piątek, 31 grudnia 2010

[257]. Sylwester.

Miłego Sylwestra.
I dobrego 2011.

czwartek, 30 grudnia 2010

[256]. rzeczy martwe.

rzeczy martwe, jak głosi powiedzonko, bywają złośliwe.
niestety.
zepsuł się wczoraj w nocy komputer Niemężowi, więc robota się wysypała, więc terminy zagrożone, więc i tak dalej.

wyjazd Sylwestrowy odwołany.
siedzimy w domu.
a komp w serwisie.

środa, 29 grudnia 2010

[255].odżywianie.

na forum onkologicznym ktoś zapytał się, co jeść po resekcji żołądka.
jestem już dwa i pół miesiąca po resekcji i śmiało mogę odpowiedzieć na to pytanie.
NIE WIEM.
jeśli wczoraj jadłam to, co jadłam, a dziś zjem to samo, to wcale nie jest powiedziane, że nie będzie mnie bolał brzuch (chociaż wczoraj nie bolał).
lub odwrotnie.

jedyne co jest pewne to banan.
banan jest niezawodny.
po bananie nic mi nie jest.
i po izostarze.
ale tylko cytrynowym.

(i po czipsach).

wtorek, 28 grudnia 2010

[254]. na drutach.

popylam na drutach, a nie jest to rzecz prosta, ponieważ jestem mańkutem.
w związku z tym, gdy patrzę na jakieś objaśnienie ściegu, muszę przyłożyć do obrazka lusterko, a wtedy zobaczę to samo, co Wy, prawi ludzie.
sprawa staje się już nużąca, gdy czytam o oczkach lewych, które u mnie są oczkami prawymi i vice werset.
wówczas poddaję się i wracam do popylania na drutach w sobie tylko znany, szmajowy sposób.

na fotach - czapka w całej swojej krasie oraz fragmenty szalika.
ktoś sobie życzy replikę? bo mam jeszcze sporo wełen, a sił li tylko na leżenie i popylanie...
(zaczęłam już nawet dziubać szalik dla Syna. i zakomunikowałam Niemężowi, że Jego też ta atrakcja estetyczno - praktyczna nie ominie).

poniedziałek, 27 grudnia 2010

[253]. blog roku 2010.

zawsze lubiłam przygody :)
zgłosiłam się, a co.
http://www.blogroku.pl/chustka,gwf20,blog.html

(myślałam o zgłoszeniu się w kategorii blog literacki, ale uznałam, że trąciłoby to megalomanią).



***

któregoś dnia przesłuchiwaliśmy z Synem płytę z kawałkami mjuzikalowymi, w tym - Marię z West Side Story.
Giancarlo, miłośnik muzy, słuchał w skupieniu, ale gdy po raz kolejny usłyszał nawoływania do tytułowej, nie wytrzymał.
oderwał się od klocków, popatrzył na mnie poważnie i zapytał: czy on z wołaniem tej Marii to trochę nie przesadza?

pożyjesz, zobaczysz, Synu.

niedziela, 26 grudnia 2010

[252]. kino.

rok temu w kinie zapoznałam Niemęża.
uczciliśmy tę rocznicę oczywiście pójściem do kina.

polecamy Megamocnego.

sobota, 25 grudnia 2010

[251]. Boże Narodzenie.

z okazji Świąt
składamy
Wam
życzenia -
wszystkiego, co najlepsze.

piątek, 24 grudnia 2010

[250]. wspomnienie.

pamiętam choinkę z dzieciństwa.
honorowe miejsce zajmował Jezusek - kartonik z rysunkiem dzieciątka przyklejony do pomarszczonego celofanu.
z nabożną czcią układałam na gałązce to cudo, starając się, żeby leżał na wysokości mojego wzroku, bym mogła cieszyć się jego dostojną odpustowością.

***

dwa lata temu, kiedy jeszcze żył nasz jamnik, Agrest, ozdobiłam choinkę cukierkami.
pomyślałam, że tak będzie bardziej świątecznie i strojnie.
bardzo byłam z siebie zadowolona, bo w świetle lampek sreberka cukierków prezentowały się doskonale.
ale wystarczyło, że wychodziłam z pokoju, gdzie stała choinka, a działo się tam coś dziwnego - cukierki, przy akompaniamencie dziwnych dźwięków, znikały.
zakradłam się dyskretnie, podejrzeć, co się dzieje.
jamnik, robiąc stójkę przy drzewku, delikatnie znizywał cukierek po cukierku.
i zjadał.
a obślinione papierki wypluwał za choinkę.

***

Dobrych Świąt!

czwartek, 23 grudnia 2010

środa, 22 grudnia 2010

[248]. choinka.

podjechaliśmy (koło wymienione, tak, tak) na parking lokalnej mekki konsumpcjonizmu celem kupienia choinki.
panowie sprzedawcy kulili się jak kurczaczki w starym golfie.
po dłuższej chwili jeden wychynął z fury.

przed zakupieniem zażyczyłam sobie otrzepania choinki ze śniegu.
- ja nie jestem od trzepania - zażartował pan rezolutnie.
- słyszałam, że mężczyźni SĄ od trzepania - odparłam nie mniej banalnie.
pan zachichotał dziko i zwrócił się, nieopatrznie, do Niemęża: a pan jest mężem tej pani?
Niemąż, który był wczoraj fatalnie społecznie aspołeczny, na to: nie, jestem koleżanką, niemiecką sportsmenką na sterydach, najebać ci?


niewtajemniczonym opiszę wygląd Niemęża: sumiaste wąsy i broda, prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu i tyle samo wagi.

a panowie byli całkowicie spaleni trawą, więc przydało im się trochę tresury.

wtorek, 21 grudnia 2010

[247]. kierowca.

kierowca ze mnie przenaderwyśmienity, uwielbiam prowadzić w korku, uwielbiam jeździć w trasę.
nie ma pogody, która by mnie zniechęcała do siadania za kółkiem.
niestety teraz męczę się łatwo i każdy przelot autem jest okupiony sporym wysiłkiem.

tak było również wczoraj.
pojechałam kupić prezent Niemężowi.
kupiłam, wróciłam.
nieludzko wytrzęsiona, z płucami w gardle, żebrami zaplątanymi za jelita, z jelitami wypadającymi nosem.
pomyślałam sobie - kwestia zawieszenia.
czas na Citroena, najlepiej DS.

dziś zeszłam do auta, patrzę i widzę.
flak.
przejechałam jakieś trzydzieści kilometrów po asfalcie na flaku.
nic dziwnego, że mnie wytrzęsło.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

[246]. Ewa Zofia.

urodziła się dziś nad ranem, a ja dożyłam tej chwili.
Boże, dziękuję.

niedziela, 19 grudnia 2010

[245]. neneneneneneneneeeee.

a ja wiem co dostanę pod choinkę od Niemęża!

sobota, 18 grudnia 2010

[244]. lepiej.

byłam dziś w stolicy.
wystawa fotograficzna, jarmark litewski na Starym Mieście, zupa w knajpie.

wytrzymałam wszystko, ale w drodze powrotnej zaliczyłam zgon.
leżę teraz i odpoczywam.

co za dużo to niezdrowo, jak mawiały nasze babcie.
a ja jakoś nie umiem się powstrzymać od łapania chwil.

piątek, 17 grudnia 2010

[243]. przedświątecznie.

jemioły nie kupiłam, trochę posprzątałam, jutro reszta sprzątania.

byłam po prezenty.
żałosna jestem: wchodzę do sklepu, szybko wybieram coś do kupienia, Niemęża wysyłam do kasy, sama wychodzę szukać krzesła z oparciem, żeby opaść.
żal.

czwartek, 16 grudnia 2010

[242]. może.

skończyłam dziergać czapkę, przeszłam do szalika.

a jutro może nawet posprzątam w domu.
i kupię jemiołę.
i dekoracje filcowe w Biedrze.
kto wie...

środa, 15 grudnia 2010

[241]. sinusoida.

już mnie nudzi pisanie o ryczeniu jak tygrys, chociaż niestety temat jest nadal aktualny.
staram się radzić sobie, ale wiele to kosztuje.

w związku z tym mam myśl dla Was: cieszcie się tym, co macie.
może być gorzej.

wtorek, 14 grudnia 2010

[240]. ser.

dziś lepiej niż wczoraj.
łykam Metaclopramid, jem powoli i leżąc na boku, a zgodnie z Waszymi zaleceniami przestałam pić miętę.
myślę, że jest super - dziś tylko dwa razy ryczałam dziarsko uaaaaaa do plastikowej torebki.

do tego, jakże genialnego stanu rzeczy, przyłożył się wieczorem Roman Kluska, którego wyrób Niemąż dostał od jednej ze swoich uczennic.
pogryzam wytwornie cieniutkie plasterki aromatycznego sera, spoglądam na zdjęcie pana Kluski i jego siostry mniejszej i nie mogę przestać się dziwić, dlaczego obydwoje są ujęci z tego samego profilu i dlaczego mają tak podobne, rozkosznie różowe, uszka.

jestem szczęśliwa.
chwilo, trwaj.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

[239]. profesor.

dopełzłam dziś do profesora, który mnie operował.
pożaliłam się, rozpłakałam się.
dziecino trzymaj się, dziecko musisz wychować.

zlecił rtg z kontrastem w tym tygodniu, dowiemy się skąd odruch wymiotny.

niedziela, 12 grudnia 2010

[238]. jak pies.

ujebana jestem.

poleżę - mam odruch wymiotny, łyk mięty - nudności, wyją jelita.
siadam więc na łóżku, kolana pod brodą, głowa wysoko na poduszkach, ręce pod głową.
Niemąż mówi, że mam ramadan.
(a pięty bolą od pośladków. albo pośladki od pięt - nie wiem co chudsze).

kurwunia, to już prawie drugi miesiąc ramadanu.

sobota, 11 grudnia 2010

[237]. gastrolog.

byłam na pierwszej i ostatniej wizycie u lekarza, pana doktora Buca Cwanego.
po chwili protekcjonalnego tonu, gdy przejrzał dokumentację, szybko podjął reskjumiszon swojej osoby i spławił mnie, przepisując Metaclopramid.

ja go rozumiem, po ch... mu taka pacjentka.
lepiej trzaskać gastroskopie, tym bardziej, że kosztują dwa razy tyle co zwykła konsultacja.

piątek, 10 grudnia 2010

[236]. moja Siostra...

...przyszywana robi klimatyczne zdjęcia...

czwartek, 9 grudnia 2010

[235]. wynik morfologii.

za dużo płytek, za mało żelaza.
i ogólnie tak sobie.

szczególnie też.

środa, 8 grudnia 2010

[234]. constans.

jest jak było.
może nawet nieco gorzej.
ale zmusiłam się i morfologię zrobiłam.

wtorek, 7 grudnia 2010

[233]. montewerest.

wspięłam się dziś na szczyt możliwości i przecierpiałam czterdzieści minut na występach Syna w przedszkolu.

***

i tak oto kolejny tydzień leżę jak ściera.
drażni mnie to.
ale nie daję rady nic z tym zrobić.
nie mam sił.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

[232]. Mikołajki.

z okazji Mikołajek Syn dostał od nas zdalnie sterowany helikopter, a ja zupę ogórkową od Babci B.
Niemąż, tradycyjnie, dostał możliwość masowania mnie, dzięki czemu nie szarpały mną bardzo duże torsje, tylko nieco mniejsze.

a.
no i licealny narzeczony, pan psychiatra, podał nazwę tabsów, które może pomogą.
tylko trzeba uwierzyć ;]

niedziela, 5 grudnia 2010

[231]. niedziela.

przeleżałam całą niedzielę w łóżku, korzystając z nieobecności Syna, który został pobrany przez Tatusia.
okazało się, że leżenie dobrze robi na nierzyganie.
no ale przecież nie da się przeleżeć życia.
chyba.

sobota, 4 grudnia 2010

[230]. mantra.

Babcia B. powtarza jest dobrze.

jakie to relatywne.

piątek, 3 grudnia 2010

[229]. Ensure.

odruch wymiotny nadal ma się świetnie.
zaczęłam dziś pić odżywkę, po której odruch wymiotny ma się jeszcze lepiej niż świetnie.

ta zima musi kiedyś minąć...
zazieleni się...

czwartek, 2 grudnia 2010

[228].

Kasia nie żyje.
nie mam słów.
...blog się nie nadaje do przeżywania niektórych emocji.

wtorek, 30 listopada 2010

[226]. obiecuję.

kóregoś dnia zbiorę się i pojadę do lekarza po radę i pomoc.
a na razie nie mam siły.
wracam leżeć.

poniedziałek, 29 listopada 2010

[225]. biało.

ładnie się zrobiło.

co do reszty - bez zmian:
jedzenie i trawienie są okupione potwornymi bólami i odruchem wymiotnym.
do tego mam dreszcze i jakieś takie dziwne drżenia dłoni.
że nie wspomnę o gigantycznym zmęczeniu.

niedziela, 28 listopada 2010

[224]. wrażenie.

mam wrażenie, że z każdym dniem czuję się gorzej i gorzej.

liczę na eutanazję.
Babcia B. mówi, że się nie doczekam.

szkoda.

sobota, 27 listopada 2010

piątek, 26 listopada 2010

[222]. numerek.

ładny numerek posta, prawda?

***

zrobiłam usg na okoliczność całodobowo bolącego czegoś.
bolące coś boli kolejny tydzień, a usg nic nie wykazało.
być może to zrost jelit.

***

szalik zaczęłam dziś dziergać na drutach.
mam nadzieję, że przed końcem zimy skończę.

czwartek, 25 listopada 2010

[221]. zespół.

dziś postawiłam diagnozę.
jak przystało na osobę z wyciętym żołądkiem mam zespół.
wczesny zespół poposiłkowy.
uciążliwe.

***
wspomnienie jesieni...

potrzebuję pojechać na Mazury.
i tego się chwytam.
muszę stanąć na nogi żeby mieć siłę tam jechać.

środa, 24 listopada 2010

[220]. depresja cd.

Jedynie, ukochana, błagam twej litości
Z głębi przepaści mrocznej, gdzie serce me kona!
Wszechświat to czarny, na nim z ołowiu opona,
Tam przestrach i bluźnierstwo nurza się w ciemności.

Słońce bez żaru nad nim wznosi się pół roku,
Drugie pół roku ziemię okrywa noc czarna;
Jest to kraj bardziej nagi niż ziemia polarna;
Ni zwierza, ni zieleni, ni drzew, ni potoku!

I nie ma zgrozy większej, straszniejszej na ziemi,
Nad zimną srogość słońca z blaski lodowemi
I ową noc bezmierną wiecznego chaosu

Zwierzętom najpodlejszym zazdroszczę więc losu,
Bo sen je w odrętwiałość bezmyślną spowija:
Tak z wrzeciona się czasu wolno nić odwija!


to oczywiście Baudelaire, De profundis clamavi.

i śliczny rysuneczek z jednego z moich ulubionych blogów:
może odkopię kredki i sama coś narysuję.
jakąś szaro-buro plamę.

siebie.

wtorek, 23 listopada 2010

[219]. stan.

nie wiem jak to nazwać.
chyba najtrafniej będzie: depresja.

bo:
- mój organizm zrobił mnie w wała i zachorował, teraz niby ozdrowiał, ale przecież wszyscy wiemy, że takie rzeczy to tylko w Erze.
nie lubię siebie za tę chorobę.
nie lubię swojego życia.

i błagam, nie piszcie słów pocieszeń, nie o to chodzi.

***

Syn podjął dziś rozmowę o metanauce na przykładzie Niemęża.
- a skąd Wujek tyle wie? jak się dowiedział, że coś można wiedzieć? skąd naukowcy mają wiedzę?

moja krew!

poniedziałek, 22 listopada 2010

[218]. amok.

coś się pojebało organizmu memu.
nie spałam w nocy z wczoraj na dzisiaj, nie udało się zlokalizować wyłącznika systemu.
nie pomogło słuchanie muzyki poważnej, magazynu dla rolników, tulenie się do podusi, jedzenie lodów ananasowych.

myślałam, że może zdrzemnę się po jedzeniu (którymś z).
chuj!
albo po spacerze/masażu/prysznicu/rozwieszeniu sieśmastego prania.
chuuuuj jak stąd do tamtąd!

przenalizowałam to, co zjadłam i wypiłam, z lekami włącznie.
brak podejrzanych.
wysnułam więc koncepcję zaburzonego bilansu energetycznego.
nie wiem co to, ale brzmi naukowo - przyznacie sami.

niedziela, 21 listopada 2010

[217]. wysiłek.

nadludzkim wysiłkiem zmusiłam się dziś do opuszczenia domu.
pojechaliśmy na obiad do Babci B.
warto było się zmusić.
niebo pokryte było takimi pięknymi chmureczkami.

***

ważę 40 kg.
ledwo daję radę stać, z wysiłku kolana wyginają mi się do przodu.

odruch wymiotny nadal ma mnie za nic, chociaż nie jest już tak wściekle częsty i zajadły.
do tego potrafię jednocześnie mieć czkawkę, napad wielokrotnego kichania i atak kaszlu.

system neurologiczny zwariował.

***

po prawie półtora tygodniowej nieobecności, wieczorem wrócił do domu Giancarlo.
mój Synek.
moja miłość.

umyłam Go, zapakowałam do łóżeczka, miałam zacząć czytać, a tu hyc! i gulp, gulp, gulp - odruch wymiotny.
- mamusiu, miej ten odruch, ja będę Cię masował po pleckach.
- idę do łazienki, minie mi i wrócę czytać - odpowiedziałam.
drep - drep. wypełzł z pościeli, przyszedł za mną: jesteś chora, przyszedłem Cię potrzymać za rączkę. mogę trzymać delikatnie albo ściskać, jak wolisz?


pytam retorycznie: czy On mi kiedyś wybaczy, że dźwiga takie brzemię z dzieciństwa?

sobota, 20 listopada 2010

[216]. tak.

próbuję się dźwignąć.
ciężko.

niewyobrażalnie ciężko.

sobota, 13 listopada 2010

[215]. buee.

rzygam od wtorku, non stop - co kwadrans, co godzina, co pół godziny.
cyrk.
relanium nie pomogło, oxazepam nie pomógł, ani zofran ani inne leki przeciwwymiotne.

wtorek, 9 listopada 2010

[214]. kosiarka.

pojechałam na wlew, a tu dupa.
polali NaCl z jakimiś dodatkami, a następnie powiadomili, że chemii nie będzie, bo pan aptekarz - rozpuszczacz cysplatyny wziął już teczkę pod pachę i wybył.
więc pytam się: po jakiego wała rejestracja umawia wizyty na popołudnie, skoro jest wiadome, że popołudniami aptekarz daje dyla?
nic to - jutro rano będzie wlew.

tymczasem czekanie, nastawienie się na akcję oraz jej dzisiejsze odroczenie sprawiły, że do reszty osłabłam psychicznie.
pobrałam więc od Babci B. oxazepam.
łyknę jutro jego ćwiartkę albo połówkę, bo już nie mam siły napinać się żeby się ogarnąć.

mam stany lękowe przed chemioterapią, a dokładniej - napady paraliżującego przerażenia, które oprócz rzucania się na mózg, rzucają się oczywiście na ciało, powodując różnorakie silne bóle, co potęguje z kolei doznania psychiczne.

było to do przewidzenia.
w sumie i tak dużo czasu utrzymałam się w ryzach bez wspomagania.

poniedziałek, 8 listopada 2010

[213]. awaria.

łeb mi wysiadł z powodu jutrzejszej, piątej chemii.
przerażenie wzięło górę.

jestem małą, chudą, bladą dżdżownicą.
już za chwilę rozszarpie mnie na kawałeczki ostrze nadjeżdżającej kosiarki.

łaaaaa...

niedziela, 7 listopada 2010

[212]. rurka na spacerze.

pojechaliśmy dziś do stolicy, gdzie rozdzieliliśmy się przechodząc do zajęć w podgrupach.
ja i Syn ruszyliśmy do sklepu z zabawkami, bo się Synu przypomniało, że jak szłam do szpitala, to obiecałam, że o ile wyjdę (żywa), to kupię Mu kolejnego Bakugana.
niestety cztery stojaki z Ben10 oraz ściana pudełek Lego Atlantis zachwiały Jego niezłomnym pragnieniem, więc Bakugana nie kupiliśmy.
pochodziliśmy sklepowymi alejkami dyskutując o kompulsywnych zachowaniach konsumentów ulegających wpływom reklamowo-marketingowym na przykładzie jednego z ich przedstawicieli, czyli pewnego chłopczyka lat niedługo sześć.
ostatecznie kupiliśmy małą paczkę Lego PowerMiners, która ukoiła skołatane nerwy latorośli (przecież jeśli ja coś każę ci kupić kochana mamusiu musisz to kupić bo ja tak chcę, tylko jeszcze nie wiem na co mam się zdecydować).

ale ja nie o tym.

drodzy rodzice, pamiętacie jak wybieraliście się na spacery z Waszymi pociechami?
przeżywam déjà vu, tyle że nie z dzieckiem, a sama ze sobą.
w mojej torbie ponownie mieści się: ciepłe piciu w termosie, wór chrupek kukurydzianych, banan, obrane i pokrojone jabłko, batonik, ciasteczka.

szczęściem nie muszę jak na razie nosić pieluch i mokrych chusteczek.

sobota, 6 listopada 2010

[211]. norma.

wiem, że o tym ględzę do urzygu, ale muszę i będę. potrzebuję.
otóż osiągam pewien rodzaj równowagi.
nie ma ona nic wspólnego z tym, jak dotychczas żyłam, ale jest nieźle.

nie spałam w ciągu dnia.
nie zasłabłam podczas kąpieli.
uczyłam Giancarla pisania, czytania, liczenia i angielskiego i nie straciłam cierpliwości.
nie wypadło mi jelito do wc.
prawie nie boli mnie już szyja (szczególnie jak łyknę osiemnaście kropli Tramalu; czemu osiemnaście? bo to dawka przeznaczona dla dzieci lat 11, czyli osób ważących 45 kg, znaczy się tyle co ja).
ugotowałam dwudaniowy obiad, a Syn zjadł cały talerz kremu z zielonego groszku z grzankami, proszę o oklaski.
ani razu nie zatkałam rurki (no dobra, tylko raz wieczorem, cząstką mandarynki, więc to się właściwie nie liczy).

ponadto przeczytałam najświeższe wydanie Focusa, Newsweeka i Wprost.
tak więc nie dość, żem sprawnie działająca fizycznie, to również intelektualnie jestem szprycha.

***

moje myśli natrętnie krążą wokół nowych członków naszego domu.
ma być kot i ma być pies.
co do kota to jakoś straciłam pomysł, jaki ma być pod względem osobowości.
jeśli chodzi o psa zafascynował mnie charakter doga kanaryjskiego.
a Niemąż chciałby owczarka niemieckiego.
a Giancarlo zgadza się na każdego psa, byleby nie miał długiej sierści.
no i mówił mi, że trochę boi się kotów.
więc może kot nie, tylko sam pies?
no nie wiem, nie wiem.

piątek, 5 listopada 2010

[210]. rurka.

nowa rurka, jak to fachowo ujęła Babcia B. - z powodu zmienionych warunków anatomicznych - stwarza problemy.
otóż połknięcie choćby maleńkiego kęsa czegokolwiek (jabłka/mięsa/bułki) bez polania przed-w trakcie-po dużą ilością picia skutkuje makabrycznie bolesnym zatkaniem się.
gdy rurka się klopsuje, wyję z bólu łapiąc rozpaczliwie powietrze i toczę pianę z pyska, kręcę młynka rękami, zwijam się w kłębek oraz rzucam kurwami.
remedium stanowi intensywne klepanie po plecach, tak aby odblokować rurkę.

mam już odbite plecy od walenia.

***

wczoraj zatkałam się kawałeczkiem jabłka.
popicie go nie pomogło.
ani popicie picia większą ilością picia.
byłam sama w domu, nie było nikogo do kogo mogłabym dopełznąć błagając o ratunek.
postanowiłam uratować się sama.
nieoceniona okazała się być wielka warząchew, której zwyczajowo używam do mieszania bigosu.
kilka ciosów w plecy drewnianą łychą odblokowało rurkę.

w związku z powyższym rozpatruję możliwość noszenia w torebce utensyliów kuchennych, którymi w razie potrzeby mogłabym się na ulicy pierdolnąć w plecy - bo przecież nie będę zaczepiać przechodniów charcząc prośbę czy mógłby mnie pan postukać po plecach, ponieważ nie mam żołądka.

czwartek, 4 listopada 2010

[209]. repryza.

fryzurę u Iwonki podrasowałam, różnych różów MAC Cosmetics na wybrane części twarzy nałożyłam, wskoczyłam w botki z fioletowego zamszu na niebotycznym obcasie i pojechałam do Ulubionego Doktorka.

docenił.
coś o niezłej lasce powiedział.

***

zważyłam się na szpitalnej wadze.
ledwo - ledwo 46 kg.
masakra.

dobrze, że Niemąż uwielbia chude.
(a przynajmniej miło z Jego strony że tak mówi).

***

ponieważ, jak pamiętacie, nie ma ustalonych zasad leczenia raka żołądka popartych badaniami, w dalszym ciągu moje leczenie opiera się na połączeniu doświadczenia chemioterapeuty, moich pomysłach i determinacji oraz na cierpliwości finansowej Babci B.

po wymianie informacji na temat przebiegu operacji, po zachwytach nad regresem choroby, po jałowych spekulacjach co było przyczyną aż tak potężnego ustąpienia choroby, ustaliliśmy, że decyduję się na jeszcze jedną, maksymalnie dwie chemie, a później będę tylko monitorowana na okoliczność wznowy.

czyli do końca roku powinno się udać skończyć leczenie.

***

na do widzenia wyznałam Ulubionemu Doktorowi miłość.

powiedział, że mam napisać na blogu, że Go kocham, więc piszę:

KOCHAM PANA,
PANIE JANUSZU.

i BARDZO DZIĘKUJĘ.

środa, 3 listopada 2010

[208]. konfrontacja cd.

no dobra, przyznam się: życie mnie zaskoczyło.

jakoś nie wpadłam na myśl, że po operacji będę mieć inny zakres możliwości fizycznych niż przed.
owszem, znam pojęcie rekonwalescencji, ale nie spodziewałam się, że to będzie wyglądać tak ciężko.
miałam inne wyobrażenia o sobie.
że dam radę ogarniać siebie, dom, dziecko, Niemęża.
że będę w stanie funkcjonować co najmniej tak jak przed operacją.
niestety.

zaś sedno sprawy tkwi w tym, że fisis nie nadąża nad oczekiwaniami psyche, a psyche wysiada, gdy fisis nie nadąża.
pętla.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga