obsrany tyłek, obsrany tyłek, obsrajcie się w gacie.
wysyłam wam obsranego tyłka.

i jak sądzicie, będzie trauma?

wtorek, 22 lutego 2011

[310]. kici - kici bis.

dziś nastąpiła eskalacja interakcji z tutejszym kotem, którą okrasiłam przemocą domową.


jeśli kiedykolwiek będziecie spekulowali, czy można zamknąć drzwi z kotem w ościeżnicy, to informuję, że można.
nie musicie więc już jałowo dywagować ni dokonywać obliczeń na kartce - Giancarlo sprawdził empirycznie.
tak. można drzwi zamknąć. tylko że przytrzaśnięty kotek mordę straszliwie pruje.
żeby nie ogłuchnąć, trzeba go szybko uwolnić albo, ewentualnie, uciekać z miejsca eksperymentu.

Syn dostał klapsa w zadek za bycie nieuważnym, po czym zadokowałam Go w kącie.
po dłuższym namyśle przemówił:
- mamusiu, przepraszam.
- mnie nie przepraszaj.
- kota mam przeprosić?? - Synowi oczy się zrobiły wielkie niczym talerze.
- nie, masz wyciągnąć wnioski.
- wyciągam.
-  jakie wnioski wyciągnąłeś?
- że gdy kot idzie to nie wolno bez popatrzenia na podłogę drzwi zamykać.
uf.

(poprzednie przytrzaśnięcie drzwiami również należy do Syna, tyle że wówczas zamknął drzwi na własnych palcach).

ostatnim razem dałam Mu klapsa, gdy miał chyba ze cztery lata, gdy mimo próśb dotyczących niebiegania po parkingu i mimo kontrolnego przytrzymywania za kaptur kurtki wyrwał się i wbiegł między jadące samochody.

tak, tak, moi mili Czytelnicy.
co jakiś czas, w pewnych sytuacjach, budzi się we mnie troglodyta, który wierzy w krańcowo upokarzającą wartość edukacyjną klapsów.

poniedziałek, 21 lutego 2011

[309]. kici - kici.

jemy z Synem kanapki na kolację.
ja - na stojąco, tak mi lepiej jedzenie się układa w nibyżołądku, mogę więcej zjeść i mniej mnie boli; On - grzecznie przy stole.
jem, jednocześnie kiwam na boki jelitami. stopą zaczepiam tutejszą kocicę.
właściwie - międolę ją, przyduszam do ziemi, a ona, leżąc na pleckach wbija się pazurkami w mojego gumowego Crocsa.
- mamusiu, kotkowi oczka się zrobiły takie duże, przestań ją kapciem przygniatać.
a mamusia nic, mamusia dalej bawi się (z) kotkiem.
- mamusiu, ostrzegam cię, przestań, ona zaraz cię ugryzie.

akurat.
wtedy docisnę ją mocniej kapciem.

niedziela, 20 lutego 2011

[308]. ogląd.

ponad tydzień już tu jesteśmy.

w tym czasie dopadało śniegu.
i podobno jest bardzo mroźnie.
podobno, bo nie wiem, bo nie byłam na dworze, bo wzięło mnie przeziębienie.
wygrzewam się w łóżku z kocicami, gapię się na palące polana w kominku, na rozrabiające dzieci.

wpadł do nas wujek Jaguar, mój przyjaciel z licealnej ławy.
jak zwykle rozmawialiśmy o tym, jak żyć szczęśliwie.
ta rozmowa trwa od czasów szkoły.
nadal nie doszliśmy do wniosków.
musimy się pospieszyć, bo połowa życia już za nami.

***
przyglądam się rodzinie, którą staliśmy się wraz z Synem i Niemężem.
do tej pory nie widziałam nas wyraźnie, za bardzo byłam skupiona na podstawowym funkcjonowaniu, na bólu, na uciążliwych dolegliwościach, na lęku, na strachu.
zaskakuje mnie to, co widzę.
tworzymy rodzinę.
po raz pierwszy w życiu zbudowałam normalną rodzinę.

po wielu poszukiwaniach trafiłam na Niemęża, zjedliśmy beczkę soli i oto proszę, są efekty.
Syn zwraca się do nas per kochani rodzice.
stworzyliśmy w Jego głowie homogeniczny obraz nas, jednogłośnego tworu, który wspólnie wychowuje.
od kilku miesięcy na Jego rysunkach występujemy w trójkę: On, po środku wujeczek, obok mama. w otoczeniu serduszek i kwiatków.

***
tytułem wprowadzenia do dialogu:
tutejsza pani domu rozstała się niedawno z mężem.
mamy dzieci w tym samym wieku, są sześciolatkami.
gdy odeszłam od Voldemorta, Syn miał mniej niż dwa lata.

dzieci konwersują ze sobą przy kuchennym stole.
ona: wiem jak się czujesz bez tatusia, bo mnie też jest źle.
on: mnie nie jest źle, bo mam bardzo miłego wujka.
ona: też bym chciała mieć wujka.

morał: drogie dziewczyny, jeśli mieszkacie z jakimś Voldemortem, bierzcie dzieciaka pod pachę i czmychajcie czem prędzej.
nie ma na co czekać.
im dłużej z nim będziecie, tym mocniej dziecko będzie przeżywać Wasze rozstanie.

zaś instrukcja na potem jest następująca: logujecie się na portalu randkowym, znajdujecie własnego Niemęża, zachorowujecie beznadziejnie na raka (ty albo on, obojętne), zdrowiejecie i już, GOTOWE: rodzina jest scementowana.
proste, prawda?

sobota, 19 lutego 2011

[307]. prosto.

zbiegiem okoliczności przeczytałam ostatnio na kilku blogach posty, które mnie zmierziły.
prymitywne posty i komentarze, które charchnęły dulszczyzną i demagogiczną retoryką.
fuj.
nie lubię demokracji, nawet w internecie.

***
cenię rzeczy proste.
ludowe mądrości. i sztukę, wzornictwo użytkowe, architekturę, ubrania. naturalne surowce. nieskomplikowaną kuchnię, jednogarnkowe potrawy. wiejską przyrodę - maki, chabry, floksy, malwy, niezapominajki. kolory pierwsze. jasne sytuacje, klarowne przekazy, zwięzłe wypowiedzi.
minimum formy, maksimum treści.

***
jeśli czegoś nie wiem - przyznaję się. sprawdzam, szukam informacji.
jeśli potrzebuję pomocy, proszę o nią.
jeśli coś źle zrobię, pomylę się - przepraszam.
jeśli mam ochotę być sama - chowam się, izoluję.
nie obarczam innych swoimi problemami.
nie "wiszę" emocjonalnie na nikim.
nie manipuluję.

jeśli przedszkolanka bije Syna, piszę pismo do pani dyrektor, straszę kuratorium. do skutku.
jeśli Syn kłamie, świadomie robi źle, karzę Go. nie udaję, że nie widzę.
gdy chcę, żeby Niemąż złożył mi życzenia urodzinowe, informuję Go w przededniu o nadchodzącym święcie.
chcę otrzymać jednoznaczną odpowiedź - formułuję zamknięte pytanie.
przede wszystkim - szukam rozwiązań w sobie.
nie marudzę, nie jęczę. działam.



było to tak:
gdy byłam dziewczynką, Babcia B. powiedziała mi, że jako dorosła powinnam być samodzielna, samorządna, samofinansująca się. słowem - przekazała wzorzec.

a może zdrowiej byłoby być bezradną cielęciną?
niewyraźną, rozmazaną kobietką, która wymusza opiekę, która przerzuca odpowiedzialność za siebie na innych?


ciekawe, co na moje wynurzenia powiedziałby Simonton.

piątek, 18 lutego 2011

[306]. gama.

wyrwanie się ze szczypiec wściekłego raka, który według statystyk i prognoz lekarzy miał w krótkim czasie pożreć mnie całkowicie, zobowiązuje.
jeśli dobrze zrozumiałam tę lekcję, powinnam wprowadzić zmiany w dotychczasowym, tj. sprzed choroby, życiu.
tylko jakie?
i - co istotniejsze - jak?


... a śnieg pada, pada, pada...
niebo połączyło się z ziemią, zatarła się linia horyzontu, nie ma asfaltu ani pobocza, zniknęły wyrzeźbione ostatnim ociepleniem koleiny na piaszczystej dróżce do chaty, wszystko stało się białe.

pojechałyśmy dziś z panią domu pod Orzysz, załatwiać Jej sprawy zawodowe.
jechałyśmy, a właściwie ślizgałyśmy się, osiągając maksymalną prędkość trzydziestu kilometrów na godzinę.
wiatr poruszał śniegiem na drodze, tworząc różne wzory.
wyglądało to jakby płatki śniegu wirowały w czarodziejskim przedstawieniu, maleńkie białe baletnice, Cirque du Soleil w skali mikro...

lubię spędzać tu czas.
bardzo.

czwartek, 17 lutego 2011

[305]. Dzień Kota.

dziś Dzień Kota - kolejne święto od czapy, jak Walentynki.
a jednak nie mogę nie napisać na ten temat kilku słów.


spoglądam na drzemiącą przed kominkiem naszą Eilig z Mgieł Avalonu, zwaną Kudłatą, która znana jest też pod imieniem Viledy, ponieważ jej spokrewnienie z mopem i ścierą do podłogi to pewnik (a już na bank jej ogon wywodzi się w prostej linii od czyściwa).


ja, miłośniczka psów, polubiłam kota.
ech, tak.
lubię Viledę.

lubię ją za to, że pierwszej nocy u nas w domu weszła do łóżka, ułożyła się delikatnie na moim brzuchu i w tej pozycji zasnęła.
lubię ją za dystans, który ma do rzeczywistości; za to, że nie ma niczego, co wyprowadzałoby ją z równowagi.
lubię za pogodne usposobienie, za napady głupawki, za jej słabości, takie jak wygrzewanie się pod lampą biurkową, za oglądanie telewizji.
lubię za niewymuszony wdzięk, gdy oszukuje, że to nie ona bawiła się w urywanie sznura od rolet, że to nie ona buszowała w pudłach w garderobie.
za staranność, z jaką owija puszystym ogonem łapki, gdy przysiada na brzegu zlewu, by oglądać, jak myję naczynia.
lubię za to, że w zabawie nigdy nie drapie, że Syn może z nią zrobić dosłownie wszystko, a ona zachowa stoicki spokój.
za szyk Grety Garbo, gdy leży na dywanie, niczym diva na szezlągu.
lubię, że wita nas w progu, gadając po swojemu, gdy wracamy do domu.


mówi się, że psy mają swoich panów, a koty swoich niewolników.
mówi się, że właściciel wybiera psa, a kot wybiera dom.

jestem zachwycona, że tak wspaniała kocica zdecydowała się z nami zamieszkać.

raz jeszcze wielkie podziękowania dla Kasi, która pod wpływem lektury mojego bloga, zechciała nam ofiarować Ellig.
Kasiu, nie znajduję właściwych słów, bym mogła wyrazić całą moją wdzięczność za ten prezent.

mrrach!

środa, 16 lutego 2011

[304]. Rößel.

- ej, widziałeś? tam za kościołem, po lewej jest restauracja.
ciekawe, czy mają w sprzedaży Fantę.

 - taak... restauracja z nastolatkami tłoczącymi się przy stoliku w najdalszym kącie od okna...
ech... i ja w liceum chodziłam na wagary do takiego lokalu...

- przepięknie zjadłem prawie całe pół talerza rosołku w godzinę, mam rację?
i nic nie szkodzi że mnie karmiłaś, mimo że mam sześć lat, prawda mamuniu?

***
jadąc dziś na wycieczkę, widzieliśmy na polach lisy i kilka stad saren, co tylko pozornie jest fajnym spostrzeżeniem.
faktycznie zaś, od paru lat, co zima, nie mogę pozbyć się absurdalnej, natrętnej troski o łapy zwierząt - przejmuję się, że marzną.
ta obsesyjna myśl wraca do mnie w różnych kształtach, odkąd zaszłam w ciążę.

było to tak:
ja, ciężarna z wielkim brzuchem tuż przed rozwiązaniem, piłam herbatę w kuchniosalonie mojej ówczesnej, jakże szykownej willi, w Nigdzie City (mówimy o czasach, gdy jeszcze mieszkałam z Voldemortem, ojcem Syna).
za oknem prószył śnieg, a w ogrodzie po gałęziach czereśni skakała wiewiórka.
i wtedy rozpłakałam się. długo i rzewnie.
że zimno jej w łapki.

wtorek, 15 lutego 2011

[303]. kuchnia.

dziś, w ramach odprężających zajęć na zimowisku, zabrałam się za gotowanie.
niestety po chwili płomień pod garnkami przygasł i musieliśmy jechać do sołtysa po butlę z gazem.

pani domu zarządziła, że zanim wrócimy z pełną butlą, przestawi moją pomidorową na kuchnię węglową.
wróciliśmy z wyprawy po butlę, a zupa się ugotowała.
zachwycające.
tak mi się to spodobało, że po zupie ugotowałam na kuchni węglowej sos do spaghetti.

jakie to jest przyjemne!
kuchnia mruczy i jest tak rozkosznie ciepła, kiwasz się nad nią z chochelką w dłoni, a ona grzeje swoim ciepłem całe ciało.
chcesz szybciej gotować - otwierasz drzwiczki, dorzucasz drewna, chcesz wolniej - przygasasz ogień, zestawiasz garnki z płyty.
no i ten pogrzebacz -  kawał groźnie zagiętego drutu.
fascynujące.
i takie analogowe.

***
pamiętam z dzieciństwa, że kuchnię na węgiel miała moja Babcia, Mama Babci B.
i kuchnia węglowa była też w domu mojej Niani, Genowefy.
obie nie pozwalały mi zbliżać się do niej.
już teraz wiem dlaczego - nie chodziło o lęk, że mogę się oparzyć.
one nie chciały dzielić się ze mną magią slow-foodowego gotowania!

poniedziałek, 14 lutego 2011

[302]. praca.

korzystam z pobytu na zimowisku i analizuję oferty pracy.
wysłałam dziś aplikacje w sześć miejsc.
oceniam, że do września powinnam dać radę wyrekrutować się.

a może Wy macie dla mnie jakieś propozycje pracy?
chętnie prześlę CV :]

***
w pokoju obok Giancarlo bawi się ze swoją wakacyjną przyjaciółką.

dialog nr 1
ona: teraz bawimy się, że jesteś moim mężem, kelnerem. a ja nie pracuję.
on: no co ty, przecież nie możesz się lenić.

dialog nr 2
on: bawimy się w ninja?
ona: możemy, ale ja nie znam się na ninja.
on: to bawmy się w ninja, że ja jestem ninja, a ty nie jesteś ninja.

niedziela, 13 lutego 2011

[301]. obiad w Nikolaiken.

- czekam na pizzę peperoni z serem mozzarella, dużą ilością polewy pomidorowej i z takimi ziołowymi paproszkami.
oczywiście pizza ma być taka sama jak u nas pod domem w pizzerii.

rozmyślam, co zjeść.
Niemąż zaś strzyże uchem w kadrze, a okiem rzuca w menu.

- wiesz, najchętniej zjadłabym śledzia z cebulką i walnęłabym setę.

- żartowałam, no przecież...

sobota, 12 lutego 2011

[300]. zimowisko.

zapakowaliśmy nas, Kudłatą i dom do wypożyczonego z byłego (lecz nadal życzliwego) koncernu auta, przejechaliśmy w śnieżnej zawierusze przez pół Polski i dotarliśmy na zimowisko.
podróż minęła błyskawicznie - Niemąż czytał nam na głos zabawną książkę, a gdy już ochrypł, wysłuchaliśmy wieczornej audycji dla dzieci w Programie I.
o katering na trasie zadbała Babcia B., pakując nam trylion różnych kanapek, więc mieliśmy jeszcze co jeść na kolację po podróży.

kocica zniosła podróż bez problemu, zaś w nowym miejscu raźnie wyskoczyła z transportera i pobiegła zwiedzać kąty.
a tak się martwiłam, że będzie zestresowana zmianą lokum.
niepotrzebnie.

muszę koniecznie pamiętać, żeby w dłuższe trasy zabierać poduszkę pod zadek.
tym razem nie wzięłam, więc mam teraz odgniecioną kość ogonową i ledwo siedzę.

piątek, 11 lutego 2011

[299]. bal karnawałowy.

dziś w przedszkolu odbył się bal karnawałowy.


w nocy zostałam obudzona teatralnym szeptem - przepraszam że budzę, ale boli mnie znowu ucho, może byś tak mi je zakropliła?
do rana ucho przestało boleć (dziękujemy ci, pradawni bogowie za stworzenie Otinum), więc do przedszkola poszedł.
wystąpił w stroju i masce Ben10.

zapytany o relację z balu, odparł, że tańczył tylko z dwiema osobami: na serio z tegoroczną wybranką serca - Julką - motylkiem i z przyjacielem, Szymonem - piratem, taniec wygłupiany.
ucho Go nie rozbolało, więc obyło się bez alarmowego telefonu od "cioci".
z balu przyniósł do domu trofeum - żółtawy, pomarszczony balon.


***
skutkiem nawracających zapaleń ucha i katarów jest lekki niedosłuch.

stoimy w kolejce przed ladą chłodniczą w dziale z wędlinami.
- mamo, patrz, ale ta pani obok ciebie ma gigantyczny nos - odzywa się głośno Syn.
agregat lady chłodniczej szumi, żarówka świeci, wędliny leżą. obserwacja została wypowiedziana. ratunku, słabo mi z zakłopotania.
- proszę Cię, nie odzywaj się tak, to nie wypada, to niegrzeczne - strofuję.
- ale ja prawdę mówię, ja nie jestem niegrzeczny, no sama się przyjrzyj.
kupujemy wędlinę.
odchodząc rzucam okiem na delikwentkę.
nos ma jak klamka od zakrystii.

muszę iść z Synem na tympanometrię.

czwartek, 10 lutego 2011

[298]. scenariusz.

zaprawdę powiadam Wam: życie tworzy scenariusze, przy których najbardziej zajmujący film przygodowy to Pan Pikuś.
i nie pytajcie mnie, co mam na myśli, bo nie powiem; aczkolwiek jestem pewna, że i Wy doświadczyliście choć raz tego uczucia.

Niemąż skomentował: przynajmniej nigdy nie powiesz, że wiedliśmy nudne życie.

***
przepraszam Was, że zamknęłam na chwilę bloga.
zrobiłam to, żeby móc przemyśleć tamto i owamto.
a tymczasem Wy zasypaliście mnie mailami z pytaniami, dlaczego zamknęłam bloga.
ech.... otwieram więc bloga i wracam do myślenia nad tamtym i owamtym - między innymi do rozważań o ograniczeniu dostępu do bloga tylko do grona wiernych czytaczy.

środa, 9 lutego 2011

[297]. meee.

profesor kazał stawić się u niego na kontroli za dwa miesiące, z usg jamy brzucha i wynikami markerów CEA i CA 19-9.
zadałam pytanie o to, co sprawiło, że wyzdrowiałam; czy nie powinnam traktować tego zdarzenia jako przypadku.
- to przypadek z pogranicza cudu - odpowiedział profesor.
i dodał - a z pani jest koza.

meeee!

wtorek, 8 lutego 2011

[296]. trudno.

odwiedziłam dziś Gosię, koleżankę z liceum. dzieci się muliły przed betoniarą, my plotkowałyśmy.
uświadomiłam sobie, że wiele miesięcy nie byłam w tak lekkim nastroju.


zerkam na siebie w lustrze i nadal trudno mi uwierzyć, że jestem zdrowa.

jutro idę do profesora zapytać się co dalej - czy mam jeszcze się leczyć, jak często i jakie mam robić badania kontrolne.

poniedziałek, 7 lutego 2011

[295]. maine coony do oddania.

komu, kooomuuu, bo idę do domuuu...

Do oddania dwa dorosłe maine coony. Bezpłatnie, ale z warunkami. Muszą być wzięte obie razem, do domu bez dzieci (najlepiej), nowego opiekuna musi być stać na dobrą opiekę. Komuś się znudziły...


to ogłoszenie znalazłam dziś na fejsbukowym profilu Kasi, od której dostaliśmy Kudłatą.
jeśli reflektujecie na te dwie kocie piękności, dajcie raz-dwa znać!


z własnego, krótkiego doświadczenia wiem, że maine coony są wspaniałymi kotami.
nie dość, że szykownie wyglądają, to mają również świetny (bardzo psi) charakter.

jeśli chcesz mieć w domu kotopsa, koniecznie spraw sobie miał kuna :)

łapcie koty w lot: są super rasowe i za darmo, a na dokładkę - dwa!
mrauu!

niedziela, 6 lutego 2011

[294]. możliwości.

gdybym była chora, byłoby prościej.
trzeba byłoby się leczyć, a reszta byłaby nieistotna.

ale jestem zdrowa i mam problem z mnogością możliwości.
nie wiem czym mam się zająć.
Boże, jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia...

***
korzystając ze wspaniałej pogody, poszliśmy w południe we trójkę na spacer.
potwornie zmarzłam.
to niestety NIE jest jeszcze wiosenne słońce.

Syn zadowolony ze spaceru, ponieważ otworzył niniejszym sezon przelotów na hulajnodze.
ja trochę mniej zadowolona, bo przejeżdżając po trawnikach, kółka hulajnogi po wielokroć ugrzęzły w psich kupach.
poczekam chyba na obfity deszcz i poślę Syna na przejażdżkę po kałużach, bo jakoś nie mam weny na mycie kółek hulajnogi prysznicem.


wieczorem upiekliśmy bułeczki.
uwielbiam kucharzenie z Giancarlem, uwielbiam Jego zapał i gotowość do interakcji.
że nie wspomnę o tym, jak wspaniale jest jeść razem, samodzielnie upieczone, jeszcze gorące, pieczywo.


***
w myślach nieustanne analizuję ostatni rok.
nie wiem, jak to się stało, że mi się udało.
po prostu nie wiem.


często myślę, że powinnam rozpatrywać moje wyleczenie w kategoriach cudu.
może pomogły modlitwy koleżanek Babci B. do księdza Popiełuszki?
przecież medycyna właściwie nie dawała mi szans.
hm.

sobota, 5 lutego 2011

[293]. podsumowanie.

powinnam dziś napisać sążnistego posta z podsumowaniem mojej walki z rakiem żołądka.
nie czuję się jednak na siłach.
nie chcę zapeszać.
napiszę go za pięć lat.



zamiast podsumowania pokażę Wam jak wyglądam w środku bez żołądka:

Metoda Roux-Y.
Źródło: Anatomia chirurgiczna i technika zabiegów operacyjnych
J.E. Skandalakis, P.N. Skandalakis, L.J. Skandalakis, str.352, ryc. 7.55


ładnie, prawda?



a teraz oddam głos statystykom:

W Polsce 18% chorych przeżywa 5 lat (57% w przypadku miejscowego zaawansowania nowotworu, 19% zaawansowania regionalnego i 2% w przypadku obecności przerzutów).
-----------------------------------------------------

[...] jak rozumiec rokowania z wikipedii [...]

Należy to rozumieć następująco: po 5 latach od chwili wykrycia choroby będzie żyło: 
57 % pacjentów, jeżeli w chwili wykrycia choroby była ona w stadium miejscowym, 
19 % pacjentów, jeżeli w chwili wykrycia była ona w stadium regionalnym (przerzuty do węzłów chłonnych), 
2 % pacjentów, jeżeli w chwili wykrycia choroby była ona w stadium zaawansowanym (przerzuty odległe), 
18 % - średnio dla wszystkich tych przypadków łącznie (jest to tzw. średnia ważona). 

-----------------------------------------------------
Po zastosowanym leczeniu operacyjnym chory wymaga kontrolnych badań endoskopowych. Może bowiem dochodzić do nawrotu choroby miejscu zespolenia, szczególnie w przypadku obecności przerzutów do otaczających narządów. Szacuje się, że odsetek 5-letnich przeżyć w przypadku wczesnego raka żołądka wynosi 90%, a zaledwie 10-25% w zaawansowanym stadium.
-----------------------------------------------------

dostaję sporo maili od osób zmagających się z rakiem.
piszecie o nadziei, która rozbłysła po przeczytaniu mojego bloga.
bardzo miło jest mi to wiedzieć. bardzo.

gdy zachorowałam, rozpaczliwie przeszukiwałam sieć pod kątem świadectw walki z rakiem, które zakończyły się zwycięstwem.
to zaskakujące i niesamowite, że właśnie mój blog stał się takim świadectwem.

***
od wczoraj dzielimy się z Synem wspaniałą nowiną.
po nocy przemyśleń, dziś przy śniadaniu Giancarlo zapytał mnie: a gdyby teraz doszyli ci żołądek, umarłabyś?

piątek, 4 lutego 2011

[292]. wynik.

jest wynik.







jestem zdrowa.










idę spać.

czwartek, 3 lutego 2011

[291]. nadal.

zadzwoniłam do PET-a.
pani powiedziała, że jeśli chodzi o badania z soboty, to wyników jeszcze nie ma.
skoro nie ma, to czekam.

dziś czekałam na wynik badania bardzo intensywnie: u fryzjera, u kosmetyczki, u manikijurzystki, robiąc lasagne, piekąc chleb, goszcząc wujka Jaguara oraz w restauracji - jedząc wieczorem sushi z M.

i niech mi ktoś powie, że jak się siedzi w domu i nie ma się pracy, to nie ma się nic do roboty.

***
postanowiłam rozpocząć od dziś uczestniczenie w wyścigu szczurów o lepszą przyszłość Giancarla. odebrałam z przedszkola, nakarmiłam obiadem i zawiozłam Go do ościennej miejscowości o końskiej nazwie do ośrodka kultury na zajęcia z działania twórczego.
zachwycił się nimi, bo nie było jak w przedszkolu - mogłem przestać robić co robiłem i za chwilę znowu to robić, ciocia nic mi nie kazała, nie zabraniała, zapoznałem starsze dzieci, takie ze szkoły, nie było zmuszania do jedzenia, bo nie było żadnego posiłku.
przed snem dopytywał się, czy jutro aby zawiozę Go do tej fajnej szkoły.
niestety - następne zajęcia za tydzień.

zamierzam jeszcze Go zapisać na szachy i na gimnastykę.
niech się rozwija.

poniżej - fragmenty wybitnych dzieł wykonanych na dzisiejszych zajęciach - są to:
1. balonik
2. dwie bransoletki dla mamusi
3. wąż
4. trzy naszyjniki dla mamusi

 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga