sobota, 25 września 2010

[172]. lubię.

kocicę lubię. od wczoraj mnie nie odstępuje.
na noc pogoniłam ją z pościeli, ale rano momentalnie skorzystała z otwartych drzwi i władowała się do łóżka.

***
lubię spędzać tu czas.
dziś pozowałam do sesji.









foty są, oczywista, nieobrobione, ale mam nadzieję, że docenicie ich klimat ;)

***

lubię podróżować z Synkiem.
pojechaliśmy popołudniem do Reszla.
zwiedziliśmy zamek - lochy i basztę, kościół, trochę połaziliśmy uliczkami.

jestem zachwycona.
w życiu nie widziałam ładniejszej miejscowości - ani w Polsce ani zagranicą.

chciałabym tu mieszkać.
na starość (ech...).
albo - od jutra.

piątek, 24 września 2010

[171]. tęsknię.

tęsknię, tęsknię za Niemężem.

***

Marysia leży na klawiaturze.
przesyłamy Wam fotoreportaż z dzisiejszego dnia.


pojechaliśmy do Mikołajek pokarmić kaczuchy.



okazało się, że ryby wyżerają kaczkom bułkę! zdumiewające było przyglądanie się jak ławice kilkucentymetrowych rybek zwinnie wyjadają pieczywo spomiędzy kaczych łap.

potem poszliśmy na gofry.

wracając do naszego chwilowego domu, po drodze odwiedziłam sąsiadkę ze wsi obok - Julitę, a Giancarlo pobawił się z Synkiem Julity.


zostałam nakarmiona wielką ilością likopenu.


a wieczorem, po kolejnych ośmiu posiłkach, portretowałam Księżyc.


***

moja przyjaciółka Karolajna Be ma dziś urodziny.
przesyłam wielkie pi, pi, pi.

***

i napisał Ulubiony Doktor.
że nie widzi możliwości zoperowania mnie.
przykre.

czwartek, 23 września 2010

[170]. jesień na Mazurach.

pożyczyłam z car-parku mojego byłego koncernu lanserską furę (biały lakier, brązowa skórka, automat, dwa okna dachowe), zapakowałam Syna i wziuuuuum, w mniej niż trzy godziny przybyliśmy na Mazury.
po drodze mieliśmy dwie przygody:
1. gdy tankowałam, kluczyk za cholerę nie chciał odczepić się od dekielka wlewu paliwa, co sprawiło, że jak już go wyrwałam, to zataczałam się ze śmiechu i rozchichotana płaciłam za paliwo;
2. fabryczna nawigacja poprowadziła mnie do Mrągowa takimi dróżkami, o jakich mi się jeszcze nigdy nawet nie śniło. oczywiście sama sobie jestem winna - wklepałam wybór najkrótszej trasy.

na miejscu przywitała nad sarenka, która grzecznie i długo pozowała do zdjęcia.

a potem zajęłam się jedzeniem ogromnych ilości wszystkiego i przytulaniem nowego mieszkańca - kociczki Marysi.

środa, 22 września 2010

[169]. pet ct.

zrobiłam dziś pet ct.
badanie jak badanie: przez sześć godzin nic nie jemy, następnie się rejestrujemy, zakładamy wenflonik, pani pielęgniarka do naszej butli z wodą mineralną niegazowaną wlewa kontrast, się przebieramy w szatni w ślafroczek, się pozbywając strojów z suwakami i z innymi metalowymi elementami wystrojami jestestwa, przechodzimy do sali z leżaneczką, gdzie pijemy wodę z kontrastem (może do dziesięciu małych łyczków się zmusiłam, później walczyłam z odruchem wymiotnym), wraca pani pielęgniarka i przez uprzednio założony wenflonik dostajemy w kosmicznej (takiej grubej, stalowej) strzykawce izotop, następnie leżymy bezradnie czekając na badanie, pani pielęgniarka zdejmuje wenflonik, po godzinie - jak się izotop rozpełznie po raku - przechodzimy do pomieszczenia, gdzie jest wykonywane badanie.
urządzenie do pet ct jest w sumie takie jak do tomografii. wygląda jak łóżko, które wjeżdża w duży plastikowy łuk.
teraz postępujemy zgodnie z instrukcją pani technik - kładziemy się na łóżeczku, rączki za główkę (kurwa, jak ja nienawidzę tych zdrobnionek i szpitalnego protekcjonalnego tonu per my), kolanka kładziemy wyżej na podstawce, nie ruszamy się. zaczynamy badanko!
badanie trwa koło dwudziestu minut i nie odczuwamy nic prócz zimnego powietrza wiatraków chłodzących urządzenie oraz szumu siłownika przemieszczającego łóżko w odpowiednią stronę do kamery.

po badanku przez sześć godzin unikamy przebywania z dziećmi do lat szesnastu i z kobietami w ciąży, bo czas połowicznego rozpadu izotopu wynosi właśnie tyle.
faktycznie nie powinniśmy przez dwanaście godzin kontaktować się w/w.

oddelegowałam więc Synka na spanie do Cioci Kloci.

***

mam już dosyć leczenia się i badań.
a szczególnie mam dosyć skutków leczenia i wyników badań.

wtorek, 21 września 2010

[168]. rytuał.

oznaką mojego lepszego samopoczucia jest siła do tańca.
właściwie z moją morfologią trudno nazwać te śmieszne ruchy które wykonuję tańczeniem; to namiastka tego, co robiliśmy kiedyś.
piszę robiliśmy - do tańców potrzebuję Syna.
wygląda to tak:
włączamy głośno muzykę i zaczynamy wycinać hołubce, jednocześnie oczywiście śpiewając, zaglądając sobie głęboko w oczy, śmiejąc się i robiąc do siebie miny.

przed operacją tańczyłam z Giancarlem trzymając Go na rękach, w ramionach. podrzucałam Go, kręciłam Nim młynki w powietrzu.
teraz już tak nie robię, bo wyczytałam, że u pacjenta onkologicznego po laparotomii istnieje ryzyko przepukliny i innych smętnych komplikacji.
wolę nie ryzykować.

teraz kręcimy się w zawrotnym tempie, aż padamy na łóżko z zawrotami głowy.
albo podskakujemy w rytm muzyki trzymając się za dłonie.
albo, jak już serce mi bardzo wali i z trudem łapię oddech, staję i obracam Nim w kółko, aż zacznie krzyczeć dławiąc się śmiechem: dość, mam już dość, przestań Mamusiu.

a oto nasza lista przebojów do tańczenia:
1. Ewa Bem - SMS-y
2. Ewa Bem - Jesteś mój
3. Lao Che - Hydropiekłowstąpienie
4. Lao Che - Zaczarowany dzwon
5. Maryla Rodowicz - Kolorowe jarmarki
a uspokojenie tańce - przytulańce:
6. Lao Che - Idzie na burzę idzie na deszcz
7. Kancelaria - Zabiorę Cię właśnie tam
8. Sumptuastic - Kołysanka

uwielbiam te chwile, gdy mam siłę.
uwielbiam.
nawet jeśli jest to ułamek tego, co było.

***

(...)
Na święte przykazania
Narzuciłem wieniec
A o czym szumią drzewa
Lepiej jest nie wiedzieć...
Nie przegonie ręką
Z czoła czarnej chmury
Nie przegonię ręką
Z czoła czarnej chmury

(...)

poniedziałek, 20 września 2010

[167]. praca.

po wytrzebieniu Niemężowym masażem bólu głowy ruszyłam do laptopa w poszukiwaniu pieniędzy na szamotanie się z rzeczywistością.

wytłumaczyłam dziś Synkowi na czym polega moja praca w ramach działalności gospodarczej:
- pożyczam kasę ludziom, którzy nie są w stanie mi jej oddać
- pożyczam kasę od innych ludzi i nie jestem w stanie jej oddać
- robię projekty za które nie dostaję kasy, zaś ażeby mnie dobić -  mój pomysł realizacji jest wdrażany przez tę pieprzoną łachudrę, który zlecił mi opracowanie projektu i obiecał złote góry, a teraz ściemnia że: nie ma kasy bo się musiał przebudżetować/wycofał się inwestor/nastąpiły niespodziewane okoliczności/sam jest chory (cha, cha, cha - ten argument jest dla mnie szczególnie zabawny)
- biorę pieniądze za wykonanie projektów, których nie jestem w stanie skończyć z powodu niekończących się poprawek.

no nikt nie mówił że będzie lekko.

dziś odkryłam genialną płytę "Radio Retro" - zespół się nazywa IncarNations.
gorąco polecam.

wracam rzeźbić w gównie w poszukiwaniu pieniędzy.
parafrazując: praca może i lekka ale umowy brak.
i pieniędzy.

niedziela, 19 września 2010

[166]. aktywnie.

oto mija kolejny dobrze spędzony dzień.
błogo mi.

byłam dziś z Synem i Jaguarem na dwugodzinnym grzybobraniu (uwaga, uwaga! są już gąski!), wróciliśmy, uczyniłam spaghetti z pesto genovese, zjedliśmy, odsapnęłam w pozycji horyzontalnej i pojechaliśmy na rurki z kremem, a potem puszczaliśmy latawca.

teraz odpoczywam w pościeli.
Karolajna Be pożyczyła mi kapitalną książkę.

sobota, 18 września 2010

[165]. Docent.

dziś z Jaguarem skoczylim do Piastowa, gdzie skonsultowałam się z Docentem.

Docent powiedział mnóstwo mądrych rzeczy, znacznie poszerzając mój horyzont.
jestem zadowolona, jak mawia Niemąż, jak mucha w gównie.

z tej okazji - kwiatek.
dla Wojtka H. - za to że mnie pamięta, że mocno mnie wspiera - mimo że jest daleko, bo w Rzymie.
oraz jeszcze raz dla Wojtka H. - za to że dał mi namiary do Docenta.
wielkie, wielkie, wielkie GRAZIE :)

myślę, że jedną z ważniejszych spraw w aktywnym przechodzeniu przez chorobę nowotworową jest weryfikowanie przez pacjenta możliwości leczenia.
nie można polegać na jednym lekarzu.
trzeba zasięgnąć opinii kilku, żeby móc wyrobić sobie zdanie.

szkoda, że nie wiedziałam tego podczas pierwszej wizyty u chemioterapeuty.
szkoda.
może lepiej zniosłabym informację, że nie ma dla mnie żadnej nadziei i że nie ma sensu nawet rozpoczynać chemii.

piątek, 17 września 2010

[164]. plany.

nadal ustalam co zrobić - czy się operować i po co.

***

Syn ma nową rozrywkę: planuje, co będziemy robili, gdy obydwoje umrzemy.
otóż będziemy dobrymi duchami pomagającymi ludziom i będziemy wszędzie i na zawsze razem.
- polecimy razem na dach i skoczymy na drzewo, a z tego drzewa na następne i na następne.
- gdy jakieś dziecko zgubi misia, to my go znajdziemy i go oddamy.
- a gdy jakiś człowiek będzie głodny, to my kupimy mu kurczaczka i piciu.
- pójdziemy do lasu pogłaskać sarenki, bo jak będziemy duchami, to one się nas nie wystraszą, choć są bardzo płochliwe.

w ramach wytyczania kierunków Niemężowi przykazałam, że jak już się zawinę stąd, to ma natychmiast (po krótkim opłakaniu niewątpliwej straty, bom największą i jedyną miłością Jego życia) szukać nowej partnerki.

statystycznie rzecz biorąc od wykrycia nowotworu pacjenci żyją dwa lata.
to oznacza, że prawdopodobnie za jakieś półtora roku mnie już tu nie będzie.
drogie hieny, szykujcie się, żebym miała komu Go przekazać w schedzie.

czwartek, 16 września 2010

[163]. sinusoida...

...trwa...

mimo zawrotów głowy, kołatania serca, niechęci do jedzenia i innych takich zdecydowałam się dziś żeby jednak jakoś żyć.

byliśmy na spacerze:
u Babci:

i odwiedziliśmy Niemęża na zajęciach, gdzie udaje kogoś w podobie Jane Fondy:

***

wczoraj rano zapodał mi Niemąż po francusku L'arnacoeur (tytuł po polsku - Heartbreaker, licencja na uwodzenie).
mimo ogólnego fizycznego zgonu chichotałam się z pięć razy niepohamowanie.
bardzo polecam.

a wieczorem obejrzeliśmy Salt - znakomita rola Olbrychskiego, oczywiście cały film sapałam ze zdenerwowania, martwiąc się o Angelinę.
była dzielna.
prawie jak ja.

środa, 15 września 2010

[162]. 50 kg.

właśnie tyle ważę.

a gdzieś tak rok temu ważyłam 62 kg, może nawet więcej.
miałam fajne ramiona, cycki, tyłek, uda.
no, może fałdziocha na brzuchu była za duża - ale teraz wiem, że w tej fałdziosze skrywały się dorodne skurwieloprzerzuty.

***

jestem zmęczona chorowaniem.
zmęczona sobą, swoim ciałem.
zmęczona chemioterapią.
zmęczona lękiem przed nową operacją.
zmęczona leżeniem w szpitalu, rekonwalescencją, o ile przeżyję operację.

jestem zmęczona.
zmęczona tą namiastką życia.

mam ochotę położyć się spać i już nie wstać.
tylko Synka mi żal.

***

nie tak miało moje życie, do kurwy, wyglądać.
nie tak.

***

nie lubię cierpieć.
nie mam w sobie genu pokutnicy.
jestem zmęczona.

chcę spać, chcę przespać to moje zmarnowane życie.
chcę się obudzić zdrowa, gdzieś indziej, będąc kimś innym.


rewind.

wtorek, 14 września 2010

[161]. dąb - dupa.

ząb - zupa.

nie byłam u profesora, zaspałam.
trudno.
jutro pojadę.

całą noc podtrzymywałam w ubikacji pewną spoconą gorączką łepetynę, która opadała ze zmęczenia, miotana konwulsyjnymi bólami swojego korpusu.
dobrze, że sedes sąsiaduje z umywalką...

albo to potężna grypa żołądkowa albo aż tak agresywnie zachowują się wyrastające stałe zęby.


a teraz poję Go miętą i karmię sucharkami.

i zaraz idziemy spać.
jesteśmy obydwoje wykończeni.

poniedziałek, 13 września 2010

[160]. konsultacje u profesorów.

wygląda na to, że nie ma innej możliwości.
będzie laparotomia z wyrwaniem zaskurwielonych jelit i żołądka, oczywiście z jednoczesnym ulepieniem z jelita nowego malusiego, pociesznego żołądeczka.

***

dziewięć miesięcy temu, 13 grudnia 2009, poznałam Niemęża.

osiem lat temu, 13 września 2002, poznałam ojca Synka.

dziś śmeśmaste urodziny obchodzi Ania, przyjaciółka z dzieciństwa.
sto lat...

***

jutro jadę na kolejną konsultację profesorską.
taka oto jest siła Babci B. w docieraniu do największych szpeniów polskiej medycyny.

niedziela, 12 września 2010

[159]. kiełba.

dzisiejszy dzień obfitował w szereg zdarzeń spod znaku kiełbasy, które niczego konstruktywnego w nasze życie nie wniosły oraz niewiele w nim zmieniły.

podczas przygotowywania obiadu poprosiłam Niemęża, żeby przekroił kiełbasę, bo jest zamrożona i nie mieści się w całości w garnku.
zapytał, czy może ją przełamać.
zgodziłam się.
walnął z główki w te dwa zamrożone pęta kiełbasy.
pękły.

wmurowało mnie na kwadrans.

***

po nałożeniu obiadu (kasza perłowa, surówka z selera i jabłka, w/o kiełba), podczas krojenia rzeczonej, niemal narzygałam Synowi do talerza.
uratowała mnie bliskość kuchni i łazienki, gdzie dałam upust swojej potrzebie.

obiad (kaszę i surówkę) zjadłam samotnie, wolałam nie siedzieć w oparach kiełbasy.

***

przez całe popołudnie nie odważyłam się wejść do kuchni, gdzie łypał na mnie mętnym okiem garnek po kiełbasie.
wieczorem Niemąż zmył naczynia po obiedzie.

Niemąż zadowolony z tego, że mógł mi pomóc i, poniekąd, ulżyć, przytulił mnie mocno.
ja, zadowolona z tego, że Niemąż mi pomógł i ulżył w kiełbasianym kłopocie, wtuliłam się w Niego mocno.
a dłonie Jego zapachniały kiełbasą.

w locie łapałam wymiota, starając się nie chlustnąć nim gdzie bądź, a szczególnie - w Niemęża.

***

teraz okazało się, że przeszkadza mi również zapach wełny, więc zdjęłam bardzo modny sweterek na jeden guzik z rękawami nietoperza, najnowszy prezent od Babci B., ponieważ wyczuwam w nim wyraźną nutę niedomytego, zaszczanego, obsranego po pachwiny stada owiec.

sobota, 11 września 2010

[158]. zaczyna się.

wstałam rano, rzygłam.
coś zjadłam, coś zabolało, Niemąż pomasował, rozruszał, nakarmił, kołderką otulił, picia przyniósł.
Syn się ogarnia sam, chodzi po cichutku, trochę Mu poczytałam Doktora Dolittle, trochę pooglądał Cartoon Network, rozegraliśmy partyjkę szachów, Wujeczek zrobił Mu obiad.

ogólnie - drętwa atmosfera spod znaku domowników czujnie przyglądających się mi co robię.

***

piję na poprawę beznadziejnej hemoglobiny chiński preparat Zhenlu.
w smaku jest całkiem podobne do sosu sojowego, ale skoro pomaga Pani doktor M. (tej co pracuje w hospicjum i ma raka), to i mnie pomoże.
w coś przecież muszę wierzyć.

chemia zabija białe krwinki, więc trzeba się podkręcać zastrzykami.
lecą też czerwone krwinki, lada moment trzeba będzie sięgnąć po EPO.
a pewnie przed operacją przetoczą krew.
no nic.
taka karma.

***

humorem dziś nie tryskam.
nudzą mnie chemioterapie, wymiotowanie, nadwrażliwość na zapachy, trudności z jedzeniem, niemoc wynikająca z zatrucia ciała i mózgu, cholerne up and down.

jutro będzie gorzej.

piątek, 10 września 2010

[157]. czwarty wlew.

pojechałam, wlałam.

podyskutowałam.
znowu trzeba zebrać myśli, co robić - medycyna nie stworzyła jeszcze standardów postępowania jak działać w takich przypadkach.
laparoskopia?
laparotomia z resekcją czego się da, z żołądkiem i jelitami na czele?
kontynuowanie z chemiami, czyli jeszcze dwa wlewy, potem zabieg?
teraz zabieg, po tej chemii?

wstępnie termin operacji (lub kolejnej, piątej chemii) został wyznaczony na 1 października.

a tymczasem leżę już w kokonie i zachowawczo podsypiam.

***

ku czci zdychającego skurwiela ukręciłam wczoraj całkiem niesmaczne ciasto.
spód wyszedł gumowaty, masa budyniowa lejąca, a masa z wiórków sucha i trzeszcząca niczym żwir.
błe.

czwartek, 9 września 2010

[156]. wynik tomografii.

gratulować mnie, k.rwa, raz - dwa.

FNH - to zmiany hormonalne, nie mające nic wspólnego z rakiem.

środa, 8 września 2010

[155]. i.

i czekam.
i się denerwuję.

niby miałam mieć tomografię w piątek w "moim" szpitalu onkologicznym, ale po rozmowie z panią doktor M. zrezygnowałam i podjęłam inną decyzję niż ta, którą podjął lekarz prowadzący aka Ulubiony Doktorek.
uznałam, że zrobienie CT samej jamy brzucha to za mało.
owszem - trafiły do mnie argumenty podane przez Ulubionego Doktorka podczas wczorajszej wizyty (1. dobro szpitala; 2. dobro NFZ-u; 3. dobro moje) ale uznałam, że warto polecieć po całości i zrobić też płuca i miednicę.
a nuż coś się tam nowego pojawiło, a ja o tym nie wiem.

wybrałam się więc dziś do szpitala TEGO kultowego radiologa, tego który na podstawie tomografii, przed operacją, wydedukował na co jestem chora.

teoretycznie, wg zarządzenia, nie można zrobić na NFZ jednego dnia tomografii trzech części ciała.
w praktyce jednak można.
wystarczy się uśmiechnąć do pań z rejestracji, a obejście zarządzenia się znalazło.

no więc machnęłam dziś tomografię.
potwornie się psychicznie nią umęczyłam, więc po niej bezwzględnie musiałam zaaplikować szereg gratyfikacji:
- chińszczyzna z Niemężem;
- wspólne grzybobranie (w 40 minut znalazłam tyle grzybów ile bym znalazła przez cały weekend plądrowania ściółki. wniosek z tego taki, że trzeba na grzyby jeździć w dni robocze);
- wizyta u Babci B. - chlup nalewki imbirowo-cytrynowej i dziab szarlotki;
- wieczorne wyjście na racuszki do Wikci (Córki Cioci Kloci).

problem z tomografią był/jest następujący:
po a. - przy poprzedniej tomografii źle leżał wenflon w żyle i silnie bolała mnie ręka - i gdy pompa tłoczyła kontrast i później, przez kilka dni - obawiałam się, że za tym razem będzie tak samo potwornie;
po b. - mam trudność w piciu wody (przed tomografią trzeba wlać w siebie litr wody). woda powoduje u mnie silny odruch wymiotny - mój organizm kojarzy picie wody z nawadnianiem się przed chemioterapią, więc broni się jak może;
po c. - stresuje mnie wynik badania.

na szczęście już jutro jadę odebrać opis.

wtorek, 7 września 2010

[154]. ziemniaki.

czasami mam wrażenie, że za dużo widzę.
a może za bardzo się przyglądam.

***

konkurs bez nagrody:
po co temu panu osiem worków ziemniaków?
i dlaczego kładzie je na tylne siedzenie, zamiast do bagażnika?

poniedziałek, 6 września 2010

[153]. m-m.

nie miałam dziś dobrego dnia.

zaczął się przed szóstą rano waleniem do drzwi.
- policja? - wymamrotał przez sen Niemąż.
było to dość prawdopodobne - ostatnio byli u nas policjanci na okoliczność kolejnego nieudanego wieszania się syna sąsiadki.
poszłam sprawdzić.

jednak nie, to nie policja, to sąsiad z dołu przyszedł, bo według dziwnego klucza wybrał mnie, żebym z nim poszła do sąsiada obok, żeby tamten zechciał mu otworzyć puste mieszkanie sąsiadki, do której ten ów kluczami dysponuje, albowiem gdyż  mieszkanie sąsiada zostało zalane przez tę właśnie nieobecną, bo zmarłą, sąsiadkę.
- pani Asiu, pani pójdzie ze mną do Stasia żeby otworzył mieszkanie Lodzi, bo mnie zalała. - poprosił wczorajszym głosem sąsiad i dmuchnął mi dymem z peta w oko.
stęknęłam coś że mi zimno i wymiksowałam się.
wróciłam spać.

wstałam o ósmej.
zjadłam obfite śniadanie (tuczę się, czwarta chemia na horyzoncie).
umówiłam się na tomografię (podsumowującą skuteczność dotychczasowych trzech chemioterapii).
dżdż dżdżył.
wróciłam spać.

obudziłam się, bo zadzwonił telefon.
była już czternasta.
to zapowiedział telefonicznie nawiedzenie mnie brat wujeczny, zwany również Bogiem alias Dziedzicem-Panem-Na-Włościach.
przybył.
ugościłam ciastem i herbatą.
z perspektywy doświadczenia - jest starszy ode mnie o siedem lat - udzielił mi szeregu niezrozumiałych wskazówek życiowych.
na wszelki wypadek zrewanżowałam się tym samym.
ponadto powiedział że jest przeziębiony, ale - cytuję - to żadna bakteria i że mnie nie zarazi.
odpowiedziałam coś o moim braku odporności i ryzyku.
poszedł.

zadzwoniła Babcia B. z wielkimi wiadomościami:
- po pierwsze - że w ogródku po raz pierwszy odkąd Babcia pamięta wyrosły grzyby kurki;
- po drugie - dziewięćdziesięciojednoletnia sąsiadka, pani Zofia, odwiedziła Babcię w nowiutkiej, nieśmiganej peruce, żeby się dopytać, czy młodziej wygląda.

z peruką wiąże się następująca historia:
odkąd pamiętam pani Zofia chodzi w peruce.
jakieś siedem lat temu jej peruka była już tak fatalnie zniszczona, że pani Zofia zakładała na nią chusteczkę, żeby lepiej się prezentować.
w tamtym czasie mieszkałam z ojcem Syna, który wtedy trochę bawił się w handlowanie perukami.
jedną z nich, tę w odpowiednim kolorze i stylu, zapakowałam w kopertę bąbelkową i wysłałam anonimowo pani Zofii.
taka akcja w stylu Amelie Poulain.

Babcia B. powiązała fakty i domyśliła się, kto pani Zofii przesłał perukę.
a pani sąsiadka, przez te wszystkie lata nie nosiła jej; dziś zaś założyła i wystrojona w tę śliczną perukę, znowu usiłowała dopytać się Babci B, kto jej zrobił tak wspaniały prezent.

***

wieczorem Synek powiedział, że chce żeby było jak dawniej - i w płacz.
tuliłam, pocieszałam, głaskałam, a z pięknych ciemnozielonych oczu leciały łzy, z noska kapał smutny gil, rozpaczliwie drżały usta, tak dokładnie wykrojone jak mamine - ma być jak dawniej - powtarzał rozżalony - masz już nie mieć tego raka, masz być zdrowa, masz przestać źle się czuć od chemii, masz jak dawniej dużo się ze mną bawić.
ma być jak dawniej, rozumiesz mamusiu? rozumiesz?
i ja zaczęłam płakać.
i tak płakaliśmy obydwoje.
On za tym, co było.
ja nad tym, co będzie.

niedziela, 5 września 2010

[152]. rozwój.

lubię obserwować rozwój Syna.
podchodzę do tych obserwacji z ponurym rozbawieniem, bo tempus fugit - dla Giancarla oznaczając wzrost, dla mnie - przemijanie.
i choć parametr czasu dla obydwojga ma inne znaczenie, to każdy kolejny dzień życia stanowi nieprawdopodobną wygraną, którą  cieszymy się i którą wspólnie smakujemy.

aktualnie Syn poszerza i porządkuje bazę danych zadając setki pytań, a ponieważ naszym ulubionym miejscem do konwersowania jest samochód, więc gdy jedziemy na jakąś wycieczkę, Syn zagaja: mamusiu, czy masz ochotę porozmawiać na jakiś temat?
odpowiadam - z przyjemnością - bo przecież cóż milszego na tym świecie od dialogowania z interlokutorem na poziomie.
wówczas Syn, z prędkością z którą pochłania czipsy, zadaje pytania:
- skąd murarze wiedzą jaki dom mają zbudować? czy oni budują je tak znienacka byle gdzie?
- dlaczego niebo jest niebieskie?
- czy tylko dorośli mogą się całować w usta?
- skąd wiesz, że mgła to woda? czy jesteś tego pewna?
- skąd ty znasz tyle przepisów kulinarnych na pyszne jedzonka?
- w jakich sytuacjach mogę mówić "o kurczę"?
- którą z Atomówek lubisz najbardziej?
- co to jest nieboskłon?
- dlaczego na naszym podwórku tyle dzieci biega za jedną piłką?
- opowiedzieć Ci na czym polega gra Muchtrix?
- z jakiego powodu koty nie lubią się z psami?
- po czym ja poznam którą dziewczynę mam wziąć za żonę?
- czy na jezdni może być cienka warstwa wody?
- z jakiego powodu gwiazdy świecą?
- dlaczego tatuś mówi na basen "sadzawka"?
- dlaczego starzy ludzie mają w domach takie antyczne przedmioty?
- czy kruki są drapieżnikami?
- co to jest i po co jest grawitacja?


wystarczy jeden taki przelot na pobliską stację benzynową do kompresora i nazad do domu i mam kwadratowy łeb i spocone zwoje mózgowe.
jak tak dalej pójdzie to chyba zacznę dostawać strategicznej chrypy przed wejściem do auta.

***

poza samochodem Giancarlo też błyszczy elokwencją.
zebrałam kilka tekstów z mijającego tygodnia, żebyście mogli wyobrazić sobie jaką mam z Nim rozrywkę.

1.
Syn poszedł pozwierzać się Niemężowi na ucho, a Niemąż w zaufaniu przekablował mi konwersacyję.
- czy wiesz Wujku co jest najwspanialsze na świecie?
- nie.
- najwspanialsze na świecie jest kiedy mężczyzna i chłopczyk mogą razem całować i przytulać swoją kobietę czyli żonę i mamusię.

2.
z pokoju Syna dobiega mnie narzekanie piskliwo - płaczliwym głosikiem w stylu Prosiaczka z Kubusia Puchatka - o rety... o rety... o rety... o rety-rety-rety-retyyy...
- co tak wzdychasz, Misiaku? - pytam zaniepokojona - i myślę - jak nic coś Go boli!
głosik na granicy płaczu odpowiada - wzdycham, bo zapomniałem, co jest bałaganem, a co nie i nie wiem co mam posprzątać.

3.
przygotowałam śniadanie: jaja na twardo, pomidory, pieczywo, masło. ot, nic szczególnego.
Syn zasiada przy stole, ocenia sytuację i wygłasza sentencję: jakie doskonałe śniadanie - jest pyszne i pożywne.

4.
przygotowałam obiad. czas na kolejną złotą myśl.
- och mamo, wspaniała paella... od dziś krewetki będą na zawsze igrać w moim sercu.

5.
u fryzjera - czekamy, Syn w kąciku dla dzieci kończy rysowanie kwiatów dla mamusi.
pani Iwonka, fryzjerka, pyta: a dla mnie narysujesz kwiaty?
Syn odpowiada - przykro mi, ale nie - za słabo się znamy.

6.
u fryzjera c.d. - Giancarlo sadowi się w fotelu i trzeszczy pod nosem: wiem, wiem, mam się nie wiercić, bo mnie pani Iwonka krzywo ostrzyże i będę wyglądał jak idiota.

***

dodam, że to dziecko w ósmym miesiącu życia znało osiem słów, którymi sprawnie obsługiwało rzeczywistość.
wówczas któraś z moich przyjaciółek powiedziała, że ma wrażenie bycia na próbie w teatrze, gdy słucha moich rozmów z Małym.

przytoczę jeden z typowych dialogów:
podchodzi do Syna jamnik Agrest (nasz śp. pies), Syn woła: pieees!
mówię: pies podszedł.
Syn: pieees.
ja: pies szczeka hau-hau.
Syn: piees, au-au.
ja: tak, pies szczeka hau-hau.
pies szczeka.
Syn: pieees!
ja: pies zaszczekał do Jasia hau-hau.
Syn: Asia au-au.
ja: tak, pies zaszczekał hau-hau.
Syn: pies au-au.
itd. przez pół godziny.
rozmowy te, rzecz jasna, prowadziłam ze śmiertelną powagą i doskonałą dykcją, co by dziecinka mądra rosła i umiała odpowiednie dać rzeczy słowo.

a teraz zastanawiam się, czy nie działałam na własną zgubę.

sobota, 4 września 2010

[151]. wspaniale.

pojechałam z Synkiem puszczać na łące koło lasu latawca.
na drogę wyszedł nam ogromniasty łoś, ale nie zdążyłam zrobić mu dobrego zdjęcia.
zanim zatrzymałam auto i przestałam drzeć się Syneczku, Syneczku, widzisz łosia, wielki łoś stoi na drodze, zanim wyjęłam drżącymi rękami aparat, zanim otworzyłam szybę auta, zanim nastawiłam aparat, to okazało się, że nie zdjęłam dekielka z obiektywu.
tak więc dałam radę sfotografować tylko kawałeczek spokojnie oddalającego się łosia.

piękny był, mówię Wam!
był ogromny, miał gigantyczne poroże i sierść w kolorze gustownego brązu.

***

a potem puszczaliśmy Buzza.
genialna zabawa, dawno się tak radośnie nie wybiegałam.
pojechaliśmy po puszczaniu latawca do Babci B., Giancarlo skorzystał ze wspaniałej pogody i pohuśtałam Go w hamaku.


***

na zakończenie, w ramach koncertu życzeń, specjalnie dla Luiki - jesienne rozweselające słoneczko z ogrodu Babci B.:

piątek, 3 września 2010

[150]. piąteczek.

jak Wasz piąteczek?
tyracie w pocie czoła by zwiększyć PKB?
stoicie głodni i wściekli w korku, usiłując wrócić do domu po robocie?
chorujecie na raka i terroryzujecie marudzeniem bliskich?
a może kręcicie loka na wieczorne wyjście na densflor?

***

wyciągnęłam dziś Niemęża na pierwsze w życiu wspólne (i Jego) grzybobranie.
krótko przeszkoliłam na czym polega zbieranie i rozpoznawanie grzybów.
w godzinę zebraliśmy podgrzybków na dwa słoiki.
całkiem niezły wynik, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Niemąż zatrzymywał się przy  k a ż d y m  znalezionym grzybie i upewniał się, czy nie jest on może jadalny.

***

gdy zerkam w statystyki i widzę, że z każdym dniem czyta mnie coraz więcej osób, jestem bardzo, bardzo przyjemnie zaskoczona.
dziękuję Wam serdecznie za to, że mnie tu odwiedzacie.

miłego weekendu, moi wspaniali Czytelnicy.
buziaki.

czwartek, 2 września 2010

[149]. wiara.

nie wierzę, a precyzyjniej - nie dowierzam.
ale miło mi słyszeć, że ktoś się za mnie, za moje zdrowie modli.
to bardzo intymne, wzruszające wyznanie.
bardzo serdecznie dziękuję tym, którzy chcą w modlitwie o mnie pomyśleć.

uważam jednak, że jeśli nawet istnieje jakiś Bóg, to równo Go opływa co u mnie słychać.

***

podczas mojej wizyty na obiekcie zdumiał mnie pewien prężny manager - polecił mi modlitwę do świętej Rity z miejscowości Cascia.
opowiedział, że Rita pomaga chorym, a szczególnie - cierpiącym kobietom; że Tadeusz Juda jest od spraw beznadziejnych, ale Rita jest bardziej skuteczna.
brzmi to dla mnie, niestety, jak przegląd pogańskich bożków (poprosimy o deszcz czy o urodzaj plonów?), no ale, psst.

patentu na mądrość nie mam, więc na wszelki wypadek będę zachowawcza:
cara santa Rita, jeśli cokolwiek Cię obchodzę, pomóż mi.
żeby było prościej mnie znaleźć, narysowałam Ciebie.

***

zapomniałabym.
poprawiła się znacznie morfologia.
ale żeby nie było za fajnie pojawił się nowy skutek uboczny chemii - neuropatia.
jak na razie objawia się tylko bólem palców dłoni, gdy dotykam do czegoś chłodnego, albo gdy przebywam na dworze i nie mam rąk schowanych do ciepłych kieszeni polarkowej kurtki.

więc na zakończenie dzisiejszych występów - smętne jesienne brzózki.

środa, 1 września 2010

[148]. wrzesień.

wrzesień 2005.
mieszkam z Ojcem Syna.
jestem na urlopie wychowawczym.
klepiemy biedę.
udzielam trochę lekcji językowych, bo Ojciec do roboty się nie garnie.

wrzesień 2006.
właśnie wyprowadziliśmy się od Ojca Syna.
wróciłam po wychowawczym do korporacji i prawie zostaję szefem działu.
oczywiście prawie robi różnicę - awansuje ktoś inny.
gdy jestem w pracy, Giancarlem zajmuje się nowo zapoznana Pani - Ciocia Klocia.

wrzesień 2007.
Giancarlo idzie do przedszkola, do maluchów, dzięki czemu Ciocia Klocia łapie oddech od bycia pełnoetatową opiekunką - od 6 rano do 22.
wywalili tego, który awansował.
teraz ja zostałam szefem działu.

wrzesień 2008.
Syn kontynuuje naukę na uczelni, Ciocia Klocia dzielnie mnie zastępuje w matkowaniu.
nadal szefuję działowi.
kombinuję jakby dać dyla z korporacji.
jestem wykończona szarpaniem się między robotą a dzieckiem.

wrzesień 2009.
Syn poszedł do starszaków.
zmieniłam robotę, jestem dyrektorem w niewielkiej chujni.
teraz kombinuję, jakby tu rozpocząć własną działalność i zwiać z pracy na etacie.

wrzesień 2010.
Mały poszedł dziś do pięciolatków.
Klocia nadal z nami.
mam działalność gospodarczą, która służy mi właściwie tylko do płacenia ubezpieczenia.
no i mam raka.
zastanawiam się, czy dożyję września 2011, żeby móc nam zrobić kolejne wspólne pierwszowrześniowe zdjęcie.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga