piątek, 18 maja 2012

[760].

Maria przesłała mi wywiad z Jej Tatą.
dzielę z Nim Jego odczucia.
(zaznaczenia w tekście - moje).

Bliski jak powietrze

Katarzyna Jabłońska 30-05-2009, ostatnia aktualizacja 06-06-2009 13:03
Z Jerzym Wocialem rozmawia Katarzyna Jabłońska

Rz: Sama poprosiłam cię o tę rozmowę, Jerzy, a teraz trudno mi ją rozpocząć…
Dlaczego?
Mamy rozmawiać o twoim życiu z ciężką chorobą – od jesieni walczysz z agresywnym rakiem – a my zdrowi nie bardzo potrafimy rozmawiać z chorymi, boimy się, że nie będziemy potrafili tej sytuacji sprostać.
Mam do swojej choroby stosunek jak najbardziej naturalny. Jeżeli ktoś nie odzywał się do mnie, ponieważ się obawiał, że mnie dotknie swoim zainteresowaniem, była to intuicja jak najbardziej fałszywa. Wsparcie było i jest mi niezbędne jak powietrze.
Kiedy dwa dni po ratującej mi życie operacji odczytałem SMS od żony jednego z moich przyjaciół: „Jurek wracaj szybko do zdrowia i do nas”, poczułem się uskrzydlony. Pisała tak, jakbym zamarudził na rybach, a tu kolacja czeka. Ten zwyczajny SMS dodał mi nadziei, że jeszcze może być w moim życiu normalnie.
Teraz jesteś przed kolejną chemią i wielką niewiadomą, co dalej.
Moją chorobę rozpoznano w stadium bardzo zaawansowanym, przy którym były już przerzuty. W tej chwili leczone są właśnie one, tymczasem nie można nie tylko zahamować choroby, ale nawet jej spowolnić. Obecny etap terapii polega na tym, że do jeszcze mocniejszej chemii dołączono lek, który nie ma charakteru chemicznego – ten zestaw działa w sposób bardzo inwazyjny i precyzyjny.
Jak to znosisz?
Skutkiem ubocznym leczenia jest uszkodzona skóra na rękach – pęka do krwi, muszę nosić specjalne rękawiczki, żeby nieustannie się nie urażać.
To niejedyna dolegliwość, z którą się borykasz.
Mój organizm na zawsze został okaleczony i nie funkcjonuje naturalnie. Teraz muszę na przykład pewne procesy fizjologiczne regulować dużą ilością lekarstw. To oczywiście niewygodne i niezbyt przyjemne, jednak błogosławię te lekarstwa – dzięki nim mogę spokojnie przespać noc i tak przysposobić organizm, żeby w miarę normalnie funkcjonować wśród ludzi. To jest źródło mojego dobrego samopoczucia – jeśli leki zadziałają, mogę być odprężony, a nawet radosny. Choroba nie oduczyła mnie radości.
A czy czegoś cię nauczyła?
Choroba uczy pokory i bardzo dobitnie pokazuje, jak bardzo zależni jesteśmy od innych. Nie wyobrażam sobie, jak bym funkcjonował, gdybym był człowiekiem samotnym. Odczuć to można w bardzo praktycznym wymiarze. Chory musi dojechać do szpitala na zabieg, a często jest tak osłabiony, że sam nie jest w stanie sobie poradzić. Jesteśmy jednak niesamodzielni również w tym sensie, że potrzebujemy obecności i bliskości drugiego człowieka. Bardzo potrzebujemy, żeby nas ktoś pocieszył, uścisnął, okazał nam swoją solidarność. Tak jesteśmy ukonstytuowani. Trzeba nam, żeby ktoś nas przytulił i powiedział: „Trzymaj się. W razie potrzeby jestem blisko”.
Choroba uczy też proszenia o pomoc, a to bywa bardzo trudne. Świadczenie pomocy jest zdecydowanie bardziej komfortową sytuacją niż jej przyjmowanie.
A ty sam potrafisz przyjmować pomoc?
Na początku było mi trudno. Nie tylko nie umiałem prosić o pomoc, ale dużym problemem było dla mnie także przyjmowanie tej oferowanej. Krygowałem się, wykręcałem, bagatelizowałem swój stan, swoje osłabienie. Dzisiaj przychodzi mi to już łatwiej. Zwłaszcza że uświadomiono mi – a ja przyswoiłem sobie tę kolejną lekcję – iż otrzymywanego od innych dobra nie musimy zamykać w kręgu naszego stanu posiadania, ale możemy je obficie rozdawać, często już w innej formie. Jeżeli przyjmiemy tę zasadę i zaczniemy ją praktykować, łatwiej nam przyjmować pomoc innych.
Choroba uczy nas też zaufania do innych, choćby do lekarzy. W pewnym momencie muszę przyjąć do wiadomości, że moje życie jest w ich rękach i nie jestem w stanie skontrolować wszystkiego, co się wokół mnie dzieje.
Człowiek chory zdany jest na przyjmowanie pomocy w najbardziej intymnej przestrzeni swojego ciała. Poradziłeś sobie z tym?
Poradziłem sobie, musiałem sobie poradzić. Bardzo pomogły mi pielęgniarki w szpitalu, były troskliwe i taktowne. Pomagały mi tak długo, jak mój stan tego wymagał, później jednak – za co jestem bardzo wdzięczny – zaczęły się domagać, żebym wstawał, chodził do toalety, sam siebie obsługiwał w zakresie higienicznym, co wcale nie było łatwe. Rzeczywiście, przyjmowanie pomocy w najintymniejszej przestrzeni swojego ciała i fizjologii bardzo dobitnie pokazuje nam, że w pewnym momencie musimy wszystko wypuścić z ręki. To doświadczenie jest bardzo dotkliwe, momentami miażdżące, zwłaszcza kiedy spada na nas nagle, kiedy wydaje się nam, że nic nam nie zagraża, że świetnie panujemy nad sytuacją i swoim życiem. A prawda jest taka, że nie zależymy od samych siebie. Jesteśmy bytem kruchym, ułomnym, przemijającym i choroba z całą mocą uwydatnia i unaocznia nam tę prawdę. Wielokrotnie rozważałem te sprawy na przykładzie tekstów Platona czy stoików. Teraz muszę im stawić czoło w sposób jak najbardziej praktyczny.
Czy filozofia, która jest twoim „zawodem” i pasją, przychodzi ci tutaj z pomocą?
W sytuacji śmiertelnej choroby, z jaką się obecnie borykam, filozofia okazuje się boleśnie niewystarczająca. W takim momencie najcenniejsza jest realna obecność bliskiego człowieka. Idąc na spotkanie z tobą, odebrałem SMS od córki: „Damy radę, Ojczulku, ze wszystkim damy radę”. A kiedy po operacji wybudziłem się z narkozy, zobaczyłem na szafce obok łóżka piękny kolaż zrobiony przez córkę, a ułożony z różnych sytuacji naszego wspólnego życia zatrzymanych na zdjęciach. Obrazek opatrzony był napisem: „Kochamy Cię, Tatusiu, do zobaczenia jutro”. Błyskawicznie to zrobiła – powycinała ze zdjęć fragmenciki i skomponowała w niezwykłą całość, oprawiła i przyniosła mi do szpitala. Ten widok napełnił mnie radością i nadzieją.
Ofiarna obecność bliskich i przyjaciół, którzy mnie odwiedzają i otaczają, często bardzo konkretną, troską, to wielki dar. Dla mnie bezcenną pomocą jest również wiara – siłę czerpię z mojej osobowej relacji z Bogiem i z Kościołem.
Mówisz o swojej osobowej relacji z Bogiem... Czy nie pytasz Go, dlaczego spadła na ciebie ta straszna choroba, nie masz do Niego o to żalu?
Ani przez chwilę nie miałem żalu do Boga. Od samego początku, kiedy dowiedziałem się, że mam nowotwór, było dla mnie jasne, że to doświadczenie, które Bóg mi przeznaczył. Nie było żadnego buntu czy pytania: dlaczego ja? Mogę powiedzieć z całkowitą wewnętrzną uczciwością, że od początku byłem pojednany z tym doświadczeniem.
Co to znaczy być pojednanym z taką chorobą?
Byłem pojednany w tym sensie, że kiedy lekarze powiedzieli mi o rozsianym w moim ciele nowotworze, nie miałem poczucia katastrofy, nie czułem, żeby świat mi się zawalił, rozsypał. Przyjąłem to w absolutnym pokoju. I w taki sposób przeżywam to nadal. Oczywiście, na co dzień przeżywam sytuacje bardzo uciążliwe, niekiedy upokarzające, ponieważ jestem teraz człowiekiem fizycznie upośledzonym i to upośledzenie daje znać o sobie w sposób bardzo dla mnie przykry.
W takich momentach także się nie buntujesz?
Nie buntuję się, ale czasem czuję się osaczony swoją niesprawnością. Nie trwa to jednak zbyt długo, muszę szybko reagować, doraźnie radzić sobie z okaleczeniem, które jest skutkiem choroby zasadniczej.
A kiedy kolejne chemioterapie nie dają rezultatów?
Męczą mnie zabiegi chemioterapii. I deprymuje mnie, że pomimo inwazyjnego leczenia nie jest lepiej, wręcz przeciwnie – jest coraz gorzej. Choroba nie tylko nie została zatrzymana, ale nadal się rozwija. Absolutnie na pewno chcę żyć. Jestem bardzo wkorzeniony w życie tu i teraz. Niemniej jest możliwe, a nawet wielce prawdopodobne, że Bóg ma wobec mnie inne plany.
Czy najbliżsi również są pojednani z twoją chorobą?
Prawdę powiedziawszy: nie wiem. Wiem natomiast, że moja choroba ogromnie nas zjednoczyła. Myślę tutaj nie tylko o mojej żonie i córkach, ale też o swojej siostrze i jej synach. Zawsze byliśmy sobie bliscy, jednak teraz ta bliskość jest wyjątkowa. Niemniej to są dla nas wszystkich bardzo trudne chwile, a jeśli choroby nie da się zahamować, przyjdą jeszcze trudniejsze. To wielkie napięcie żyć u boku człowieka, który jest śmiertelnie chory i któremu nie można w sposób zasadniczy pomóc, czyli sprawić, żeby nie był chory.
Ty i twoi bliscy rozmawiacie o tym otwarcie?
Rozmawiamy otwarcie, ale też nie poświęcamy tej sprawie przesadnie dużo miejsca. Trzeba zachować jakiś umiar. W gruncie rzeczy tu nic nie jest przesądzone – wszystko się może zdarzyć, bo ta choroba jest nieobliczalna. Jesteśmy zdania, że trzeba w miarę możliwości normalnie żyć. I mnie się zdaje, że tak żyjemy. Każde z nas, nie wyłączając mnie, ma swoje sprawy i obowiązki. W tej chwili tłumaczę książkę, mam nadzieję, że będzie mi dane tłumaczyć następne, które czekają w kolejności. Zobowiązałem się do napisania kilku tekstów. Życie toczy się codziennym trybem. I chwała Bogu.
Nie masz ochoty zarzucić tej codzienności i zająć się sprawami niecodziennymi, wyjątkowymi? Niektórzy tak właśnie robią.
Moja choroba nie sprawiła, żebym chciał uciec od życia, które dotąd wiodłem. Przeciwnie, pomogła mi raczej je docenić. W miarę możliwości żyję tak jak przed chorobą. Moje obecne życie stanowi ciąg dalszy tamtego. Istotną różnicą są pobyty w szpitalu i brak zajęć ze studentami. Nie kryję, że kiedy jestem na uniwersytecie i widzę młodzież, przeżywam nostalgię za czasem, kiedy uczyłem. Nie mam natomiast gorączkowej potrzeby zajmowania się jakimiś wyszukanymi rzeczami. Czekam niecierpliwie na lato. Chciałbym pojechać w nasze ukochane miejsce nad morze. Chciałbym wybrać się z przyjacielem na ryby.

48 komentarzy:

  1. Przeczytałam z wielkim wzruszeniem. Znałam Jurka, był czas, kiedy łączyła nas "podziemna" działalność. Ostatni raz spotkałam Go przed Uniwersytetem, powiedział mi, że jest chory. Byłam pod wrażeniem sposobu, w jaki to powiedział, jak do tego podchodził. Było to niedługo po śmierci mojej Mamy, opiekowałam się chorym Tatą. Oboje chorowali, jak wiesz, na raka. Wtedy pomyślałam, że dobrze, że ma Różyczkę, córki koło siebie. Nie widziałam Go więcej, byłam na pogrzebie. Czytałam ten wywiad i wydawało mi się, że jest obok, widziałam Go, jak to mówi. Bardzo się wzruszyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kiedy serce jest poruszone usta milczą

      Usuń
  2. :* śpij słodko
    wrobel

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak prosto a tak celnie...
    Świetny wywiad z mądrą osobą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Towarzyszyłam mojej Mamie przez całą chorobę. Trudne to było. Choroba nas zbliżyła bardzo mocno - to jedyne dobro, które z tego wyniosłam.
    Bardzo mądre słowa, które utwierdzają mnie w przekonaniu, żeby nie bać się chorych. Traktować ich normalnie - ot choćby o pogodzie pogadać. Chorych świat ogranicza się nie tylko do choroby.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem wzruszona...dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja byłam z Tatą w Jego chorobie.
    Piękny tekst.
    Ania B.

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne, wzruszające...ryczę:(

    OdpowiedzUsuń
  8. Joasiu-martwię się o Ciebie..
    Tulę Ptysiek

    OdpowiedzUsuń
  9. Droga Chustko, życzę Ci zapomnienia o chorobie i normalności dnia codziennego. Trzymaj się. Ewa

    OdpowiedzUsuń
  10. Dobrze, bardzo dobrze, że to zamieściłaś .
    Pozdrawiam - dosłownie !

    OdpowiedzUsuń
  11. ...

    brakuje mi Twoich muzycznych miłości, czego teraz słuchasz? ja na nowo odkrywam Stacey Kent - http://www.youtube.com/watch?v=8Eudgm3X1_o

    OdpowiedzUsuń
  12. takie to prawdziwe, spokojne i takie...naturalne. Zrozumiałam, że można się nie bać.

    Miłej słonecznej soboty! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Z uczuciami się nie polemizuje, mogę wyrazić tylko szacunek dla w/w Pana, dla Ciebie Chustko, dla mojej Córeczki i dla wszystkich chorych którzy żyją tak jakby nic się nie zmieniło "oprócz" choroby i cierpienia jakiego doznają w trakcie procesu chorowania. Żyją pomimo!
    Wielki szacunek,wobec nauki i pracy jaką wykonujecie pomimo, nieustający szacunek wobec pokory, wobec braku zrozumienia niektórych maluczkich, wobec trudów i wobec podniesionego czoła, wobec wyglądu i uśmiechu jaki macie dla innych, wobec trudności i zaniedbań lekarskich, wobec Waszej choroby. Wielki szacunek!

    OdpowiedzUsuń
  14. Wzruszający wywiad z mądrym człowiekiem.
    Wiele wniosków z niego płynie dla każdego z nas.
    Życzę Ci Asiu dzisiaj wielu pozytywnych wzruszeń i spokoju ducha.
    Słońce się dziś do Ciebie uśmiecha:*

    OdpowiedzUsuń
  15. Piękne, wzruszające...Mam łzy w oczach...

    OdpowiedzUsuń
  16. Wzruszające. Moja teściowa walczy z rakiem od kilku miesięcy, ale jakoś nie widzę akceptacji dla choroby... jeszcze. Może to wynika z faktu, iż najbliższa rodzina milczy w tym temacie. Nikomu przez gardło nie przechodzi słowo "rak". Na temat choroby rozmawiamy codziennie, ale same, nikt nie chce podjąć tematu. Szkoda tylko, że wszystko pozostaje w czterech ścianach...
    Chustko, zdrowiej do cholery!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anulko, Ty podejmij temat. Powodzenia. Ulży Wam wszystkim.

      Usuń
    2. TakaJedna, podejmuję, ale efektu brak. Dorośli ludzie, a zero kumancji. I po co mi tyle lat studiowania na Akademii Medycznej, skoro teraz rozkładam ręce z bezsilności... zarówno wobec rodziny jak i choroby.

      Usuń
  17. Chustko, dzięki za ten wywiad tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo prosto przekazane pewne prawdy. Jestem dojrzałym mężczyzną, który umiera na raka. Do takiego podejścia do choroby jak bohater wywiadu dochodziłem kilka miesięcy i wdzięczny jestem, że tak umiem traktować swój stan i nieuniknione. Pogodziłem się z tym wszystkim, chociaż chciałbym, bardzo chciałbym TU zostać... Ale nie zostanę i przyjąłem to. Przeważnie już jestem tak słaby, że czekam na koniec. Jestem już tylko ciężarem. Dla siebie i bliskich, nawet jeśli oni tak tego nie widzą. Nie ma sensu kurczowo trzymać się życia, skoro tak ma być, skoro zjadł mnie rak, odejdę. Pozbyłem się myślenia - a co by było, gdyby zdarzył się cud? Takie myślenie raniło mnie, nie pozwalało się pogodzić z chorobą, z wyrokiem. Pozdrawiam chorych, walczących, zdrowych, pozdrawiam ludzi wrażliwych, bez was nasze chorowanie byłoby jeszcze gorszym, jeszcze bardziej bolesnym doświadczeniem.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy... nawet nie wiesz, co Ty, Chustka i inni chorzy robicie dla innych chorych swoimi słowami... dzięki Wam wiem, jak ważna jest sama moja obecność. mam bliską sąsiadkę, z agresywnym rakiem piersi, już po amputacji, ale jeszcze przed chemią i radioterapią. i chociaż optymizm, pewność w głosie,wiara kosztują mnie więcej niż cokolwiek, dzięki Wam wiem jak to ważne, wiem co mówić, czego nie. dziękuję. i chociaż jak piszesz, nie liczysz już na cud ja go Wam wszystkim życzę. pozdrawiam serdecznie. I

      Usuń
    2. Michał...
      Ja też Ciebie pozdrawiam najcieplej.
      Chciałabym umieć tak odchodzić - kiedy na mnie padnie.

      Byłam do końca przy kimś bliskim.
      Chciałabym, żeby ktoś bliski był pry mnie do końca - jeśli na mnie padnie...


      Pozdrawiam.
      Najcieplej:)

      Usuń
    3. Pozdrawiam Cię Michale bardzo serdecznie.
      Myślę, że tak mądry i ciepły człowiek ja Ty nie jest ciężarem, a Twoi bliscy cieszą się z każdego dnia z Tobą.
      :*

      Usuń
    4. Każdy z nas odejdzie, Michale. Każdy. Nie każdy zostawi po sobie tyle mądrości. Jesteś w pełni!

      Usuń
  19. Ta rozmowa na długo we mnie zostanie. Dziekuję

    OdpowiedzUsuń
  20. Piękny wywiad, wstrząsające słowa anonimowego Michała... Dzięki takim ludziom my, zdrowi, możemy być choć trochę lepsi i mądrzejsi - bez przechodzenia (przynajmniej na razie) tego, co oni. Nie wiem, czy istnieje sposób, by za to podziękować - poza byciem blisko osób, które się zna, i jakąś drobną pomocą finansową dla tych, których się nie zna osobiście...

    OdpowiedzUsuń
  21. Dzieki za ten wywiad. Odzywaja sie we mnie wspomnienia jak umieral na raka moj Tata. Nie wszystko wtedy zrobilam jak trzeba. Trzymaj sie Chustko, mimo, a moze z powodu, choroby robisz dobra robote!

    OdpowiedzUsuń
  22. Jestem poruszona do głębi ...

    OdpowiedzUsuń
  23. Szczęśliwy, kto uzyska od swojego bliskiego Rodzica błogosłowieństwo, zanim Ten odejdzie.
    To błogosławieństwo zostaje z nim za zawsze i nosi się je w sercu jak tarczę - to wiele więcej niż wspomnienie.
    Dziecko które ma szansę okazać swą miłość Rodzicowi w cierpieniu, będzie nosic ten czas w sercu jak skarb.
    Czasem najlepszy skarb jako się otrzymało.

    OdpowiedzUsuń
  24. Bardzo wzruszający wywiad. Dziękuję.
    Trzymaj się ciepło Kochana Chustko:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Michale - dzieki za ten komentarz - wstrzasajacy i potrzebny. Bardzo mocno o Tobie mysle.

    OdpowiedzUsuń
  26. kiedy serce jest poruszone usta milczą - powtarzam za Maramausch

    A Ciebie Chustko bardzo wierzę...

    OdpowiedzUsuń
  27. A tak przy okazji - co z Twoją książką - ja i mooi chłopcy czekamy...:)
    \

    OdpowiedzUsuń
  28. Chustko dzieki raz jeszcze za to wszystko cenne, czym sie z nami dzielisz... choc pewnie nie jest Ci latwo. Tak bardzo nas obdarowujesz :) . Dzieki Tobie zmienilam spojrzenie nie na wiele rzeczy, i tych drobnych i tych waznych. Dzieki i trzymaj sie cieplo i mocno. Mysle o Tobie :). Gosia

    OdpowiedzUsuń
  29. Mói Tatuś umarł 4.12.2011po 4 miesiącach od diagnozy rak żołądka....Chustko Joanno szykałam pomocy u Ciebie, szukałam pomocy wsród bliskich onkologów, zrobili wszystko..... Umarłeś.... Asiu cudem jesteś, wiem to na pewno ..... Oby nikt nigdy tak nie tęsknił za Tobą.... Żyj Dziwczyno na przekór statystykom....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byłam ja KAsia F. Dobranoc.

      Usuń
    2. Kasia F.> wielki, serdeczny ścisk.
      całuję.

      Usuń
  30. Prawdziwe, piękne słowa.

    OdpowiedzUsuń
  31. zastanawiam sie czasem czy gdyby przeprowadzic rzetelne badania nad dlugoscia zycia i jego komfortu u pacjentow z zaawansowanym, rozsianym nowotowrem, ktorzy poddaja sie agresywnemu, inwazyjnemu leczeniu i u pacjentow, ktorzy rezygnuja z tego leczenia- jakie bylyby wyniki
    czy nie jest tak, ze podawanie chemii w tym stanie tylko pogarsza stan pacjenta? tak jak w tym wywiadzie- " deprymuje mnie, ze mimo inwazyjnego leczenia nie jest lepiej, jest gorzej"
    nie mam paranoi ale nie jest tajemnica, ze dla koncernow farmaceutycznych liczy sie tylko kasa; czy to leczenie ma w ogole sens? czy sa przypadki rozsianych nowotworow wyleczonych chemia? zwykle slyszy sie co najwyzej o chwilowej poprawie tylko po to by pozniej rak zareagowal ze zdwojona sila
    rozumiem, ze czlowiek potrzebuje nadziei, poczucia, ze cos mozna jeszcze zrobic, ze cos zadziala; ale jesli to "leczenie" sluzy tylko podtrzymaniu psychiki to rownie dobrze mozna lykac aspiryne albo placebo i wierzyc, ze ono pomoze, jednoczesnie nie trujac

    OdpowiedzUsuń
  32. tak tego doświadczasz?
    a Twój Niemąż? rozumie to?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój Niemąż wszystko rozumie.
      i dlatego jest ze mną.
      w miłości siła i moc.

      Usuń
  33. Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Asiu, za ten wywiad.

      Usuń

 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga