środa, 30 czerwca 2010

[85]. paw.

powoli nabieram wiedzy o niwelowaniu skutków ubocznych chemioterapii.

na mdłości polecam Zofran - oczywiście na receptę z wpisaną literką P (dla niewiedzących objaśnienie - P określa graczy z chorobą przewlekłą; nie dopisujcie sobie sami tego na recepcie, bo jak kontrola apteczna trzepnie Waszego doktorka, to marnie z nim będzie).
dzięki literce P lek (szt. jeden) kosztuje 10 zł zamiast 100 zł.

no więc upychamy w/w Zofran tam, gdzie każdy prawdziwy mężczyzna marzy, żeby zajrzeć biologiczną sondą przynajmniej raz w życiu, a następnie powtarzać to co jakiś czas, czyli pięć razy dziennie.

zaopatrzeni wewnętrznie w czopek kładziemy się z głową wysoko ułożoną na poduchach (mnie pomaga leżenio-siedzenie na boku, z podkulonymi nogami) i zaczajamy się.
oddychamy głęboko i miarowo.
istotne jest, żeby podać lek jak najszybciej przy zbieraniu się na mdłości, nie czekać aż nam żołądek wypadnie do umywalki.
tymczasem nasza Domowa Obsługa włącza spokojniutką muzyczkę i zasuwa rolety.
w zasięgu pawia przygotowano nam: miskę, ręczniki papierowe, wodę mineralną lub słabą herbatę - wszak trzeba dokarmiać zwierzątko, a rzyganie samymi sokami trawiennymi zostawmy chorym na grypę żołądkową. my nie możemy się odwodnić. zmuszamy się do picia drobnymi łyczkami.
Babcia B. poleca wrzucić do picia szczyptę soli i glukozy - w smaku będą niewyczuwalne, ale a nuż się wchłoną.

jak już lekarstwo zadziała i nudności miną, to wtedy pędem do Babci B. po niepowtarzalną, życiodajną ogórkową.
albo po cokolwiek innego, na co mamy tzw. smaka.

wtorek, 29 czerwca 2010

[84]. fejsik.

napisała do mnie maila pewna Pani z pytaniem, po co się piszę bloga i po co w fejsiku podaję linka do bloga.
wyczuwam w tych pytaniach nutkę irytacji i niezadowolenia.

więc ja zapytam Panią: czy nie wypada pisać o chorowaniu, o umieraniu?
a może drażni Panią, że piszę o temacie tabu? (młodzi ludzie nie umierają, prawda? młodzi ludzie giną ewentualnie w wypadku awionetki, n'est ce-pas?).
miła Pani, blog to literatura, to świat wykreowany - nawet jeśli oparty na fragmentach rzeczywistości.
utrwalam tylko to co chcę, tak jak chcę.

resztę wspomnień zabiorę ze sobą do słoika.

***

wracam spać, bo spanie, albo raczej - drzemanie w oczekiwaniu na kolejny atak mdłości to aktualnie moja jedyna rozrywka.
zaczynam podejrzewać, że to kara za ekstatycznie energetyczną i radosną ciążę. w ciąży ani razu nie miałam nudności, ani razu nie wymiotowałam.
takie, k...mać, odkupienie win ;))

***

zamieściłam to na fejsiku, ale nie mogę się powstrzymać i wklejam Wam i tutaj:

genialne, co nie?

poniedziałek, 28 czerwca 2010

[83]. pożarcie.

zżera mnie chemia, a dodatkowo zżera mnie wirus.
nie mam ani pragnienia ani łaknienia. wypijam kilka łyków wody pod presją Niemęża gapiącego się we mnie złowrogo; jeśli chodzi o moje jedzenie - nawet On się poddał, chociaż podtyka mi kaszki i bez słowa komentarza odnosi je do kuchni.

wolno myślę i jeszcze wolniej działam.
boli ucho, gardło, katar zatkał mózg. mam temperaturę.
jestem kłębkiem nieszczęścia.

ile człowiek musi się nacierpieć zanim umrze. a wszystko w imię udawania, że chemioterapia leczy.
okropne.

***

późnym wieczorem ojciec odwiózł nam Syna.
niestety, Giancarlo jest empatyczny.
- tęskniłem za wami i robiłem smutną minkę, ale wstydziłem się powiedzieć tatusiowi, że za wami tęsknię.
i  poprawił przy wieczornych ablucjach:
- zawsze będę cię kochał mamusiu bo jesteś najwspanialszą mamusią bo robisz mi wspaniały prysznic na ciałko i na cmentarzu będę cię często odwiedzał. Ale na razie masz twarde kosteczki, jeszcze się nie rozsypałaś więc przytul mnie mocno.
a potem okazało się, że Włoszka Przytulanka została u ojca, więc trzeba było szybko znaleźć godną zastępczynię do nocnego kojenia - podskubywania w łóżeczku.

***

paradoksem jest, że mimo nosa zatkanego katarem, wyostrzył mi się węch.
nie jestem w stanie otworzyć lodówki - jedzenie w niej śmierdzi!
nie jestem w stanie napić się wody mineralnej z butelki - butelka śmierdzi!
nie jestem w stanie wtulić się w Niemęża - śmierdzi perfumami/proszkiem do prania/płynem pod prysznic/bawełną.

(a Babcia B. na to: a jak śmierdzi bawełna, przybliżysz nam?).

***

mam pytanie do lekarzy: czy nie dałoby się przeprowadzać chemioterapii w stanie śpiączki farmakologicznej?
zgłaszam się na ochotnika...

niedziela, 27 czerwca 2010

[82]. www.rzygam.pl

no, niestety.
a nawet - www.rzygam-dalej-niż-widzę.pl

sobota, 26 czerwca 2010

[81]. Czerwińsk nad Wisłą.

dziecko wywiezione do Ojca, Niemąż tyra, a Jaguar zabrał mnie na wycieczkę.
najpierw zjedliśmy obiad w Malinowym Bzyku. 

następnie ruszyliśmy do Czerwińska nad Wisłą.
a tam - obchody, hłe-hłe, bitwy pod Grunwaldem.
tak, w Czerwińsku!

no, nic to.
trafiliśmy na koncert Wodeckiego. i na cudowne gofry z wiśniową frużeliną.

no i, jak zawsze w moim życiu, na symptomatyczno - symboliczny zbieg okoliczności.

Wodecki opowiedział dowcip.
znajomy trębacz poszedł do lekarza. lekarz mówi mu, że z chorobą, którą ma, pożyje góra dwa miesiące.
po dwóch latach trębacz spotkał tego lekarza i mówi do niego - i co, panie doktorze, miałem żyć dwa miesiące, a już upłynęły dwa lata.
a lekarz na to: wie pan, jak się ktoś uprze żeby żyć, to medycyna jest całkiem bezsilna.


i ściąga mnie ktoś spojrzeniem.
patrzę: laseczka - może w moim wieku, może starsza. chustka na głowie, brwi namalowane, śliczny make-up, klasa ciuchy - w moim stylu - proste i etniczne.
w jakimś niesamowicie spontanicznym odruchu pozdrowiłyśmy się, pomachałyśmy do siebie, wymieniając szerokie uśmiechy.

piątek, 25 czerwca 2010

[80]. daję w palnik.


oto jestem po pierwszej chemii. i nic mi nie jest.


a to było tak: rano wujek Adam nas zawiózł, popołudniu wujek Jaguar odebrał, następnie podjechaliśmy do Mariny Diany na obiad, potem kupiliśmy superczopek na nudności, zaś w domu profilaktycznie poprawiłam serniczkiem, a tu  n i c.
nawet najmniejszego pawia.
liiiipa.

czwartek, 24 czerwca 2010

[79]. imieniny Syna.

 

zrobił prawie samodzielnie pyszny tort.
kupił składniki, potem pomógł je wnosić do domu.
rozmieszał ser, rozłożył biszkopty w tortownicy, wylał masę na biszkopty.
zrobiłam raz - dwa galaretkę, wylałam na całość, wetknęłam trzy truskawki, bo już mi sił zabrakło żeby się przyłożyć do zdobienia.
wówczas Giancarlo wkroczył ze szlaczkami z lukrowych pisaków oraz zatknął świeczki - ponieważ nie ulegamy drobnomieszczańskim uprzedzeniom, że świeczki są dobre tylko na tortach urodzinowych.
napisy na torcie są mojego autorstwa - oczywiście wg instrukcji Syna.

(dla niewtajemniczonych objaśnienie - Ciocia Klocia to pseudonim operacyjny nadany przez Syna Pani Opiekunce).

***

Syneczku, masz piękne, proste imię.
nosisz imię mojego Taty i Taty mojego Taty (i chyba prapradziadka też).

sto lat, Panie Pomidorze.
kocham Cię.

[78]. stan gotowości.

jutro zaczynam chemioterapię.
do domu pościągaliśmy co tylko wydało się nam stosownie pożywne: tonę cielęciny, nasiona amarantusa, kaszę orkiszową w trzech rozmiarach ϕ, olej lniany tłoczony na zimno, spirulinę, algi w zalewie z soli morskiej, sok Noni, sok żurawinowy, migdały, łatwo przyswajalne żelazo, odżywki dla kulturystów, dekstrozę, ksylitol, gastrolit, napoje dla sportowców.

a ja marzę o kawałku pasztetowej. albo salcesonu z octem.

***

dziś po raz kolejny obcięłam włosy, tym razem już na bardzo, bardzo krótko.
Niemąż powiedział, że jak na chłopczyka - narkomana, to ślicznie wyglądam.
MUSZĘ robić sobie oko. tak. MUSZĘ pilnować robienia tapety.

nie wiem tylko, czy wówczas nie będę wyglądać jak chłopczyk - narkoman - gej - trans - cross.
:]

środa, 23 czerwca 2010

[77]. możliwość.

mogłabym Wam przedstawić skan opisu piątkowej tomografii (ile to człowiek może się o sobie, tzn. o swoich przerzutach dowiedzieć, hu-hu-hu).
albo napisać, co dziś robiłam żeby z kliniki w Hamburgu poprzez Centrum Onkologii w Warszawie wysłać do RPA bloczek z tkanką pobraną w klinice przy Szaserów.
albo mogłabym przedstawić w szczegółach procedurę odbierania paczki z tabletkami ze składu celnego urzędu pocztowego przy ulicy Łęczycy cośtam.

ale nie, nie zrobię tego wszystkiego.
jak powiedział Niemąż: końskie zdrowie trzeba mieć żeby móc chorować.

***

wciągam truskawki i popijam białe wino. z gwinta.
właściwie powinnam napisać - opijam sukcesy:
- bo mam te pieprzone tablety;
- bo dostałam dziś maila z poważną i interesującą propozycją współpracy (i to od kogoś, kto wie, że jestem chora, nenenenenenenene);
- bo tak w sumie, mimo pewnych niedogodności, wszystko nam w życiu się układa.

***

a na zakończenie dzisiejszego posta wzniosę toast za wszystkich ojców, bo dziś Wasze święto.
oby Wam się, panowie.

wtorek, 22 czerwca 2010

[76]. mama.

jesteśmy na zakupach w Mrągowie, w RAST-cie. kupujemy towar na grilla.
słyszę wołanie Syna - mamuusiuuuu, choooodź do mnieee.
idę. patrzę. widzę: Syn stoi przy wejściu, przy kowbojskim koniu do trząchania dzieci za dwa złote, na koniu niewiasta, na oko lat siedem - osiem.
Syn mówi - pokaż mamo, pokaż się.
- ale co mam pokazać?
- no pokaż, proszę pokaż się - prosi ponownie.
staję. wyszczerzam się. macham do nich dłonią.
- to moja mama, wiesz? - mówi Giancarlo do dziewczynki. dziewczynka w milczeniu kiwa głową na boki, może niedowierza, może współczuje.
Giancarlo powtarza - to moja mama. i dodaje: nieźle dziwna jest, mówię ci.

parskam dzikim chichotem.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

[75]. turniej szachowy.


w niedzielę zapytałam się Syna, co robimy - czy wracamy czy zostajemy na Mazurach, bo przecież w poniedziałek jest turniej szachowy o puchar burmistrza naszej wiochy.
nakazał zostać i zrobić turniej szachowy tutaj ;)

***

zarządziłam dziś zwiedzanie.
byliśmy więc w Mikołajkach, Kamieniu (schronisko PTTK nr 5 :)))), Rucianym - Nidzie, w Galindii i w Mrongoville.

***

czuję się doskonale.
nic mi nie jest.
nie mam żadnych dolegliwości fizycznych, a jakiekolwiek smuteczki znikły.
pobyt na Mazurach zdecydowanie mi służy.

niedziela, 20 czerwca 2010

[74]. Krutynia.

pływaliśmy kajakiem.
super było.

piątek, 18 czerwca 2010

[72]. kibicowanie.

kibicuję od wczoraj rana moim tabletom s1.
japońska apteka przy klinice w Tokyo podała mi wuwuwu stronę spedytora oraz numer przesyłki do śledzenia.
ciekawa jestem, czy tablety dotrą do mnie przed rozpoczęciem chemioterapii, czyli do poniedziałku.
w o n t p i e m .

***

aktualizacja z popołudnia:
chemiodoktor napisał mi maila, że chemia może zacząć się dopiero w piątek 25 czerwca.
cóż, postaram się dożyć.
tymczasem udaję się na Mazury.

miłego łikendu, Ptysie.

czwartek, 17 czerwca 2010

[71]. święto.

nie zakwalifikowałam się do klinicznego programu badawczego.
laboratorium w Niemczech podało, że mój rak nie ma ekspresji ERBB2.
no i ch., nie będzie chemioterapii z lapatinibem w Centrum Onkologii.

***

widzę, jak niezręcznie jest ludziom rozmawiać ze mną o odchodzeniu.
a mnie niezręcznie jest nie rozmawiać.
nie lubię udawania.
a już szczególnie drażni mnie, gdy ktoś próbuje gasić mnie w rozmowie: no weź, już o tym nie mów, nie opowiadaj.
w moim życiu nie ma teraz nic ważniejszego.
i chcę, potrzebuję być z ludźmi, którzy umieją to zaakceptować.

***

dwa dni temu, po spotkaniu dotyczącym projektu, który jest bardzo, bardzo bliski mojemu sercu (jak tylko się urodzi, pochwalę się nim), jeden z uczestników spotkania, Robert, powiedział coś w stylu trudno się odnaleźć w rozmowie z tobą, gdy nabijasz się ze swojego umierania.
no tak. taka byłam, taka jestem. nabijam się. z siebie, z choroby. co innego mogę zrobić.
postaram się kpić póki starczy mi sił.

***

oczywiście nie ma co się ściemniać - jestem przy wyjściu, już prawie naciskam klamkę, już za chwilę przejdę przez próg na drugą stronę.
wiem o tym. i nawet Synek, w swoim mikrowymiarze, wie o tym. i Niemąż wie. i, kto jak kto, ale Babcia B. też.
ale jednocześnie żyję, żyję z całych sił i ignoruję chorobę.
i to jest bardzo, bardzo miłe.
takie intensywne.

myślę, że nawet umieranie można celebrować.

***

tydzień temu Magda, Mama Tomeczka odesłała nam kurierem zabawkę, którą mój Syn zostawił u Niej w domu.
dopiero dziś, podczas sprzątania samochodu, znalazłam kopertę, z piękną kartką w środku:


dziękuję! :*

***

obiecuję, że jak przejdę na drugą stronę, to będę na Was czekać.
przytrzymam Wam drzwi. podam kapcie. oprowadzę po obiekcie. pokażę gdzie jest kuchnia, gdzie ubikacja, gdzie są sypialnie.

i choć nie wierzę w Boga w kościele, w eucharystii, w księdzu, to mam wiarę, że Tam coś jest.
coś bez wątpienia dobrego.
jak powiedział Niemąż: tyle religii nie może się mylić.

środa, 16 czerwca 2010

[70]. komórka.

no lubię że w komórce jest aparat fotograficzny, lubię, lubię.

poniżej:
1. Giancarlo pozuje wieczorowo poro, przed myciem zębów:


2. Giancarlo w wersji dziecko brudne to dziecko szczęśliwe:

***

jak wykazał pomiar w M1, już nie jestem kobietą o idealnej wadze:

a może to urządzenie kłamie?
albo jestem za wysoka? :]

***

szczęśliwie udało się Niemężowi załatwić tomografię u pana doktora, którego tak bardzo nie cierpię za trafną hipotezę raka żołądka.
obawiam się, że jeśli znajdzie mi nowe ogniska choroby, będę go jeszcze mniej cierpieć.

wtorek, 15 czerwca 2010

[69]. codzienność.

wieczór. myjemy zęby i gadamy o minionym dniu.
- zastanawiałam się, że gdybym tak stała jak te dziewczyny, co stoją przy drodze nad Zegrze, to po jakim czasie zatrzymałby się jakiś samochód.
- kochanie, bez wątpienia po kwadransie maksymalnie.
- eee, no co ty.
- no serio, serio. myślę, że one mają bardzo czujnych alfonsów.

***

dziś kolejny dzień załatwiania tysiąca spraw, w tym - tomografii komputerowej.
przed rozpoczęciem chemioterapii muszę mieć zrobioną kolejną tomografię, tym razem klatki piersiowej, jamy brzucha i miednicy mniejszej.
próbuję się wkręcić do tego radiologa, którego tak mieszaliśmy z błotem, a który niestety wymyślił mi raka żołądka. tym bardziej chcę do niego, bo pracuje na tomografie sześćdziesięcioczterorzędowym.

i znowu będę pić kontrast.
bueee.

***

poniedziałek, 14 czerwca 2010

[68]. Wieliszew.

udało się!
donoszę, że znalazłam normalnych lekarzy, którzy nie robią problemów z leczeniem TS-1.
jak tylko dotrą do mnie japońskie tablety, zaczynam chemioterapię!

jupi!

***

ślicznie jest w Wieliszewie, nieszpitalnie.
parking obszerny (i pusty), budynek czyściutki, ładny; korytarze, gabinety i ubikacje też.
i wokół tak zielono. i Zalew Zegrzyński obok. i ta rozczulająca bliskość drogi na Mazury, do Agnieszki, Adama i Matyldy.

podsłuchałam rozmowy dwóch pacjentów: tu jest jak w pensjonacie.

***

oczywiście mam świadomość znaczenia terminu chemioterapia paliatywna.
wiem, że nie mam żadnych szans na wyleczenie.
no ale co z tego.
każdy dzień to wygrana!
:)

[67]. chemioterapia.

literka ch zasponsoruje ten tydzień, bo zaparłam się, że DAM RADĘ w tym tygodniu znaleźć onkologa - chemioterapeutę, który mi pomoże.

***

przy tej okazji surfuję i czytam:

1. o chemioterapii
http://zbysw.w.interia.pl/Web_1/chemioterapia_systemowa.htm (bardzo lubię tę stronę)
http://www.pacjenci.chemioterapia.pl/index.php?dzial=&mid=2&parent=1
http://www.onkonet.pl/dp_lek_pn.html

2. o walce z bólem
http://www.czytelniamedyczna.pl/nm_on30.php
http://www.onkonet.pl/dp_lek_pbol.html

właściwie to nic mnie nie boli.
a tak jeszcze właściwiej - bóle odczuwam i tu i tam, ale podjęłam decyzję, że to nieprawda i o ile nie zacznie mnie napierniczać mocno, to nie będę brać leków przeciwbólowych.
od dnia wypisania się ze szpitala po operacji, Niemąż na(p)sikał mi tramadolem pięć razy, z czego dwukrotnie dawkę poniżej zalecanej minimalnej.
traktuję niebranie albo ograniczenie środków przeciwbólowych (przy jednoczesnym sprawnym funkcjonowaniu, bez jakiegokolwiek kwękania) jako triumf ducha nad ciałem.

***

i o jeszcze jednym muszę Wam napisać.
to głupia sprawa, ale...
otóż powinnam przecież umierać, a mam energię, apetyt i dopisuje mi humor.

w sumie czuję się niezręcznie.
to jest tak jakbym każdego dnia oszukiwała przeznaczenie.
i co więcej - z każdym dniem bardziej.

niedziela, 13 czerwca 2010

[66]. turniej!


szykujemy mojego Syna do turnieju!
podobno jest jedynym dzieckiem w tym przedszkolu umiejącym grać w szachy, heh!

od dziś codziennie, obowiązkowo, dwie partyjki z mamunią i dwie z wujeczkiem.
trening czyni miszcza.

***

nie czuję się pewnie bez moich tybetańskich ziół.
albo to podświadomość płata figle albo przyzwyczaiłam do nich organizm.
poczekam do jutra i podejmę decyzję czy kontynuować branie, czy nadal przerwa.

sobota, 12 czerwca 2010

[65]. rozkmina.

po bardzo, bardzo, bardzo dobrej i długiej konsultacji u profesora w Krakowie zrobiłam definitywne podsumowanie odnośnie możliwości mojego leczenia, w tym - ewentualnej terapii neoadjuwantowej (i jej sensu lub braku).
tak czy inaczej jest teraz czas na zorganizowanie chemioterapii - 15 czerwca zacznę siódmy tydzień od operacji.

mam już pełną jasność odnośnie opinii Wielkich Specjalistów o najbardziej efektywnych metodach leczenia raka żołądka.
będę na własną rękę przyjmowała TS-1, o ile uda mi się ubłagać, żeby wlano mi dożylnie samą oxaliplatynę albo cysplatynę.

nie jestem zainteresowana chemioterapią capacitabiną (alias Xelodą) z pochodną platyny.
statystyki takiego schematu chemii jakoś mnie nie przekonują.
albo inaczej - przekonują do nieleczenia się tą metodą.
7% przeżyć w badaniu pięcioletnim to mało, za mało.
chcę w każdy możliwy sposób zwiększyć swoje nikłe szanse.

piątek, 11 czerwca 2010

[64]. konsultacja u profesora.

byliśmy.
dowiedzieliśmy się.
i wiemy.

***

kupiłam se perukę, zjawiskowe warkoczyki.
przyda się.
pozdrowienia z upalnego Krakowa!
byliśmy na przepysznym włoskim żarciu. mniam.

***

postanowiłam na kilka dni zaprzestać przyjmowania tybetańskich bobków.
chcę sprawdzić, czy organizm sam daje radę "ogarniać się".
ale oczywiście zachowam dietę.

czwartek, 10 czerwca 2010

[63]. bizneswomen.

siedzę teraz na spotkaniu, ale nie śledzę tematu.
przy mnie czterech mężczyzn analizuje ze skupionym wzrokiem jakieś schematy funkcjonalności, jeden przez drugiego coś tam sobie klarują, fado trzeszczy z głośników, za mną pani z panem nieporadnie flirtują nad kawą.

nie mam (chyba) nic już wspólnego z zarabianiem pieniędzy.
w krótkim czasie moje życie diametralnie zmieniło się.
(chyba) znikam.

jednocześnie nie czuję się komfortowo pasożytując z Synem na Niemężu i na Babci B.
ciężko mi jest się odnaleźć w tej sytuacji.

nie lubię bezczynności, chciałabym pracować.

***

podsłuchałam, że Niemąż nieźle się w życiu ustawił poprzez relację ze mną.
życzę tej osobie takiego samego ustawienia się.
i z góry współczuję.

środa, 9 czerwca 2010

[62]. jak zwalczyć raka.

raka zwalczyła (wg gawędy ginekologa, który mi go wykrył) pewna pani, która miała raka szyjki macicy. i pomimo zły prognoz, żyje w zdrowiu od trzydziestu lat.
wg innej opowieści, tym razem z Centrum Onkologii, to nie była pani, tylko pan i nie był to rak szyjki macicy, tylko jelita grubego. i ten pan żyje, również w zdrowiu, od czterdziestu lat.

a według mnie to nie była pani, to nie był też pan.
to był rower.
i nie miał raka szyjki macicy ani jelita grubego, tylko koszyk na zakupy.
i nie żyje od trzydziestu czy czterdziestu lat - bo przecież rowery nie żyją - tylko stoi w kącie w piwnicy, pokryty pajęczynami i kurzem.

oczywiście miło byłoby uwierzyć w te opowiastki, ale biliw mi, ja wiem na co jestem chora.
wiem, jakie są rokowania carcinoma solidum wychodzącego z żołądka.
znam statystyki.
wiem, jak się czuję.

***

przemiły pan docent w CO zaproponował chemioterapię (może być doustna, może być dożylna, może być podawana stacjonarnie, może być brana w domu) połączoną z (o ile wyjdzie w badaniu że mój rak jest wrażliwy na tę substancję) uczestnictwem w programie klinicznym GSK (nazywa się to A phase III study of ERBB2 positive advanced or metastatic gastric or esophageal or gastroesophageal junction adenocarcinoma treated with Capacitabine plus Oxaliplatin with or without Lapatinib).
badanie jest oczywiście podwójnie ślepą próbą.
dziś bloczki ze mnie pojechały do Niemiec na sprawdzenie, czy kwalifikuję się do tego badania klinicznego.

tak, pan docent zna te wszystkie zioła, tak, bez sensu jest ich branie.
pan docent nie zaleca żadnej diety (pytałam się o m.in. spirulinę).
nie, nie ma co się spieszyć z chemioterapią.
pan docent zadzwoni do mnie gdy przyjdą wyniki z Niemiec.

***

co pan docent sądzi o japońskim preparacie S-1?

otóż pan docent zna preparat, bo prowadził nad nim badania.
pan docent poleca.
bo to bardzo nowoczesny lek.
faktycznie, w tej sytuacji prawdopodobnie najlepszy z możliwych.

i cóż z tego, że dzięki zaangażowaniu przyjaciół Babci B. mam dostęp do leku w 24h w Warszawie z Japonii via RPA.

nikt mi go przecież nie poda, bo lek nie jest zarejestrowany w Polsce.

wtorek, 8 czerwca 2010

[61]. ewangelia wg św. Jana.

- mam pewną niewielką sugestię dotyczącą prania dołu od mojej piżamy - któregoś dnia, bladym świtem Syn wyłonił się w kuchni z gołą dupiną, trzymając w dwóch paluszkach wilgotne spodenki - jakoś się zasikała.

lubię być mamą.
tak.
lubię troszczyć się, dbać, tulić, miętolić, łaskotać, wycałowywać, dawać pierdziochy, tłumaczyć, ochrzaniać, wygłupiać się.

obserwuję Syna jak się rozwija, jak rozumie świat, który wspólnie tworzymy.

***

o rany, wszyscy się mnie pytają, co dzisiaj robiłem w przedszkolu, pfff. - Giancarlo skrzywił się do ojca przez skajpa - no karę dziś miałem z Oliwią, bo dziś na dworze robiliśmy do siebie miny idiotów.
po chwili namysłu dodał - ale to wszystko przez Krzysia, bo mnie zachęcał do przygłupiania.
i pożegnał się: dobra, ojciec laptopowski, tra ta ta ta kum kum kum muszę kończyć już rozmowę bo wychodzimy do sklepu.

***

opowiadał mi Niemąż, jak dziś nad ranem pojawił się w naszym pokoju Giancarlo i z nieprzytomnym spojrzeniem poprosił: wujeczku, ściągnij mi dzbanek z kredkami.
Niemąż zaczął się dopytywać po co, ale nie było odpowiedzi, tylko powtórzona dalej ta sama prośba. podał więc kredki.
Syn wyłuskał fioletową i pobiegł do swojego pokoju, do Pani Opiekunki: taką mi dziś załóż bluzeczkę.

***

nie mam siły pisać o wczorajszej wizycie w Centrum Onkologii.
inną razą opowiem.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

[60]. oj dana, dana.

podziękowania dla Niemęża za spisanie piosenki, którą usypiała Go Babunia:

rośnie nowotwór i rośnie, lewego płuca już brak
lekarze oraz lekarki zgodnie nucili tak:

hej nowotwór, jaki piękny, jaki cudny duży rak
z nim przeżyjesz chwile trudne nim cię w końcu trafi szlag
będziesz się czołgał i jęczał, bez morfinki z bólu wył
on cię jednak nie oszczędzi, w końcu w ziemi będziesz gnił.


(należy dodać, że Babunię toczył rak płuc, co piosence nadaje szczególnego uroku).

***

jadę dziś na konsultację do pana docenta w Centrum Onkologii.
jakbym ja chciała żeby mi powiedział, że nic mi nie jest.

niedziela, 6 czerwca 2010

[59]. życzenia wielkanocne.

Giancarlo sprząta swój pokój, Niemąż poszedł na rower, a ja wyrzeźbiłam kolejną pocztówkę w Ps.

[58]. długi weekend.

nigdzie nie wyjechaliśmy na długi weekend.
służbowa fura zrobiła spektakularny kaput de dej bifor dis łikend na środku ulicy (wiozłam ją właśnie do ASO, pewnie się przestraszyła serwisowania), a prywatna musi poczekać do poniedziałku na stempelek w zaprzyjaźnionej okręgowej stacji kontroli pojazdów.

jeździmy więc tylko po okolicznej okolicy, ciesząc się, że włoskie samochody w przeciwieństwie do francuskich jeżdżą nieporównywalnie ciszej, że nie włączają z własnej inicjatywy wycieraczek, że można w nich otworzyć szyby kiedy się chce i również kiedy się chce można szyby zamknąć, że do otwierania drzwi nie potrzeba zawiesić się na klamce obiema dłońmi i że do zamknięcia drzwi nie trzeba kopniaka z półobrotu.

wczoraj odwiedziliśmy okoliczny basen.




sobota, 5 czerwca 2010

[57]. Walentynki.

wydziubałam w nocy w Fotoszopiu skrapbukową kartkę okolicznościową (w oryginale waży kilkanaście ton, tutaj zamieszczam wersję light).

Anusi i Jasiowi, którzy dziś w południe wezmą ślub życzę, żeby mieli Walentynki przez cały rok, całe życie.
pomyślności, dzieciaki!

piątek, 4 czerwca 2010

[56]. oto.

dziś mija miesiąc od operacji.
nadal żyję, nawet nieźle, a rak wręcz jest kwitnący (tknięta przeczuciem zbadałam go dziś sobie w szpitalu - fantastycznie się rozwija; chyba mu jakieś imię nadam, żeby go bardziej spersonalizować, a jego zdjęcia z tomografii zacznę nosić w torebce).

no więc żyję.
żyję i staram się nie reagować na porady i komentarze o tym co powinnam lub nie powinnam (przeprowadzić się, iść na rentę, pracować, jeździć na rowerze, ufarbować włosy, uprawiać seks, być na diecie, pić zioła, przyjmować chemioterapię).

staram się nie widzieć żałośnie poczciwego dystansu z jakim się mnie traktuje.
staram się.
staram się nie zauważać.

ale któregoś dnia, jak umrę, kruca bomba, przysięgam! będę straszyć!
pootwieram wszystkie szafy, szafki i szuflady i porozrzucam rzeczy po podłodze, będę skrzypieć parkietem i drzwiami, schowam klucze od samochodu do zamrażalnika, a klucze od domu do samochodu. zepsuję krany, żeby wiecznie ciurkały po kropelce, spalę twarde dyski komputerów i zgubię telefony komórkowe, powydłubuję misiom i lalkom oczka, a samochodzikom - koła. skrzywię ramy rowerów, motocykli i skuterów. spalę, zgniję, spleśnieję i zjełczeję jedzenie. i wysuszę trawniki na wiór. i zaglonię oczka wodne, sadzawki i baseny. zapchlę koty i psy, zagrzybię rybki i stopy.

a tymczasem staram się z kamienną twarzą i z w miarę neutralnym głosem uczestniczyć w złych rozmowach.

czwartek, 3 czerwca 2010

[55]. apejrofobia.

Giancarlo jest w szachu - w domu pojawił się wielki telewizor, a w nim tysiące pożądanych kanałów.
i jak tu teraz nie zjeść ładnie obiadu? haaa!

telewizor został kupiony na okoliczność (jak to ujął mój idol - onkolog z Szaserów) powolnego gaśnięcia w przeciągu kilku miesięcy.
uznałam, że oglądanie telewizji jest jednak w pewnych sytuacjach dobrym sposobem na spędzanie czasu.
co prawda całe życie się przed tym wzdragałam, ale przecież tylko krowy nie zmieniają poglądów.
gdy będę już zbyt otępiała i słaba żeby czytać, pisać, surfować, rysować czy rozmawiać, wówczas mulenie się przed tiwi będzie odpowiednią (i być może jedyną) formą aktywności intelektualnej.

***

oto praca Syna z dzisiejszego poranka.
ma pięć i pół roku, a rysuje jakby miał dwa.
nie ma biedactwo talentu plastycznego, oj nie ma.
Jego prace są schematyczno - techniczne.

zdziwiona obserwowałam, jak Giancarlo oglądał dziś z zafascynowaniem Discovery Science.
piewszy program był o produkcji samochodowych gumowych dywaników i wycieraczek, drugi był o technologii powstawania muszli klozetowych (forma, wypalanie, szkliwienie itede).
gdy chciałam przełączyć, nieśmiało wyszeptał a mogłabyś mamusiu zostawić, bo to takie ciekawe.
ech, rośnie mężczyzna...

środa, 2 czerwca 2010

[54]. Adolf i roboty drogowe.


***

grzmi i pada. uwielbiam deszcz i burzę.
uwielbiam zapach ozonu w powietrzu.
uwielbiam wsłuchiwać się jak deszcz uderza o szyby i parapety.
niech leje przez cały dłuuuuugi weekend!

***

powiedziano mi dziś, że za sprawą mojego bloga doktor Tenzin ma od tego tygodnia o pacjenta więcej. życzę tej osobie dużo zdrowia, przynajmniej tyle, ile ja mam dzięki Jego ziołom i diecie.
porady Tenzina to truizmy: nie jeść cukrów prostych, białej mąki, nie pić kawy, prowadzić regularny tryb życia, jadać o stałych porach ciepłe posiłki, które samemu się przyrządzi, zasypiać maks. o 23.00 itp.

nie wyobrażam sobie nikogo zdrowego żeby chciał zastosować się do tych porad.

***

dziś Gagatka ma urodziny.
Stooo laaaat!

wtorek, 1 czerwca 2010

[53]. Jaguar.

zarejestrowałam się dziś w Centrum Onkologii na Roentgena, siedzibie głównej łysych głów, pergaminowych twarzy, zbolały spojrzeń, opuchniętych i wychudzonych ciał, przygarbionych pleców i szurających stóp.
w przyszłym tygodniu pójdę tam na konsultację do pewnego docenta, który zaproponuje optymalną metodę exodusu życia z ciała.

na okoliczność tę zapodam tu i teraz pieśń, którą skanduje Niemąż, gdy jest mi smutno i źle.

a Wy, moi mili, weselcie się czym się da, póki się da.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga