poniedziałek, 31 grudnia 2012

[937].



minęły święta. zbliża się następny nowy rok, rok wodnego węża.
może to i czas zmian, z pewnością czas życzeń i postanowień.
z Joanną życzyliśmy sobie zdrowia i miłości i postanawialiśmy, że nie zmarnujemy najdrobniejszej chwili.

życzę, żeby każda przemijająca chwila była doświadczana przez Was w pełni i intensywnie, żebyście nie czekali na życie, a stali się szczęśliwi tu i teraz.

i oczywiście zdrowia i miłości, żebyście mieli jak i po co.

Piotr, nie mąż

środa, 12 grudnia 2012

[936]. film o Joannie

Dzisiaj pojawiła się informacja na wspieramkulture.pl o filmie dokumentalnym o Joannie.
Zbierane są społecznie pieniądze na jego ukończenie, które ma nastąpić niebawem, bo premiera przewidziana jest na maj 2013 roku.
Reżyserem jest Aneta Kopacz, scenariusz napisała z Tomkiem Średniawą. Zdjęcia zrobił Łukasz Żal, a dźwiękiem zajął się Michał Kawiak.
Znam ich wszystkich. To wspaniali ludzie, i na ile umiem ocenić świetni fachowcy.
Spędzili z nami wiele czasu. Swojego czasu, bo dokument robili społecznie.
To, co powstało nas zaskoczyło.

Aneta pokazała Joannie roboczą wersję i moja żona popłakała się, a zapewniam, że nie był to u Niej stan zwyczajny. Mówiła mi, że to piękny obraz i cudownie opowiedziana historia. Potem dowiedzieliśmy się, kto będzie pisał muzykę i całość nabrała jeszcze innego wymiaru.

Też widziałem fragmenty. Tak, to jest piękne i ważne, ale także dojmująco smutne.
Może po prostu tęsknię?
A jednak dla mnie to historia o miłości. A to już smutne nie jest.

Piotr, nie mąż

---

PS: I jeszcze z ostatniej chwili wiadomość zamieszczona na FB Chustki:
"W Wajda Studio powstaje film dokumentalny o Joannie Sałydze. Dziś, w kawiarni MiTo odbędzie się pierwsza prezentacja projektu. Więcej szczegółów jeszcze dziś."

poniedziałek, 10 grudnia 2012

[935]. GrandPress dla Chustki


Za wywiad z Joanną dziennikarka TOK Fm Anna Wacławik-Orpik otrzymała dziś prestiżową nagrodę Grand Press. AWO powiedziała, że to, co zapoczątkowała Joanna znajduje wyraz w tworzącej się Fundacji Chustka. 

Reportaż Anny Wacławik-Orpik można przesłuchać tutaj
A tu zobaczysz, co słychać na FB Akcji Chustka.
Do organizacji pracy założyliśmy także forum
Oczywiście nadal organizowane są koncerty charytatywne dla Magdy.
A to dopiero początek. 

Piotr

środa, 5 grudnia 2012

[934]. Koncert dla Magdy



Ma na imię Magda. Zachwyca się słońcem. Złe myśli zostawia za drzwiami. Bawi w chowanego. Wygrywa. Ma dziewięcioletnią córkę. Trzyma ją za rękę. Mocno. Jest chora i można jej pomóc. Bardzo tego potrzebuje. Pisze blog wojownicza.

21 grudnia o godz. 19:30 zagrają dla Magdy: 

Olga Bończyk, Agnieszka Kudelska, Joanna Stefańska-Matraszek, Zbigniew Kozłowski, Robert Kudelski oraz Janusz Tylman.
Bilety do nabycia na portalu ebilet.pl.
Dochód w całości zostanie przekazany fundacji Alivia, której Magda jest podopieczną.

Zapraszamy!

http://www.ebilet.pl/szukaj.php?t=t&tid=10617

Jeżeli ktoś z Państwa zdecyduje się wykupić bilet-cegiełkę (sam lub wspólnie z inną osobą) i nie będzie mógł przybyć na  koncert, uprzejma prośba o poinformowanie organizatorów mailem na adres: biuro@projekt-teatr.pl

Akcja Chustka

poniedziałek, 19 listopada 2012

[933]. Pierwsze robocze spotkanie akcji "Nikt nie powinien tak cierpieć"

W sobotę 17 listopada odbyło się w Cafe Kulturalna pierwsze robocze spotkanie. Przyszło kilkadziesiąt osób, a wiele zgłosiło chęć spotkania w innym terminie. Niektórzy przyjechali nawet kilkaset kilometrów, ktoś przyjechał z zagranicy. Obecni byli lekarze, przedstawiciele mediów, prawnicy, psycholodzy i wiele innych wspaniałych osób. Do akcji włączyły się także fundacje: Fundacja Onkologiczna reprezentowana przez prezes Magdę Kręczkowską oraz Fundacja Rak'N'Roll reprezentowana przez prezesa Jacka Maciejewskiego.
Swoje wsparcie zaoferował także Wojskowy Instytut Higieny i Epidemiologii im. Generała Karola Kaczkowskiego reprezentowany przez Dyrektora płk dr n. med. Janusza Kocika.
Dziękuję Wam wszystkim.

Wybrano koordynatorów do poszczególnych zadań, a koordynatorem głównym akcji została Agnieszka Olejnik (email: olejnik.aga[@]gmail.com).

Podczas spotkania tak zdefiniowaliśmy cel:
Zabezpieczenie przeciwbólowe pacjentów chorych onkologicznie.
Zakładamy, że realizacja tego celu pozwoli na wypracowanie standardów osłony przeciwbólowej dla wszystkich pacjentów.

Kroki do realizacji celu zostały zdefiniowane tak:
1. Podniesienie świadomości pacjentów w zakresie dostępu do prawidłowej opieki paliatywnej i zaopatrzenia przeciwbólowego;
2. Podniesienie świadomości lekarzy w zakresie dostępu do prawidłowej opieki paliatywnej i zaopatrzenia przeciwbólowego;
3. Wprowadzenie zmian systemowych, które umożliwią pełną osłonę przeciwbólową;

Więcej danych pojawi się na stronach akcji, gdy tylko grupa merytoryczna i medialna wyrobią się z zadaniami.

Wszystkich chętnych do włączenia się w akcję proszę o kontakt ze mną (email: wieloraki[@]gmail.com) lub z Agnieszką Olejnik (email powyżej).

Nikt nie powinien tak cierpieć. Zmieńmy to.

Piotr, nie mąż

wtorek, 13 listopada 2012

[922].


Zrobiłem niedawno test: poszukałem takich znajomych, którzy nie doświadczyliby  niepotrzebnego cierpienia pośród bliskich. I nie znalazłem.
Czy to znaczy, że mam pecha do znajomych? Czy znajomi mają pecha do standardów leczenia przeciwbólowego?

Wasze historie udowadniają, że akcja jest potrzebna.
Wasze historie spowodowały także reakcję niektórych lekarzy i pielęgniarek, którzy obawiają się, że akcja może zmienić się w nagonkę na nich. Niepotrzebnie.
Lekarze mogą być dobrzy i źli, ale i zwyczajni. Tak jest w każdej grupie zawodowej. Należy więc opracować i wdrożyć takie rozwiązania, które niezależnie od tego jakim jest profesjonalistą, nie pozostawią wyboru lekarzowi/pielęgniarce i zmuszą go do stosowania osłony przeciwbólowej. Bo można. Bo trzeba.
Do tego potrzeba wielu głosów poparcia.

P



sobota, 10 listopada 2012

[921]. Wasze historie

Codziennie przecieram oczy ze zdumienia. Tyle historii, tyle niepotrzebnych cierpień. Wiedziałem, że akcja jest potrzebna, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo. Jeżeli w Polsce używa się 5 x mniej leków przeciwbólowych niż w innych krajach UE, to znaczy, że z każdych 100 pacjentów jedynie 20 jest osłoniętych, reszta cierpi. Chyba, że wszyscy mniej lub bardziej cierpią.
Nikt nie powinien tak cierpieć!
Opisz w tym poście swoją historię, opowiedz o cierpieniu, którego można było uniknąć. Zrób to w kilku zdaniach, podaj rok zdarzenia i adres mailowy do siebie.
Te historie nie uśmierzą naszego bólu, ale jeśli będzie ich wiele, pomogą w uśmierzaniu bólu innych ludzi.

Jeśli zrobiłaś/zrobiłeś to wcześniej w innym poście lub wysłałaś/wysłałeś mailem, proszę wstaw historię ponownie tutaj. Wiem ile Cię to będzie kosztować, naprawdę wiem. Jednak ludzie muszą zobaczyć, o co walczymy.

Chcesz się włączyć do akcji? Poinformuj innych, że teraz czekamy na ich historie.
P

piątek, 9 listopada 2012

[920].

Znów dostałem wiele Waszych maili o potrzebie prowadzenia bloga. Ponownie odpowiem: nie umiem pisać tak jak Ona. I zbyt tęsknię, żeby pisać o czymś innym. Mogę jedynie skupić się na zadaniach.

Jednak to dzięki Waszej pomocy, akcja Nikt nie powinien tak cierpieć, zaczyna się urzeczywistniać. Uznałem więc, że jestem Wam winien informowania o postępach.
Mam tylko prośbę, żeby Wasze ewentualne komentarze dotyczyły jedynie akcji. Jest mi ciężko, proszę Was, żebyście to uszanowali. Kłótnie, czy personalne wycieczki nikomu nie pomogą.

W chwili obecnej kończy się proces formowania grupy osób, które aktywnie będą wspierały akcję. Następnie będę chciał dla nich zorganizować spotkanie, na którym zostaną rozdzielą zadania.

Oczywiście nadal proszę o poszukiwanie sponsorów, dostępu do mediów oraz znanych osób, które chciałyby się w akcję włączyć. Podstawą jednak jest nagłośnienie problemu. Proszę, żebyście zaczęli o tym mówić.


Oto dwa pytania, które mogą otworzyć dyskusję:

Dlaczego zużycie silnych opioidów, które stanowią standard w leczeniu bólu nowotworowego,  jest w Polsce 4-5 krotnie niższe, niż w krajach Unii Europejskiej?

Niektóre rodzaje bólu można leczyć jedynie operacyjnie, przez przecięcie splotu nerwowego. Do tego niezbędne są specjalne urządzenia i specjaliści. Dlaczego nie ma we wszystkich miastach wojewódzkich poradni przeciwbólowych?


poniedziałek, 5 listopada 2012

[919].

Prośba

Moja żona zmarła w wielkim cierpieniu. W Polsce leki są dostępne, a chorzy cierpią. Dlatego proszę Was, o poparcie dla akcji, która może to zmienić.
Akcja jest w fazie tworzenia. Jeśli masz pomysł, wiedzę czy umiejętności, które mogą być przydatne, proszę o kontakt mailowy na wieloraki gmail.
Nikt nie powinien tak cierpieć.

Piotr,
nie mąż

...

Napisało do mnie wiele osób oferując pomoc. Przyszło także wiele maili o cierpieniu, którego doświadczali Wasi umierający bliscy. Bezwzględnie potrzebna jest zmiana stanu rzeczy. Piszcie na wieloraki gmail.

...

Dzięki Waszej pomocy akcja, pod roboczą nazwą Nikt nie powinien tak cierpieć, nabiera kształtów. Prowadzone są rozmowy z mediami, wydawcami, psychoonkologiami, prawnikami, lekarzami i wolontariuszami. W najbliższym tygodniu odbędzie się kilka ważnych spotkań.
Teraz tworzę listę zadań. Priorytetem są sponsorzy, dojścia do mediów i znanych osób. Tu liczę na Was. Proszę też, żebyście zainteresowali akcją jak najwięcej osób. Joannie już nie da się pomóc, ale my walczymy o żyjących.
W planach jest wypracowanie formy kontaktu, która umożliwi Wam szybki dostęp do użytecznych informacji.

To, że jesteście, to że chcecie pomóc, znaczy dla mnie wiele. Wasza obecność tutaj daje  nadzieję, że Jej cierpieniu można nadać sens. Nie posiadam daru pisania, który tak ceniliście u Joanny, dlatego po prostu Wam dziękuję.

niedziela, 4 listopada 2012

[917].




Dziękuję wszystkim, którzy żegnali Joannę. Tym, którzy robili to na pogrzebie i tym, którzy zwyczajnie myśleli o Niej. Dziękuję tym, którzy przyszli kolorowi i tym, którzy byli monochromatyczni. Wierzącym i niewierzącym. Smutnym i wesołym. Dziękuję Wam wszystkim, bo Joanna była dla Was ważna i chcieliście zachować Ją w pamięci. 

Szczególnie dziękuję tym, którzy Jej pomagali. Dostała od Was tyle dobra. 


Joanna kochała życie. Potrafiła czerpać z niego pełnymi garściami. Była wyraźna w poglądach i konkretna w decyzjach. Gdy kochała, to bezgranicznie, gdy jadła, to każdy kęs był intensywnie smakowany, gdy pomagała, to z całych sił, a gdy pisała, to "z brzucha". 

Jeśli poszukujecie w Jej życiu dobra, to było go sporo. Jeśli zła, to też pewnie się uda. Joanna była zwykłym człowiekiem. Ona po prostu żyła bardziej, intensywniej, była wyraźniejsza. Dlatego wielu Ją kochało, i wielu nienawidziło. 

Kimkolwiek była dla Ciebie, czymkolwiek są dla Ciebie Jej słowa - pamiętaj, że ona wyrażała się dobrze o ludziach. Uszanuj to.

Piotr,
nie mąż

poniedziałek, 29 października 2012

[916].


Joanna odeszła w poniedziałek 29 października. spodziewałem się tego, ale tęsknota i tak jest dojmująca. życzę każdemu, żeby doświadczył takiej miłości, zaufania i przyjaźni.
Piotr

czy Tobie przydała się Chustka?

...

sobota, 20 października 2012

[915].

czy ktoś z Was tuczył się/podkręcał apetyt Megalią?
nie mam problemów z apetytem, ale radzą mi ludziska spróbować Megalii, żeby żreć więcej, masy nabrać i mieć co zrzucać podczas brania chemii w żyłę.
hm?

piątek, 19 października 2012

[914].

ha!
rozmawiamy.
w trójkę u Babci B.
zaznaczam: w trójkę! bez mediatora!
początek był fatalny - Syn postanowił zabrać głos, co się nie spodobało.
(- od decydowania o tobie jestem ja z mamą.
- oooo, ładne rzeczy. a ja?! a ja?! a ja to niby kto? ja nie mam prawa nic powiedzieć, co ja chcę dla siebie? - i łuup!! drzwiami.
wybiegł z pokoju.
stęknęła futryna.

tłumaczę.
- nie tak Go wychowujemy.
my Go słuchamy, ma prawo głosu.
jest pełnoprawnym członkiem rodziny.
jak każde z nas ma prawo wyrazić swoją opinię
.

wrócił.
scenografia nadal ta sama. bohaterowie - też.
znalezione w sieci
leżę w pościeli, Syn przemierza marszowym krokiem sypialnię, on siedzi na krześle obgryzając pazury.
- a może jutro ze mną psa wybierzesz? - pyta.
- nie! to był pomysł mamy. pieska chcę wybrać i kupić z mamą.
- a jaki ma być ten piesek? pamiętaj, nie może być duży, bo twój nowy pokój nie jest tak duży jak ten co masz teraz. - mówi.
- powiedziałem już! piesek ma mi mamę przypominać.
ma być nieduży, ma do mamy być podobny i chcę go wybrać z mamą. - dostrzegam narastającą determinację, dolna warga drży coraz mocniej.
- czy to znaczy, że chcesz pudla w okularach? - pytam z głupia frant.
parsknięcie.
udało się.
rozśmieszony.

czwartek, 18 października 2012

[913].

pan doktor wygląda.
ma okulary, koszulę ralfalorena i wiarygodnie serdeczny uśmiech.
pan doktor jest specjalistą - praktykiem, potrafi dostosować się do pacjenta.
jestem energiczna i bezpośrednia, on więc też.
pytanie - odpowiedź - pytanie - odpowiedź.
punkt - gem - set - mecz.
ząb - zupa - dąb - dupa.

- proszę pani, hipertermia stanowi przede wszystkim dodatek do właściwego leczenia chemioterapią.
och, oczywiście, gdybym w nią nie wierzył, wcale bym jej nie proponował i nie stosował.

trzeba ogrzać i polać po całości.
u pani nie da rady bez ponoszenia ryzyka.
tyle operacji było.
duże dawki naświetlań pani przyjęła.

bałbym się perforacji.
i z tego samego powodu nie odważyłbym się na chemioterapię doustną.
chemia dootrzewnowa też nie wchodzi w grę - wydaje się, że jednak za mało ma pani płynu w otrzewnej.
proszę mnie źle nie zrozumieć, ja wcale się pani nie pozbywam.


***

na drzewie algorytmu mojego leczenia nie ma wierzchołków końcowych.
przeważają zamknięte i wykluczające się możliwości.
chciałoby się powiedzieć - jesień jest, co się więc dziwić - liści nie ma.
ale nie żywię do nikogo żalu ni pretensji.
wybierałam sama, wybierałam najlepiej jak umiałam.
mimo braku znajomości zasad, mimo świadomości czekającej mnie przegranej, dokonywałam, dokonuję, wyborów najlepiej jak potrafię. a przynajmniej - staram się.
wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie całkowite oddanie i zaufanie Niemęża i Babci B.
dzięki Nim czas choroby stanowi najwspanialsze chwile mojego życia.
pławię się w miłości.

powtórzę więc raz jeszcze: chwilo, trwaj.

środa, 17 października 2012

[912].

- bo tak właśnie jest w świetle obowiązującego prawa.

nie umiem Ci tego inaczej wyjaśnić.
nie przechodzi mi przez gardło, że to będzie dla Twojego dobra.
nie dostrzegam korzyści w takim rozwiązaniu.
ani w rewolucjonizowaniu życia jednym ruchem - takie historie to tylko u fryzjera: cięcie i od razu lepiej.
jestem zdania, że powinieneś przechodzić przez moją śmierć stopniowo.
to nieludzkie, żeby do jednej traumy dokładać drugą - związaną ze zmianą środowiska.
... środowiska, które znasz tylko od święta.

czuję się winna.
powinnam nauczyć Cię jeszcze tylu rzeczy.
kto Ci będzie obcinał paznokcie?
kto przypilnuje mycia zębów po każdym posiłku?
mycia i wycierania rąk i siusiaka po sikaniu?

kiedy myślę, jaką szkołę życia za chwilę dostaniesz, sztywnieję z przerażenia.
koniec z codziennym śniadaniem - koniecznie takim, jakie lubisz. nie dostaniesz już ulubionych parówek ani ulubionego żółtego sera.
koniec z paluchem serowym i piciem do szkoły według Twojego wyboru.
koniec z codziennie świeżymi majtkami i skarpetkami, ubraniem nagrzanym na kaloryferze.
czy ktoś Ci codziennie pomoże w odrabianiu lekcji? pakowaniu plecaka?
kto zawiezie na czas do szkoły?
kto utuli do snu, gdy kołdra będzie wyglądała jak groźna muchołapka?
kto obetrze łzy i ich nie wyśmieje?
kto cierpliwie wyjaśni raz jeszcze, jak się wiąże sznurowadła?

Synku, nie przechodzi mi przez gardło, że to będzie dla Twojego dobra.
takie jest prawo, a ja - bezsilna.

wtorek, 16 października 2012

[911].

jakoś tak dziś przypomniało mi się.

latem Babcia B. zainwestowała w Niemęża kupując Mu kosę.
nie, nie nóż do wbijania pod żebro w ciemnym kącie, celem osiągnięcia szybkich korzyści materialnych lub/oraz satysfakcji moralnej, tylko taką jak u Chełmońskiego czy Reymonta.
taką, którą kosi się zboże, a ściśnięte przewiąsłem snopki ustawia się w mondle.
Niemąż, po bezkrwawym zamontowaniu klingi na drzewcu, zapragnął zostać najbardziej profesjonalnym kosiarzem - a może nawet, kto wie, kosynierem w okolicy - skonsultował się więc z internetem w kwestii właściwej postawy chłop - kosa.
wizualizowanie poniższej porady za każdym razem doprowadza mnie do spazmów głupiego chichotu.
pisownię zostawiłam oryginalną.

(...)
Wyobraź sobie że jesteś osią zegara a twoimi wskazówkami jest kosa. Błyskawicznie cofając się w czasie zatocz szeroki łuk od godziny 15 do 9-tej wyginajac przy tym lewa ręke tak jak miałbyś napastnikowi wybić zęby łokciem, natomiast prawą ręką utrzymuj stabilizowane pochylenie pomocne również do tego gdyby naprzykład wpadły Ci kluczyki od auta do muszli klozetowej.
(...)

***

donoszę uprzejmie, że białko, hemoglobina i potas są już w normie.
teraz nad sodem pracuję - dożylnie kroplówkami oraz dopaszczowo, obficie soląc zupki.
ból opanowany został solidną dawką Matrifenu, a w razie bólu przebijającego mam Instanyl.
gdyby nie kilka niedogodności fizjologiczno - anatomicznych, gdyby nie ogólna słabosilność, odbicie w lustrze oraz spadające z tyłka spodnie, uznałabym siebie za całkiem zdrową.

poniedziałek, 15 października 2012

[910].

(ktoś tu, nomen omen, pisał o zielniku?)

Syn wrócił ze spaceru z Niemężem - zbierał rośliny do zielnika.
teraz odrabia pod okiem Babci B. lekcje, ale wiem, że co i rusz strzyże uchem, czy już się obudziłam.
a ja właśnie się obudziłam i wolłam - chodź do mnie, teraz ze mną poodrabiasz lekcje.
- mamusia! mamusia! moja mamusia się obudziła! - sądząc po uderzeniach, biegnie do mnie zwierzątko niesione kilkunastoma raciczkami.
- wskakuj do łóżka, opowiadaj, co słychać - zapraszam.
po opowiedzeniu, dlaczego pani od angielskiego była dziś naprawdę wściekła, co nawyrabiał Piotrek, ten-Piotrek-co-rozrabia-ale-nie-ten-cichutki-tylko-ten-drugi-wiesz-który, raptem słyszę:
- a ja kupię taki malutki sejfik i jak umrzesz i będziesz już sproszkowana, to zabiorę trochę tego proszku do mojego sejfiku.
- a po co, Syneczku?
- żeby mieć ciebie na zawsze przy sobie. a jak będą tam twoje włoski, też je wezmę do głaskania. i jakby można było, to twój zapach i dotyk też tam schowam. będziesz zawsze ze mną i jak będę chciał, to będę sobie otwierał mój sejfik i będę bliżej ciebie.
- dam Ci do przytulania mojego Adolfa, chcesz? - Adolf jest poduszko-maskotką; imię pochodzi od jej specyficznej miny.
deal done.
sądząc po minie Syn jest zadowolony.
pobiegł po zeszyty do sprawdzenia.

***

wieczorem wpada na buziaka przed snem.
stojąca lampa koronka - kryształy - francja - elegancja funguje za stojak kroplówki.
- mamusiu, jeśli martwisz się kroplówką, to się nią nie martw.
zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, kontynuuje - bo to tylko kroplówka, a najważniejsze jest, że jeszcze żyjesz!

***

Syneczku,
notuję szczegóły dnia codziennego.
liczę, że czytając je, łatwiej będzie Ci przywołać i osadzić w czasie poważniejsze rozmowy - takie, o których nie sposób otwarcie pisać na blogu.
na przykład naszą dzisiejszą pościelową nocną rozmowę o przemijaniu.
o tym, że nie chcesz rosnąć.
o tym, że chciałbyś mieć mnie zawsze przy sobie.
o tym, że martwisz się, co z Tobą będzie, gdy mnie zabraknie.

Syneczku,
udzieliłam Ci odpowiedzi - nie wiem, czy trafnych, ale szczerych.
nie powiedziałam Ci tylko że:
- ja też nie chcę "rosnąć",
- też chciałabym mieć Ciebie zawsze przy sobie,
- też martwię się, co z Tobą będzie, gdy mnie zabraknie.

niedziela, 14 października 2012

[909].

dziś popołudniu Syn był u szkolnego kolegi.
wrócił dumny i szczęśliwy: prócz wspólnej zabawy w domu, byli  s a m i  (pod opieką starszego brata kolegi) na placu zabaw.
haa! witaj, samodzielności!

***

nabieram wprawy w chorowaniu.
prócz lekarstw obrastam w osprzęt i doświadczenie.
i smutek.
bezbrzeżny smutek.
przerażają mnie jednokierunkowość drogi i tempo podróży.
niezachodząca apoptoza rozsadza ciało.
i duszę.

patrzę na Syna i chce mi się wyć.
polewam Go prysznicem, On opowiada bajkę o Szalonym Ptaku Emu i Małym Dzielnym Maczku.
- koniec mycia się, wycieraj się - podaję ręcznik, zakręcam kurek prysznica.
- a możesz jeszcze popolewać mnie wodą po ciałku? to takie przyjemne...
- mogę, jeśli tylko masz ochotę.
- a dla Ciebie nie będzie to strata czasu? - pyta uprzejmie.
- jasne, że nie, Syneczku... - potworna gula dławi gardło, ledwo wstrzymuję łzy.

kochanie, nie wiem, ile razy jeszcze dam radę wstać z łóżka, by Ci towarzyszyć w myciu się, podać ręcznik, ogrzać na kaloryferze piżamkę.
ale wiem, że nigdy nikt nie zrobi tego tak jak ja.
nikt tak jak ja nie umyje Ci plecków, nie nałoży pasty na szczotkę, nie poprawi rękawów koszulki.
nikt tak jak ja nie okryje kołderką, nie wycałuje i nie wyprzytula przed snem.
nikt.
nikt.
nikt.
więc póki jestem, póki mogę, zrobię co zechcesz.
to nie jest strata czasu, jasne, że nie, Syneczku...

sobota, 13 października 2012

[908].

po odebraniu Syna ze szkoły - zważywszy na piękne okoliczności przyrody,



wybraliśmy się na wycieczkę.


Kazimierz jak zwykle nie zawiódł.


zrobiliśmy przegląd suwenirów na rynku.


potem przeszliśmy się nad Wisłę,


a następnie poszliśmy zjeść obiadokolację.


i wróciliśmy.

piątek, 12 października 2012

[907].

za mną siedem dłuższych lub krótszych hospitalizacji, a Giancarlo nigdy nie odwiedził mnie w szpitalu.
Niemąż powtarza, że nie potrafi wyjaśnić Giancarlowi dlaczego tak robię, skoro Syn bardzo chciałby.
mówi mi, że pókim tutaj, należy się słowo matczynych wyjaśnień, bo Niemąż ich nie ma.
jestem przeciwna, ot co.
lub, jak mawia Syn - nie i już! wuwuwu kropka pe-el dot kom!

dygresja.
bez wątpienia Voldemort - gdyby umiał, prócz wrzasków, rozmawiać ze mną - podzieliłby wątpliwość Niemęża.
wszakże wypożyczył kiedyś Syna wizytować Babcię I. po zabiegu w szpitalu.
co więcej - chciał nawet zabrać na pogrzeb Prababci Elemelkowej, gdzie więź między nimi taka, że Giancarlo nie zna imienia Prababci (ksywa Elemelek pochodzi stąd, iż gdyż Voldemort opowiadał Synowi bojącemu się przycupniętej w ciemnym kącie starowince, jakoby Prababcia lubiła czytywać bajeczkę o tymże wróbelku).
reasumując kwestię szpitalną, oto 3:0, czyli czy do zera.
panowie - być może kierowani chrześcijańskim chorych nawiedzać na tak, pani - nie.
koniec dygresji.

otóż
Drogi Syneczku,
uważam, że szpital nie jest stosownym miejscem dla pięcioletnich czy siedmioletnich robaczków.
tym bardziej niestosowne dla Twojej grupy wiekowej są odwiedziny na oddziałach chirurgiczno - onkologicznych.
po wielokrotnym dokonaniu bilansu zysków i strat (ja też za Tobą bardzo tęsknię!) doszłam do wniosku, że lepiej jest, byś tęsknił przez telefon, niż patrzył na moje uprzedmiotowienie w okablowaniu. ale przede wszystkim nie chcę, byś dostrzegł bezradność, strach przed nieuchronnym, beznadzieję.
wolę zostać w Twoich wspomnieniach w wersji domowej.
w półmroku, z muzyką w tle, w kolorowej pościeli, z wałkopoduszką - żyrafką na ramionach, z Viledą umoszczoną na kolanach.
mama domowa.
mama kibicująca Twojemu graniu na iksboksie, poganiająca Cię do obiadu, lekcji czy kąpieli.
taka prawie "normalna" mama.

czwartek, 11 października 2012

[906].


***

mała miseczka ryżu.
trzy czwarte mozzarelli z bazylią, średni pomidor bez skórki, jajo w szklance.
trzy frytki, kotlet - czyt.: kotlecik - z piersi drobiowej, plamka keczapu dla dzieci, dwa plastry pomidora malinowego.
nieduży kawałek szarlotki na kruchym cieście.
kubek kisielu poziomkowego.
siedem kubków herbaty.
że nie wspomnę o worku obowiązkowych tabletek oraz fakultatywnych suplementów.

***

obiad popełniłam.
Giancarlo pomagał przy smażeniu kotletów - mamo, jak ja uwielbiam twoje kotleciki! mamo, ja przepadam za przygotowywaniem jedzenia z tobą!
oczywiście od razu rozpłynęłam się w zachwycie i pogrążyłam w niemocy.

co więcej?
otóż wysiedziałam przy stole podczas wspólnego posiłku, co zostało zauważone i docenione przez moich Panów.
mimo sprzeciwów Niemęża zmyłam obiadowe statki.
a potem dziecię odmeldowało się do odrabiania lekcji, a my posiedzieli przy deserze.

ha! takie są efekty krwi toczenia!

środa, 10 października 2012

[905].


jeszcze tylko pani pielęgniarka wyjmie mi wenflon i wracam do domku!

***

dzień w dzień stajemy przed dramatycznym pytaniem co jest zadane.
nie pomaga prośba, groźba, odwoływanie się do rozsądku, kuszenie łapówkami, łaskotanie ambicji, szarpanie sumieniem.
nul, nic, zero.
czasem pamięta, czasem nie pamięta.
czasem zaznaczy samoprzylepną karteczką, czasem zakreśli ołówkiem.
czasem.
a czasem - nie.
wczoraj przerósł sam siebie.

jedziemy na obiad do Babci B.
- a tego to wam nawet nie mówiłem - kontynuuje relację z bieżących szkolnych wydarzeń Syn. mnie staje serce i sierść na grzbiecie - żeby dostać piątkę, trzeba było przynieść liść octowca, a plusa stawiała pani za znalezienie i wydrukowanie zdjęcia octowca z internetu.
- czy to znaczy, że dostałeś dwóję, bo niczego nie przyniosłeś? dlaczego nam nie powiedziałeś o zadanej pracy? czuję podnoszące się ciśnienie, zaraz dostanę herz-klekotek, ratunku, ludzie, czymajcie mnie.
- bo to było tylko dla chętnych, nie było konieczne - z godnością odpowiada Syn i spokojnie zmienia temat - a co będzie u Babci na obiadek? bo jestem baaardzo głodny.
a ja
jestem
zdumiona, skonfundowana,
więc
furda z obiadkiem!
chcę szczegółów o octowcu!
- a Ty nie chciałeś - niewielkim kosztem - dostać piątki? - wyduszam z siebie nieśmiałe pytanie.
- nie, a po co? - Syn łypie na nas podejrzliwym spojrzeniem, by po chwili uzupełnić wyjaśnienia - mnie wystarczają te oceny, które dostaję.
acha.
no jasne, to przecież logiczne.

wtorek, 9 października 2012

[904].

dotarło do mnie.
w y r a ź n i e.












***

i skończył się optymizm.

poniedziałek, 8 października 2012

[903].

oddalam się do szpitala,
bo hemoglobina znowu spadła poniżej 9.

***

zastanawiam kim są osoby, które oddały mi część siebie.
stałam się częścią ich.

fajnie byłoby móc podziękować osobiście.

niedziela, 7 października 2012

[902].

dziś spałam do 12.30.
pojechaliśmy na niedzielny obiad u Babci B., gdzie zamiast jeść, spałam od 16.30 do 18.30.
a teraz jest 23.00 a ja ziewam tak przeraźliwie, że górna warga zachodzi mi na czoło.

***

wieczorem przybyła Lumpiata.
prawda to znana, iż świat jest bardzo mały - okazało się, że mamy wspólnych znajomych.
i tak dziś Lumpiata wcieliła się w rolę kuriera: przywiozła - z zagranicznych wojaży mojego kolegi ze studiów - kilka włoskich żurnali.
(Maćku, grazie mille!)

leżę więc ozdobnie w pościeli, popijam herbatę z imbirem i przeglądam modę w czasopismach.
złapałam się na tym, że prócz paczania na ciuchy podoba mi się/nie podoba analizuję ich aspekt praktyczny: dałoby się schować worki/nie dałoby się.

***

dziś znowu prawy worek przestał odbierać mocz.
po półgodzinnym międleniu moczokabelka i terroryzowaniu spojrzeniem pustego worka, zdecydowałam się zadzwonić do urologa, który zakładał dreny.
ledwo przystawiłam słuchawkę do ucha, zanim jeszcze zdążyłam się przedstawić, w worku już było 100 ml; pod koniec rozmowy - 300 ml.

ewidentnie nerka przeraziła się ewentualnego ponownego kontaktu z panem doktorem.

sobota, 6 października 2012

[901].

byliśmy dziś na grzybach.
z trudem przychodzi mi schylanie się, więc panowie wyręczali mnie.

***

na obiadokolację upiekłam dwukilogramową kaczkę z jabłkami i majerankiem.
musiała smakować, bo cała znikła.

***

dziś zaczęłam czytanie z Synem kolejnej szkolnej lektury - Z przygód krasnala Hałabały.
poprzednią lekturę - Jacka, Wacka i Pankracka przeczytał sam, po cichu, właściwie za jednym posiedzeniem.
tym razem wymyśliłam sobie, że chcę razem z Nim czytać, by Go nauczyć odpowiedniej dykcji - intonacji, pauz itd.
kiedy tłumaczę Mu, co stanowi cel wspólnego czytania, robi wielkie oczy i mówi: ale mamo, pani tego nie wymaga, albo: ale mamo, u nas są dzieci, które w ogóle słabo czytają.

straszne to.
obserwuję, jak szkoła stopniowo zabija w Nim ciekawość, jak równanie do przeciętnych jest wystarczające, jak wykonanie minimum zaspokaja ambicje.

***

nadal jestem nieprawdopodobnie senna.
staram się jednak w dzień nie sypiać. w efekcie, wieczorem, gdy jest pora na pisanie posta, zasypiam na klawiaturze.

piątek, 5 października 2012

[900].

z okazji okrągłego wpisu,
chciałam się dowiedzieć,
o czym
najbardziej lubicie czytać na blogasiu,
a co za tym idzie -
o czym chcielibyście,
żebym
pisała
częściej.

hm?

czwartek, 4 października 2012

[899].

senność nie mija.
powiedziałabym - wręcz odwrotnie.
wczoraj/dziś przespałam ciurkiem od 23.00 do 15.00.
deprymujące to - przykładam głowę do poduchy i od razu zasypiam.

środa, 3 października 2012

[898].

alejestemśpiącaponowychplastrach...

wtorek, 2 października 2012

[897].

szczenięciem będąc, uwielbiałam spać we flanelowych piżamach (a w lato - w milanezowych - czy ktoś jeszcze pamięta, jaki to był przytulaśny materiał?).
nigdy nie lubiłam spania w sukienusiach, bo podjeżdżając pod pachy, zawsze zawijają się na plecach w obwarzany.
od studiów do czasu uzyskania kumatości przez Giancarla, spałam nago albo w samym tiszercie.

przygoda z rakiem, ściśle związana z noclegami w szpitalu, otworzyła nowy rozdział w strojach nocnych.
i tak oto, niczym w senniku egipskim, z mojego doświadczenia wynika, iż:
- koszulka na ramiączka - zmarzną ci ramiona i łokcie
- koszulka z krótkim rękawkiem - zmarzną ci łokcie
- tiszert z długim rękawem - unikniesz przeziębienia, ale rękaw nie może być obcisły, bo pielęgniarka najpierw powie ci co myśli, a następnie nie założy/nie da rady dostać się do wenflonu; że nie wspomnę o pomiarze ciśnienia czy temperatury
- spodnie z mocną gumą w pasie - gwarantowane dodatkowe emocje, ból i łzy - szczególnie po operacji w obrębie jamy brzusznej
- krótka koszula nocna - zapewniona bolesna rolada pod pachami i na plecach
- długa koszula nocna - zaplączesz się o jej falbany, stojak od kroplówek oraz własne nogi podczas prób skorzystania z basenu.

***

pozostańmy w temacie piżam.
otóż popołudniowym wieczorem Niemąż zabrał nas na wycieczkę do wielkiego sklepu, gdzie znalazłam cudnej urody flanelową piżamę, która z daleka wołała do mnie - twojam, twojam, a którą, w związku z tym, niniejszym prezentuję:

to moja pierwsza flanelowa piżama od czasów dziecięcych.
(tak, wiem, że ubrania ze sklepu najpierw się pierze, potem zakłada, ale naprawdę nie mogłam się powstrzymać).
ależ ta piżamka jest przyjemna!
chyba będę w niej chodzić również w dzień.

poniedziałek, 1 października 2012

[896].

przeczytałam Wasze opinie odnośnie Agaty Kowalskiej, która w TOK FM poprowadziła rozmowę z nami na podstawie artykułu z Wysokich Obcasów i, powiem szczerze, zaskoczyliście mnie.
w trakcie spotkania w studiu radiowym (prócz kilkukrotnego przekręcenia nazwiska, co stanowi oczywistą niezręczność) nie miałam wrażenia braku kompetencji prowadzącej.
uznałam, że celowo obrała konwencję rozmawiania w sposób prosty, graniczący z naiwnością.
a tu, proszę, Czytacze zobaczyli sprawę całkiem inaczej.
ciekawe.

***

jeśli chodzi o odrabianie lekcji za dzieci, jestem zdecydowanie przeciwna.
być może dlatego, że mnie nigdy Rodzice nie wyręczyli - nie mam więc wzorca do kontynuowania.

pamiętam jednak uczucie żalu, który miałam do Nich za brak pomagania.
pamiętam jak w podstawówce, dzieci, rozpromienione i dumne, przynosiły np. na ZPT (Zajęcia Praktyczno-Techniczne - pamiętacie?) piękne, prawie gotowe karmniki dla ptaków, a ja z mozołem
trudziłam się, by przyciąć kawałek dykty na podłogę, albo by połączyć podłogę z dachem.
o tak, tak było... dzieci szlifowały papierem ściernym drzazgi, ja - biedziłam się nad wbiciem gwoździa w rozszczepiającą się konstrukcję.
z tego też powodu czasami trochę pomagam. On koloruje kolejne obrazki na angielski, ja - z Nim.

swoją drogą niezbyt rozumiem, jaki jest cel - w nauce angielskiego - taka mnogość obrazków do pokolorowania.

niedziela, 30 września 2012

[895].

piękna była dziś pogoda!
pomimo kończącego się w okolicy maratonu i związanych z nim utrudnień w ruchu drogowym oraz bolicosiów różnych, udało się nam dojechać do Ogrodu Botanicznego.

główny punkt programu, czyli wizyta w oranżerii, został odhaczony.



na trawniku przed szklarniami Syn kręcił się aż do zawrotów w głowie i turlania się po trawie.


potem posiedzieliśmy w Grill Barze, pożułam razem z Synem pieczonego ziemniaka z folii, pochrupaliśmy słonych paluszków.
następnie chciałam dotrzeć do Tajemniczego Ogrodu, żeby pohuśtać się i do warzywniaka na oglądanie dyni, ale rezerwa się włączyła - musieliśmy zawrócić do samochodu.
ledwo wsiadłam, zasnęłam.

było krótko, ale wspaniale.

***

wieczorem uczyliśmy się angielskiego. sprawdzian się zbliża.
uczeń pilny, pojętny, więc jak zwykle było miło.
do czasu.
do czasu aż przypadkowo zajrzałam do zeszytu korespondencji.
a tam, jak wół stoi: dary jesieni na poniedziałek.
pytam się, więc - kolorowe liście mamy zbierać teraz, po ciemku? czy żołędzie?
a Syn na to, skruszonym głosem - to może ja warzywo jakieś zaniosę?

sobota, 29 września 2012

piątek, 28 września 2012

[893].

mili Czytacze,
towarzyszycie mi od marca 2010. wówczas przypadkowo wykryto u mnie raka.
od tamtego czasu przeszłam cztery operacje, ponad piętnaście kursów chemii, dwadzieścia jeden seansów teleradioterapii, cztery zabiegi brachyterapii.
w efekcie guz pierwotny został wycięty, zaś przerzuty - częściowo usunięte, częściowo - powstrzymane.
choroba jednak rozwija się nadal, zajmując kolejne obszary.
operacje, chemie i naświetlania sprawiły, że nadal tu jestem, ale obiektywnie rzecz ujmując, jakość życia jest niska.
z każdym miesiącem jest gorzej. za jakiś czas będzie gorzej z każdym tygodniem, a potem - z każdym dniem.
sprawdziłam: tak ta choroba wygląda.
tak jest i już.

czyli: któregoś wieczoru posta nie napiszę.
nie będzie go też nazajutrz, ani dnia następnego.

tymczasem jestem.
i dziękuję, że co wieczór wpadacie mnie odwiedzić.
póki jestem, spędźmy pozostały nam wspólny czas w dobry sposób.

apeluję do Waszego rozsądku, nie żryjcie się.

czwartek, 27 września 2012

[892].

dziś był dzień odwiedzin.
przyjemnie jest móc przyjmować gości na leżąco.
gości, którzy sami się obsłużą, a jeszcze i mnie przyniosą herbaty z cukrem.
a do tego w każdej chwili można Im powiedzieć: przepraszam, koniec audiencji, teraz będę spała!

prócz zamawianych i zaproszonych przyjaciółek, z niezapowiedzianą wizytą przybył ojciec dyrektor mojego ośrodka hospicyjnego.
długo rozmawialiśmy.
powiedział, że widać po mnie, że jestem szczęśliwa i pogodzona z życiem.
nie wiem, czy to można dostrzec.
ksiądz dyrektor pewnie jednak wie coś na ten temat - pod Jego opieką pozostaje ponad czterystu pacjentów, a hospicja prowadzi od wielu lat.

a tymczasem z każdym dniem jest lepiej.
szew na brzuchu już prawie nie dokucza, plastry przeciwbólowe chronią wystarczająco, nie miałam trudności z nauczeniem się jak wymieniać wór.
a dziś wieczorem udało mi się towarzyszyć Synowi w wieczornej kąpieli.
ale jestem z siebie zadowolona!

środa, 26 września 2012

[891].

wieczorem jeden z azorków przestał odbierać mocz.
przeraziłam się - od razu wyobraziłam sobie, że wypadł albo zatkał się dren, że trzeba będzie na urologię, pruć, łatać i cerować.
powstrzymałam emocje, pomerdałam sznurkiem na boki, azorek wypełnił się.
dren nie działał, bo - jak sądzę - dotykał do ścianki nerki.
wystarczyło trochę pokiwać sznurkiem na boki, a azorek wypełnił się.
nie obeszło się jednak bez cewnikowania.
z rąk przyjaciółki chirurga łatwiej znieść takie cierpienie.
jak ja wiedziałam, z kim się zaprzyjaźnić.

wtorek, 25 września 2012

[890].

- czy to nie zastanawiające, że gdy rodzi się człowiek, płacze rozzłoszczony, zaś wszyscy wokoło się cieszą, a gdy umiera - wszyscy płaczą, a on uśmiecha się spokojny. - powiedziała Ania, moja hospicyjna pielęgniarka.
i dodała - pomyśl - nie przechowujemy wspomnień z pierwszych dwóch lat życia. ciekawe, czemu.
może wówczas mamy jeszcze wspomnienie tego, co działo się wcześniej?

ha! też się wiele razy nad tym zastanawiałam.

poniedziałek, 24 września 2012

[889].

znikła twarz.
może wróci, ale raczej oceniam to wydarzenie jako nieuchronną składową misterium.

niedziela, 23 września 2012

[888].

o, jakie ładne czy bauwanki w tytule posta!

***

usprawniam się.
daję już radę powoli przekręcać się na boki w pościeli.
och, jakież to przyjemne!

***

złożyła nam dziś wizytę Lumpiata z Synem, wczoraj była Wróbel z Miłym i Córeczką.

lubię takie spotkania, choć właściwiej byłoby napisać, że  t y l k o  takie spotkania lubię.
lubię uczestniczyć w rozmowie, gdy ludzie potrafią mówić i umieją słuchać.

cieszy mnie, że Syn też lubi rozmawiać.
pamiętam jednak, że kładzenie podwalin było czasem trudne dla mnie emocjonalnie (chyba nie pisałam do tej pory o tym na blogu).

w zamierzchłych czasach, będąc adeptem sztuki mówienia, około szesnastego - siedemnastego miesiąca życia, Pulpet ukochał kolejnictwo.
niestety, w okolicy sieć kolejową mamy rozbudowaną.
prócz lokomotywy do ciągania na sznurku, drugiej - gumowej - do obśliniania rozmiękniętymi chrupkami kukurydzianymi, zagadnienie było eksplorowane w realu.
sondowanie rozpoczynało się bezpośrednio po wejściu do auta mantrą powtarzaną co dwie minuty- czy zobaczymy dziś pociąg(i) osobowe czy towarowe, w jakich będą kolorach.
jeśli jechał pociąg, temat załatwialiśmy raz - dwa.
- pan dróżnik zamyka szlaban.
- tak Synku, zamyka.
- zamyka. szlaban świeci i dzwoni.
- tak, Synku, najeżdża pociąg.
- maa-ma, nie ma pociągu.
- zaraz nadjedzie.
- mama, nie ma pociągu.
- cierpliwości, Synku, zaraz nadjedzie, dlatego pan dróżnik zamknął szlaban. stoimy przed zamkniętym szlabanem i czekamy.
- pociąg, jedzie pociąg.
- tak Synku, jedzie.
- stoją samochody, pociąg jedzie, pan dróżnik zamknął szlaban.
- tak Synu, czekamy na otwarcie szlabanu.
- szlaban jest zamknięty.
- Synku, czekamy na otwarcie szlabanów.
- dróżnik szlaban otwiera, pociąg nie jedzie, samochód jedzie.
- tak, Synu, samochody muszą poczekać na otwarcie szlabanów przez pana dróżnika.
- nie wolno jechać, pan dróżnik szlaban zamknął.
- tak Synku, nie wolno. dlatego szlaban został zamknięty.
- a kiedy teraz pan dróżnik zamknie szlaban?
- gdy będzie jechał pociąg.
- maa-ma, nie ma pociągu.
- Synku, teraz nie jedzie, właśnie pojechał.
i takśmy sobie konwersowali przed każdym przejazdem kolejowym - strzeżonym, niestrzeżonym (maa-ma, gdzie jest pan dróżnik?), z dworcem pasażerskim (mama, patrz, ludzie!), z uszkodzoną sygnalizacją dźwiękową (a dlaczego nie działa?).
każdym!!!

szczęśliwy to był dzień, gdy pociąg nie nadjeżdżał.
- nie ma pociągu. dlaczego nie ma pociągu? - Syna dopadało trans-rozczarowanie.
a mnie kamień z serca spadał, że udało się mi przemknąć do Babci B. bez rozmawiania do ochrypnięcia o pociągu, szlabanie i dróżniku.
hi, hi, hi.
zła matka, złaaa.

sobota, 22 września 2012

[883]. do [887].

między poniedziałkiem a sobotą upłynęło kilka dni.
jak zauważyliście, zanikłam.
w tym czasie poleżałam parę godzin na stole operacyjnym, wessałam hektolitry kroplówek oraz porobiłam różne zabawne rzeczy według instrukcji lekarzy, pielęgniarek i salowych.

a Wy, co w tym czasie robiliście?
czy może byliście na spacerze w poszukiwaniu jesieni?

poniedziałek, 17 września 2012

[882].

Niemąż zawiózł mnie rano na konsultację do profesora.
na pytanie, co mamy dalej robić, profesor powiedział: nic już nie można. taka wredna choroba do walki się akurat pani trafiła. trzeba czekać.

jechaliśmy i, gdy już minął ból po badaniu, było cudownie.
gorące jesienne słońce grzało mi nos przez szybę auta, drzewa mieniły się tysiącem odmian zieleni, żółci i rudości, zaróżowione i poczerwieniałe bluszcze pięknie wiły się na pniach.
to była wspaniała przejażdżka.

a teraz wracam odwiedzić mój szpital.
bądźcie ze mną, z nami w myślach.


ps.
Niemąż powiedział mi właśnie, że mam napisać, że On mnie kocha.
więc piszę: ludzie, Niemąż mnie kocha!
chrum!

niedziela, 16 września 2012

[881].

dookoła prawie wszyscy wiedzą, jak mi pomóc.
chlipnięcia, westchnięcia, komentarze.
mimo zamkniętych drzwi pokoju czy szpitalnej sali głos się niesie.
leżę i słyszę. słucham i leżę.

musisz walczyć.
nie możesz się poddać.
jeszcze się przetoczy krew, dożywisz się i pójdziesz na kolejną chemię.
od początku źle się leczysz.
musi ci zależeć, dziecko masz.

bla, bla, bla.

***

gdy w piątek popołudniu Niemąż przyprowadził mnie z karetki z trzema torebusiami, Syn - po wykonaniu ostrożnego tańca radości - zapytał - a kiedyś ci je wyjmą?
zgodnie z prawdą odpowiedziałam - nigdy.
przysiadł na brzeżku łóżka i powiedział: to znaczy chyba, że jesteś coraz bardziej chora, prawda? nie lubię, że jesteś chora, bo pamiętam czasy, gdy byłaś zdrowa.
ale cieszę się, że jesteś z nami w domu, bo bardzo za tobą tęskniłem.
i cieszę się, że żyjesz.
i żyj, ile dasz radę, dopóki będziesz miała siłę, bo bardzo cię kocham.


***

a tymczasem pod rządami Niemęża Syn przeczytał w ten łikend swoją pierwszą obowiązkową lekturę szkolną.
wspaniale mi widzieć, jak są ze sobą zżyci.
mają swój metajęzyk, własny regulamin funkcjonowania.
wiem - gdy odejdę, ten świat się jakoś rozpadnie, ale póki jestem, karmię się naszym domowym spokojem i szczęściem.
zaś, ku zdumieniu Syna, Voldemort przysłał esemesa jeśli z mamą jest gorzej, to możesz do mnie zadzwonić i o tym porozmawiać, bo ja jestem w Hiszpanii.
Syn sarknął - a tato czemu sam nie zadzwoni? a ja po co miałbym dzwonić? co on mi przez telefon poradzi? ucieszy się, że z mamą gorzej? i będzie mnie straszył, że mnie od niej zabierze?
ręka do góry, który troskliwy ojciec wyjechałby pobawić się na turnieju flipperowym, wiedząc, że dziecko może potrzebować wsparcia?
znam odpowiedź: taki, który wie, że może całkowicie polegać na ojczymie.
i taki, który jest uzależniony od hazardu.

***

za dwa tygodnie w Wysokich Obcasach ukaże się rozmowa Alinki Mrowińskiej ze mną o Jasiu i o umieraniu.
a potem czekać będzie na Was przepiękny film o mnie i mojej rodzinie.


a teraz - dobranoc.
śpicie spokojnie.

sobota, 15 września 2012

[880].

uzupełniam wpisy wstecznie - w niedzielę.

nie mam nic do napisania konstruktywnego.
jestem wcieleniem cierpienia i bezradności.
taka walka o życie to pomyłka medycyny.

piątek, 14 września 2012

[879].

uzupełniam wpisy wstecznie - w niedzielę.

w piątkowe popołudnie dostałam wypis ze szpitala specjalistycznego i skierowanie do szpitala powiatowego.
karetka zawiozła mnie do domu.
schowałam się w pościeli.

czwartek, 13 września 2012

[878].

uzupełniam wpisy wstecznie - w niedzielę.

czwartkowym popołudniem, po przewiezieniu karetką ze szpitala powiatowego do specjalistycznego, stałam się właścicielką kolejnych dwóch torebek, w tym pierwszej - zamontowanej prawie na żywo.
czy to była próba oszczędności na podanej ilości znieczulenia, czy na czasie zabiegu - nie wiem.
nie omieszkałam wysyczeć panu doktorowi, że drugiej nerki nie nakłuwamy, dopóki pan doktor nie zastanowi się, jak to zrobić bezboleśnie.
musiał się zastanowić, bo montaż drugiej torebki już tak nie bolał.

środa, 12 września 2012

[877].

blogger ma taką funkcję, że można zaplanować kiedy pojawią się wpisy.
sprytne, co?
:>

wtorek, 11 września 2012

[876].

pamiętajcie o krwi dla mnie.
a ja idę poleżeć trochę w szpitalu.
pa,pa.

poniedziałek, 10 września 2012

[875].

popsuły się całkiem parametry morfologii.
dostałam skierowanie na przetoczenie krwi.
jeśli zechcielibyście pomóc oddając mi Waszą krew, będę szczęśliwa.

karteczki proszę słać do Szpitala w Wołominie, pod numer faksu (22)7633180
z dopiskiem - Joanna Sałyga.
dziękuję.

ps.
napisał do mnie Tomasz, tato Jasia.
bardzo dziękuje za Waszą pomoc, mają już wystarczającą ilość krwi.

niedziela, 9 września 2012

[874].

a skoro już regulować sprawy, to po całości.
meble oraz fugi wyszorowane, pralka odkalgoniona.
dokumenty i kosmetyki uporządkowane.
paznokcie obcięte, przedziałek uczesany.
pora przyszła na Voldemorta.

zgodnie z propozycją sądu, bom miła i grzeczna, mediuję z Voldemortem.
przez mediatora.
mediator z urzędu, ale trafił się: wiekiem słuszny, więc doświadczony - to po pierwsze.
po drugie - materiały sążniste publikuje o mediowaniu. a skoro z wieloletniej analizy udało się zrobić syntezę, która została spisana, a którą - co ważniejsze - dobrze się czyta, więc tuszyłam, iż mam nadzieję.
zygu - zygu, marcheweczka.

na pierwszym spotkaniu określaliśmy wzajemne oczekiwania.
Voldemort przemówił, że chciałby, żeby było normalnie. włączyła mi się czujka alarmowa. i świeciła światłem ciągłym nieprzerwanym przez sto dwadzieścia minut, bo jakby nie to jest przedmiotem toczącego się postępowania sądowego.

na drugim spotkaniu czujka od beznadziei rozżarzyła się: dowiedziałam się, że uniemożliwiam kontakty z Synem.
Voldemort zaprezentował cztery harmonogramy do wdrożenia na twardo:
a) harmonogram stały - zawsze po lekcjach w te trzy dni tygodnia, zawsze w te dwa łikendy (liczone - cha, cha, cha - od piątku, godz.16.00 do niedzieli, godz.20.00), zawsze tyle w święta i Sylwestra, zupełnie mało w wakacje i całkiem nic - w ferie
b) harmonogram ad hoc - cioci urwało stopę, zdechł kanarek, więc Voldemort pobiera natętychmiast Syna celem przeżyć wspólnych
c) harmonogram widzimisię zwany również nie znasz dnia ani godziny: Voldemort właśnie przechodzi pod murami naszej kamienicy, łokciem zahacza o nasz domofon, celem zaspokojenia fali miłości ojcowskiej udostępniamy Syna nie bacząc na odrabianie lekcji, posiłek, gości w domu ani warunki meteorologiczne
d) harmonogram telefoniczny - Syn musi zawsze odbierać wszystkie połączenia od Voldemorta, nie wolno Synowi rozmawiać przez telefon w naszej obecności, nie wolno nam przerywać rozmów i nie możemy nic do siebie/do Niego mówić, gdy Syn rozmawia z nim przez telefon.
i ja - jeśli tak wygląda normalnie - bom miła i grzeczna - przystaję ochoczo na te warunki.
pod warunkiem respektowania jednego mojego warunku: Syn ma być traktowany godnie. z szacunkiem, uczciwie (ciekawam, jak sąd to może wymóc).
ergo, jak powiedział ślepy koń przed wyścigami, nie widzę żadnych przeszkód.
nie widzę żadnych przeszkód - prócz chęci Giancarla i mojej wątpliwości, czy wszyscy tak samo rozumiemy zwrot żeby było normalnie oraz czy powszechnie znane jest pojęcie godnego traktowania.

a tymczasem czujka świeci beznadziejnie intensywnie, gdy rozmyślam o kolejnych mediacjach.
teraz Voldemort powiadomił mediatora, że nie może stawić się między 12 a 18 września, bo niestety. nie może. będzie. w trasie. pracował. jako kierowca.
zaś na forum Polskiego Stowarzyszenia Flipperowego omawia szczegóły wyjazdu na turniej w Madrycie w dniach od j.w.
a ostatnio, w sierpniu, też nie miał czasu. był zapracowany. na turnieju flipperowym w Kołobrzegu.

nie pojmuję, o co tu chodzi - czy ktoś tu się wstydzi swojej pasji?
lecz przede wszystkim: czy ja aby nie tracę czasu i pieniędzy na beznadziejnej (dosłownie!) mediacji?

sobota, 8 września 2012

[873].

w oczekiwaniu na wynik badania PET, w ramach porządkowania spraw wszelakich pod kątem poszukiwań dalszego leczenia, które może wymagać nakładów pieniężnych, zajęłam się m.in. sprawami wiążącymi mnie z Fundacją Rak'n'roll.

jak pamiętacie, od sierpnia 2011 roku jestem podopieczną Fundacji.
wtedy Fundacja zaoferowała mi pomoc w zbieraniu pieniędzy, proponując np. druk ulotek o zbiórce. postanowiłam jednak zadziałać samodzielnie, zdając się na nieskończone możliwości internetu.
w ubiegłym roku wynikła niezręczna kwestia wpłat Lilki, która twierdzi, że kilkukrotnie dokonywała na konto Fundacji wpłat dla mnie. wówczas Fundacja sprawdzała, czy dane takiego darczyńcy pojawiły się; pisemnie powiadomiono mnie (i Lilkę), że nigdy nie otrzymano takich przelewów.
w ostatnim czasie przekazaliście mi kilka innych Waszych zgłoszeń o trudnościach komunikacyjnych różnego typu w kanale fundacja - Chustka, spowodowanych, jak sądzę, brakiem opiekuńczej dłoni Matki Założycielki (mam tu na myśli m.in. kwestię koncertu charytatywnego, maratonu, kalendarzy itd.).
pragnąc uporządkować i wyjaśnić różnego rodzaju zdarzenia, ustaliliśmy z Jackiem Maciejewskim, nowym prezesem Fundacji Rak'n'roll, że zostanie mi m.in. umożliwione sprawdzenie wpłat.
w związku z powyższym zwracam się do Was z pytaniem: czy ktoś z Was, kto dokonywał dla mnie wpłat, życzy sobie potwierdzenia kwot, które przelał? jeśli tak, proszę o maila, w którym proszę o: imię, nazwisko darczyńcy, datę i kwotę wpłaty; a gdy tylko dotrę do stosownych papierów, niezwłocznie otrzymacie informacje zwrotne.

piątek, 7 września 2012

[872].

w komentarzach trolli regularnie pojawiają się impertynencje o zabarwieniu seksualno- erotycznym.
zastanawiam się, z jakimi ograniczeniami w tej dziedzinie trzeba się zmagać, by takich argumentów używać, gdy próbuje się dokuczyć.
a może nie o problemy seksualne tu chodzi? może ogólnie chodzi o seks jako taki; erotyka, seks czyli tabu.

patrzę na mojego Syna i proszę dobre duchy, by On miał lepiej poukładane w głowie.
co prawda, odkąd się urodził, pracuję nad Nim, by traktował seksualność naturalnie, ale kto wie? może natrafi na spaczonych mentalnych trolli, którzy naopowiadają Mu głupot, że od onanizowania wysycha rdzeń kręgowy, że z prostytutką to nie gwałt, a za pierwszym razem nie trzeba się zabezpieczać, bo ciąża nie grozi...
bo, proszę państwa, rozważmy: przecież taki troll, zanim zakupił komputer z dostępem do internetu, by następnie wejść na mojego bloga pisać o tym, że ja i Czytacze jesteśmy (pisownia oryginalna) "niedopchnięci i zdradzeni o świcie", pisać o sobie trollicowatej samej, iż "Nie cierpię na brak chuja. A na dwa baty jakoś mnie nie kręci. Mąż wystarcza mi w zupełności.", był kiedyś dzieckiem, nastolatkiem, z którym ktoś jakoś rozmawiał - w tym - na te tematy, zaś echo ówczesnych rozmów-nierozmów stanowią dzisiejsze wypowiedzi trolla na blogu...
ałaa...

a może nie? może nikt z nim nie rozmawiał? i to na żaden temat?
ha! czy wiecie, że przeciętna polska rodzina rozmawia ze sobą codziennie mniej niż dziesięć minut?
czy wiecie, że jeśli my - Chustka, Niemąż i Giancarlo - rozmawiamy ze sobą codziennie po trzy godziny, to znaczy, że statystycznie przypada na nas koło dwudziestu domów, w których nie rozmawia się wcale?!

więc rozmawiamy, rozmawiamy.
uwielbiamy rozmawiać.
i tak samo jak rozmawiamy o ostatnim odcinku Galileo obejrzanym u Babci B., o lepieniu suszi wg receptury Giancarla, o Gwiezdnych Wojnach i o tym, że Vanessa była na wakacjach w Turcji, tak samo rozmawiamy o Bogu, umieraniu, seksie.
każdy temat jest dobry.
jest pytanie - jest odpowiedź.
przez te kilka lat macierzyństwa zbadałam, że dziecko nie zada pytania ponad swoje potrzeby.
i nie jest zainteresowane odpowiedzią ponad to, co je interesuje.
wystarczy więc tylko wsłuchać się w pytanie, by poradzić sobie z odpowiedzią.
druga sprawa - dla dziecka nie ma tematu tabu, a ciekawość nie zna barier.
brak osadu uprzedzeń poważnie zobowiązuje. z jednej strony stwarza nieograniczone możliwości, ale jednocześnie obciąża moralnie: uczestniczenie w tworzeniu podwalin poglądów to nie byle co.
tak więc rozmawiam, rozmawiam, rozmawiam.
lepię bazę pod Jego horyzont.

ale jestem ciekawa, kim się staje!

każdego dnia Go odkrywam, każdego dnia mnie zdumiewa.
i zachłannie marzę o tym, by było nam dane spędzić razem jeszcze z rok.
a potem następny.
i jeszcze chociaż z pięć.
albo dwadzieścia pięć.

czwartek, 6 września 2012

[871].

kochani,
jest potrzebna krew dla Synka mojego serdecznego przyjaciela ze studenckich czasów.



Tomasz, Tato Jasia, tak pisze w apelu o krew dla Synka:

Na początku wakacji Jaś uległ poważnemu wypadkowi na rowerze. Od tego czasu leży w szpitalu i potrzebuje m.in kolejnych porcji krwi.
-> Jak oddać krew?
-> Gdzie mogę oddać krew? 

Prosimy o dopisek:
"Jan Staśkiewicz"
Centrum Zdrowia Dziecka
Klinika Gastroenterologii



adres:
Instytut "Pomnik - Centrum Zdrowia Dziecka"
Klinika Gastroenterologii
Al. Dzieci Polskich 20, 04-730 Warszawa
faks: (22) 815 73 82



uwaga:
- grupa krwi nie ma znaczenia, ponieważ CZD podaje tę, którą ma zbadaną, a tę, którą otrzyma od Was bierze do zbadania; tak więc istotne jest ile jednostek krwi odda się Jasiowi, a nie - czy jest to dokładnie Jego grupa;
- krew możecie oddać w całej Polsce w punktach krwiodawstwa, należy zaznaczyć, że krew jest dla Jasia, wówczas dostaniecie karteczkę - zaświadczenie, którą przekażecie Tacie Jasia (że nie wspomnę o tabliczce czekolady).


z góry wszystkim dziękuję za pomoc.

środa, 5 września 2012

[870].

zrobiłam PET.
wynik za tydzień.

gdy czekałam na badanie, przyszedł pan profesor Stanowski.
mile zdziwiłam się, że mnie kojarzy (- o, dziecko, ja cię pamiętam, jak tam ci bez żołądka?), chwilę więc porozmawialiśmy, przytulił mnie, ucałował.

bardzo, bardzo lubię profesora.
marzyłabym o takim ojcu czy dziadku.
Ksena, którą też On operował, wiem, że żywi do Niego uczucia podobne do moich.
pan profesor jest taki, że gdybym miała jeszcze jeden żołądek, nie zawahałabym się dać ponownie zoperować. i jeszcze raz, i jeszcze. i jeszcze.



wtorek, 4 września 2012

[869].

dzięki Waszemu zaangażowaniu, Niemąż zajął I i III miejsce w koszulkowym konkursie piwnej marki.
wydawać by się mogło, że nagradzanie projektów osób, które mają największą ilość znajomych w sieci jest dziwne. z drugiej strony jednak, dzięki takim zasadom konkursu, w kilka dni fanpejdżom Grolscha wzrosła o jakieś trzy-cztery tysiące liczba lajknięć. ciężko byłoby w inny sposób pozyskać tyle adresów w tak krótkim czasie, a i pewnie na jakiejś świadomości zwaną ałornes marce zależy.

napominam jednak: konkurs już się zakończył, a piwo - nawet najsmaczniejsze - jest rakotwórcze, pora więc odkliknąć lubię to!

***

Syn jest przeszczęśliwy z powrotu do szkoły.
- zapisałem się na kółko teatralne.
zamurowało mnie. powszechnie znana jest Jego niechęć do publicznych występów, wstręt wobec chóralnych śpiewów i deklamacji.
zanim dopytałam się, jak i komu udało się Go namówić, odpowiedział sam z siebie.
- bo wiesz, na takim kółku teatralnym dowiem się, jak się robi różne efekty specjalne. wiesz, wybuchy, błyski.

poniedziałek, 3 września 2012

[868].

udało się!
byliśmy na rozpoczęciu roku szkolnego.

***

rok temu pisałam:

"zdumiewające: dożyłam.

minął rok.
raka właściwego już nie ma - są za to dorodne przerzuty.
włosów też nie ma, ale jest za to piękna beatakozidRak.
przedszkolak zamienił się w ucznia.
Niemąż - w nie Niemęża.
wspomnienie po psie - w kota.
38 - w 34.


ciekawe, jaki będzie 1 września za rok.
ciekawe, co i jak się zmieni.
czekam."



więc, jakie mamy zmiany?
niewiele ich, na szczęście.
przerzuty są: może tylko te sprzed roku, wysmażone. a może są też nowe? czekam na PET-a, poznam odpowiedź.
stan cywilny oraz liczbowy domowników oraz zwierząt - bez zmian.
tryby maszyny edukacyjnej na dobre wessały Syna. mimo moich lęków i wątpliwości, okazało się, że przejście z pięciolatków do pierwszej klasy, z pominięciem zerówki, w żadnym stopniu Go nie upośledziło.
włosy odrosły. wagi nie przybyło, za to doszła torebusia.


nie pozostaje mi napisać nic innego niż CZEKAM NA WRZESIEŃ 2013.
oby się udało...

niedziela, 2 września 2012

[867].

są takie znajomości, które rodzą się przypadkowo, ale trwają z zamysłu.
znajomość z Aliną jest jedną z nich.
poznała nas Magda Prokopowicz.
pewnego dnia, gdy czekałam na smażenie w Centrum Onkologii, podeszła do mnie Alina. rozpoznała mnie, bo czytała bloga. a bloga znała, bo Magda opowiedziała Jej o mnie.
chwilę porozmawiałyśmy, ale musiałam wchodzić na naświetlanie. Alina zechciała poczekać na mnie.
po zabiegu przycupnęłyśmy na parę godzin na korytarzu, rozmawiając jak serdeczne znajome.

od tamtego czasu tak wiele się wydarzyło, a my jesteśmy blisko, niemal codziennie kontaktujemy się ze sobą, dzieląc się drobiazgami.
dziś spotkałyśmy się w naszej ulubionej restauracji - w Różanej.
miałyśmy stolik na dworze, fontanna szemrała, słońce grzało, jedzenie jak zwykle było wyśmienite.
po dwóch godzinach rozmowy było jasne, że potrzebujemy jeszcze kilku chwil razem.
ale potem nadal było nam mało, więc po opuszczeniu restauracji, wsparta ramieniem Niemęża, pokuśtykałam z Aliną na spacer.
w sumie spędziłyśmy dziś razem ponad sześć godzin, tematy pojawiały się jeden za drugim, a spotkanie musiałyśmy zakończyć tylko dlatego, że ja, odzwyczajona od wielogodzinnej aktywności, zaczęłam usypiać w pół zdania.
było wspaniale.

owocem tego spotkania będzie rozmowa ze mną, która ukaże się za chwilę w jednym z tygodników.
mam nadzieję, że zechcecie ją przeczytać i podzielicie się Waszymi przemyśleniami na temat moich przemyśleń.

***

Voldemort pobrał dziś Syna.
właściwiej: dałam radę nakłonić Giancarla, by pojechał.
o nocowaniu nie było mowy, ale pół wspólnego dnia spod znaku basenu - skusiło.

okazało się, że Syn jest mazgajem - Voldemort wrzeszczał, bo Syn nie umiał zawiązać sznurowadeł; gdy konflikt eskalował, a wrzeszczenie na wrzeszczącego ojca nie pomogło (zastanów się, jak mam zawiązać, skoro nie umiem wiązać!), Syn rozpłakał się z bezsilności.
mea culpa. szczerze mówiąc, nigdy Go nie uczyłam wiązania sznurówek.
nie uczyłam, bo też do tej pory nigdy nie miał sznurowanych butów, tylko wsuwane albo na rzepy.
a tymczasem - po konsultacjach z Niemężem, że to już czas na poważne buty - Syn zdecydował się na sznurowany obuw sportowy.
niestety, żeśmy zapomniawszy, że nie każdy schyli się do buta zawiązania.
a skoro mazgaj oraz popa, co ci ta twoja mamuśka zrobiła, że ty butów zawiązać nie umiesz, zaś ojciec umiał tylko drzeć się, zamiast tę wiedzę tajemną przekazać, musieliśmy nadrobić zaległości.
wyciągnęliśmy jedną ze wstążek z licznych bukietów i nauczyliśmy się w kwadrans wiązać piękne kokardy.
i po co było drzeć się na dziecko, no po co?

sobota, 1 września 2012

[866].

donoszę, że kolejną noc spało mi się wybornie.
w przerwach snu piłam, jadłam, łykałam tabletki i brzegiem świadomości rejestrowałam ruchy domu.

rano, może koło dziesiątej, chwilę nie spałam. leżałam i słuchałam wstającego domu.
po wspólnie robionym i jedzonym przez mężczyzn śniadaniu (włącz gaz tak jak cię uczyłem, o tak, w tę stronę... a teraz rozłóż nam talerze i sztućce, oraz wujku, przestań, nie żartuj ze mnie, ja nie dam rady zjeść ośmiu parówek), miałam jeszcze krótki moment czuwania, podczas którego Syn sporządził listę moich zachcianek.
że panowie pojechali na zakupy - już nie słyszałam.
gdy się obudziłam po piętnastej, ujrzałam rozstawione wokół łóżka: winogrona, pokrojony w kosteczkę ser Bursztyn, trzy rodzaje napojów (w tym jeden ciepły, w kubkotermosie), banana, czekoladę wiśniową, słonecznika oraz siemię lniane.
pojadłam, popiłam, wypełzłam z pościeli na inspekcję. Syn czytał książkę. powiadomił, że wujek prosił przekazać, że pojechał do szpitala odwiedzić kolegę.
wzięłam lekarstwa i wróciłam do pościeli, przyszedł Syn.
wyskubywałam nam słonecznika i rozmawialiśmy.
opowiedział m.in., że przeczytał właśnie wszystkie Kamyczki i, choć są to książki dla maluchów, On lubi je czytać, bo dużo w nich uczuciowości i przypominają się Mu czasy bardzo wczesnego dzieciństwa, gdy czytałaś mi te książeczki na głos.
potem omówiliśmy temat skonstruowania butów, dzięki którym można byłoby latać oraz pochyliliśmy się nad kilkoma innymi zagadnieniami: jaki ładunek wybuchowy byłby optymalny do zniszczenia obsydianu; w jaki sposób mózg człowieka tworzy wspomnienia; czy dziecko może chcieć zostać złodziejem i zrealizować ten plan w dorosłości; dlaczego koty lubią pić wodę z kibelka, a nasza Vileda - nie; jakie kierunki studiów polecam Giancarlowi prócz informatyki, robotyki i biologii; czy tylko kobiety są prostytutkami i czy tylko mężczyźni sutenerami; czy naukowcy szukają lekarstwa na raka dla mnie; od kogo kurier przekazuje dla mnie codziennie takie piękne bukiety kwiatów; czy wiem, że ślicznie mi w okularach z zielonymi oprawkami, szczególnie jeśli noszę do nich apaszkę w kolorowe pasy i czarny gigantyczny sweter dzianinowy; jakiej dokładnie wielkości jest jądro Ziemi i co jest w środku jądra; skąd Babcia B. wie, jak przyrządzić smakujące Mu kotlety i dlaczego zawsze Babcia ma dla Niego przygotowane różne łakocie; czy jakby spadła kropla wody na azorka, czy odczułabym ból oraz co będzie na obiad, ponieważ jestem nieludzko głodny.
w tak zwanym międzyczasiu nastąpił się Niemąż, więc drugi raz wypełzłam z pościeli - tym razem, by czynić honory pani domu zupą, którą ugotowała dla nas Babcia B.
Babcia B. wiedząc, że ostatnimi czasy mam smak nieprzywidywalny, robi zupę - bazę, którą przearanżowuję w funkcji bieżącego widzimisia.
dziś - z czego jestem bardzo, bardzo, bardzo dumna - na bazie ziemniaczanki "zrobiłam" i zjadłam zupę cytrynowo-chrzanową.
jaki jest powód do dumy?
po pierwsze: wytrzymałam pobyt w kuchni, te kilka chwil podgrzewania i doprawiania zupy.
po drugie: pierwszy raz od wielu tygodni starczyło mi sił, by zjeść w pozycji siedzącej, wspólnie z chłopakami przy stole, bez wiercenia się, wstawania, duszenia się, wymiotowania.
po trzecie: zjadłam talerz zupy i się przyjął.
jestem wielka!
po zupie oczywiście wróciłam na grzędę, ale po trzeciej drzemce, zachęcona niebywałym sukcesem towarzysko-wytrzymałościowym, zaproponowałam wyjazd do sieciowego sklepu sportowego.
i pojechaliśmy! tralalala!
dotarliśmy tuż przed zamknięciem.
w akompaniamencie jęków i chichotów mamo, ale po co mi polar, nie będę przymierzał, przecież ja mam fajne ubrania, nie chcę więcej szukałam czegoś z metką "à 8 ans". Syn jeździł BMX po pustoszejącym sklepie (kupicie mi ten rower? patrz jak zasuwaaaaam...), a mój ideał ucieleśniony, spersonifikowany metr z Sèvres, oczywiście pamiętał, że kiedyś czaiłam się koło bluzy dla mnie, więc - jak się domyślacie - nie tylko Syn wyszedł ze sklepu z nowym ubraniem.
w drodze powrotnej zasnęłam w aucie, zmógł mnie sevredol i zmęczenie.
Giancarlo zażyczył sobie niezdrowej kolację, więc przejechaliśmy przez makdrajwa.
tylko dzięki czujności Niemęża odjechaliśmy spod okienka z "kurczaczkami" - pani zapomniała o nich (a pan zajrzy, czy wszystko inne zapakowałam).
w domu okazało się, że faktycznie powinien był sprawdzić.
zapakowano nam pół kanapki (cha, cha, cha!!! nie miała spodniej części bułki!!!), a zamiast ciastka z jabłkiem dostaliśmy z owocami leśnymi.
ale mnie to rozśmieszyło!

tak oto wyglądała moja sobota w pierwszym dniu września.
jak zgodnie stwierdziliśmy, to był wspaniały dzień.
a teraz pora na zliczenie ile zmieściłam tej doby w torebce oraz czas na kolejną porcję tabletek.
dobranoc!

piątek, 31 sierpnia 2012

[865].

trochę jestem.
ale tylko trochę.
wiem - lepsze trochę, niż nic.

ale.

***

znalezione na fb

nigdy w życiu nie spędzałam tyle czasu w domu co teraz.
w sumie nawet nie przypuszczałam, że bycie w domu jest aż tak przyjemne.
może polubiłam bycie w domu, bo nie mam innego wyjścia?
a może nie?
bo jakby tak się lepiej zastanowić, moją alternatywą byłby pobyt w szpitalu.
ale nie, nie dlatego lubię być w domu.
w każdym razie - nie tylko dlatego.
ergo lubię być w domu i już.
tyle tu ciekawych rzeczy się dziele!
mogę na sto sposobów ułożyć sobie poduszki pod głową i zasnąć.
mogę poczytać gazetę.
mogę wstać i podlać rośliny. a przy okazji - wyjrzeć przez okno.
mogę rozwiesić pranie.
głaskać kota.
zachwycić się bukietem słoneczników.

jestem.
jestem szczęśliwa.

czwartek, 30 sierpnia 2012

[864].

Niemąż zaginął, gdy wchodziliśmy do Babci B. na obiad.
należy tu napomknąć, że na pierwsze wystąpiła mazurska botwinka z ziemniakiem i śmietaną, dokwaszana sokiem cytrynowym.
sawuar - fer jest następujący: do głębokiego talerza nalewasz botwinka-wody z botwinką, gdzie następnie wciapujesz ziemniaka, którego rozmlaskujesz widelcem, czyniąc biało-różowo-bordowe cuda kolorystyczne - również na obrusie i ubraniu.
tak przy okazji - znacie taką potrawę? a może tylko u nas tak się jada, bo ja lubię coś takiego?

więc.
wchodzimy na obiad, botwina uśmiecha się złośliwie do widelca w sprawie ziemniaków, próbuję więc sobie przypomnieć, czy mam w domu wybielacz, a tu, co ja paczę! Niemąż zaginął, Niemęża nie widzę, Niemęża brak.
nie ma.
idę, sprawdzam, szukam.
widzę.
zaszył się w ogrodzie i rozmawia przez komórkę.

zadzwonili od organizatora konkursu FFF z pytaniem, czy pan nie jest hakerem albo czy nie miał pan zgłoszeń, że jak ktoś u pana klika na koszulkę, to licznik przesuwa się o dziesięć albo sto głosów?
bo, proszę Czytaczy, inni uczestnicy konkursu nie rozumieją jak to możliwe, że pana koszulka ma już tyle głosów, bo w poprzednich edycjach tak się nie zdarzało.
oraz: dostaliśmy dwa zgłoszenia, że jako haker pan nas spamuje.
haaa!

obiadowa botwinka była pyszna.
trochę na szczęście jej zostało i dostałam do domu, na kolację.

***

jeśli chcielibyście dalej głosować, tu jest adres: https://www.facebook.com/Grolsch.Polska?ref=stream&sk=app_442988809072523
koszulki autorstwa Niemęża (który w konkursie występuje jako Piotr), zakwalifikowane przez żuri do drugiego etapu, są dwie.
nr 4, która ma 53 głosy.
nr 5, która ma 868 głosów.

jeśli chodzi o tę nr 4, to powiem Wam szczerze, że wolę ją na innym tle.
zamiast czarnego, bardziej podoba mi się zielone tło.
i myślę, że biała też byłaby bardzo ładna.
jak sądzicie?

pozostając jeszcze w temacie koszulek - Niemąż rozwinął się, m.in. w koszulkach chustkowych oraz śffinkowych.


te tu to moje ulubione śffinkowe:




zastanawiam się, ile musiałaby kosztować taka koszulka, żebyście zechcieli ją kupić.
otóż moim głównym zmartwieniem jest jakość bawełny.
jestem zdania, że lepiej pozostawić koszulki w fazie projektów, niż produkować towar marny gatunkowo, który zdefasonuje się po pierwszym praniu.
z drugiej zaś strony oferowanie tiszertów po np. 89 zł wydaje mi się kosmicznym przegięciem - nawet gdy chodzi o promowanie "dobrego" brandu.

***

odbiałczam się.
muszę więc spać z poduchą pod nogami, bo mi puchną, psia-ich-mać.

co to jest za ekwilibrystka, żeby ułożyć się do snu z torebką wiszącą poza łóżkiem, by nie ciągnął się, był drożny i nie uwierał kabelek; ze spuchniętymi w kostkach nogami na poduchach, by odpoczywały; z głową wysoko oraz kręgosłupem prosto, by przepona nie naciskała na jelita, by się nie porzygać.
jednocześnie pozycja musi być na tyle strategiczna, by móc w nocy błyskawicznie zareagować na jednoznaczne komunikaty górnego i/lub dolnego odcinka przewodu pokarmowego.

a skoro już się pożaliłam, idę się mościć.
dobranoc.

środa, 29 sierpnia 2012

[863].

Niemąż wystartował w konkursie, bo ma posuchę ze zleceniami.
(a może macie jakąś robotę dla Niego? trochę by się rozerwał, tudzież odpoczął od wożenia mnie po lekarzach, poprawianiu poduszek pod plecami, gotowaniu siemienia i całodobowym niunianiu).
więc.
Niemąż zaprojektował koszulki na Free Form Festival 2012.


właśnie przyszedł mail, że na dziesięć wybranych przez żuri prac, dwie są mojego Niemęża!
głosujcie proszę.
bardzo chciałabym, żeby wygrał!
(och, nie będę nawet pisać, jak bardzo JUŻ jestem dumna.
że nie wspomnę o tym, że całkiem zapomniałam, że cały dzisiejszy dzień spędziłam w łóżku na kwiczeniu z bolesności, żalu i niemocy).

tu link do konkursu: https://www.facebook.com/Grolsch.Polska/app_442988809072523

niestety można oddać tylko jeden głos, buuu...

jedna koszulka jest taka:

a druga taka:
ja zagłosowałam właśnie na tę pracę.
i Was bardzo proszę o to samo.

(głosowanie na dwie koszulki jest bez sensu, chyba?
po pierwsze - nie sądzę, żeby dało radę wygrać razy dwa, po drugie - głosowanie na obie rozproszy głosy).


z góry dziękuję za Wasze wsparcie :D
i oczywiście przekażcie linkę do głosowania dalej! :D
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga