niedziela, 30 września 2012

[895].

piękna była dziś pogoda!
pomimo kończącego się w okolicy maratonu i związanych z nim utrudnień w ruchu drogowym oraz bolicosiów różnych, udało się nam dojechać do Ogrodu Botanicznego.

główny punkt programu, czyli wizyta w oranżerii, został odhaczony.



na trawniku przed szklarniami Syn kręcił się aż do zawrotów w głowie i turlania się po trawie.


potem posiedzieliśmy w Grill Barze, pożułam razem z Synem pieczonego ziemniaka z folii, pochrupaliśmy słonych paluszków.
następnie chciałam dotrzeć do Tajemniczego Ogrodu, żeby pohuśtać się i do warzywniaka na oglądanie dyni, ale rezerwa się włączyła - musieliśmy zawrócić do samochodu.
ledwo wsiadłam, zasnęłam.

było krótko, ale wspaniale.

***

wieczorem uczyliśmy się angielskiego. sprawdzian się zbliża.
uczeń pilny, pojętny, więc jak zwykle było miło.
do czasu.
do czasu aż przypadkowo zajrzałam do zeszytu korespondencji.
a tam, jak wół stoi: dary jesieni na poniedziałek.
pytam się, więc - kolorowe liście mamy zbierać teraz, po ciemku? czy żołędzie?
a Syn na to, skruszonym głosem - to może ja warzywo jakieś zaniosę?

sobota, 29 września 2012

piątek, 28 września 2012

[893].

mili Czytacze,
towarzyszycie mi od marca 2010. wówczas przypadkowo wykryto u mnie raka.
od tamtego czasu przeszłam cztery operacje, ponad piętnaście kursów chemii, dwadzieścia jeden seansów teleradioterapii, cztery zabiegi brachyterapii.
w efekcie guz pierwotny został wycięty, zaś przerzuty - częściowo usunięte, częściowo - powstrzymane.
choroba jednak rozwija się nadal, zajmując kolejne obszary.
operacje, chemie i naświetlania sprawiły, że nadal tu jestem, ale obiektywnie rzecz ujmując, jakość życia jest niska.
z każdym miesiącem jest gorzej. za jakiś czas będzie gorzej z każdym tygodniem, a potem - z każdym dniem.
sprawdziłam: tak ta choroba wygląda.
tak jest i już.

czyli: któregoś wieczoru posta nie napiszę.
nie będzie go też nazajutrz, ani dnia następnego.

tymczasem jestem.
i dziękuję, że co wieczór wpadacie mnie odwiedzić.
póki jestem, spędźmy pozostały nam wspólny czas w dobry sposób.

apeluję do Waszego rozsądku, nie żryjcie się.

czwartek, 27 września 2012

[892].

dziś był dzień odwiedzin.
przyjemnie jest móc przyjmować gości na leżąco.
gości, którzy sami się obsłużą, a jeszcze i mnie przyniosą herbaty z cukrem.
a do tego w każdej chwili można Im powiedzieć: przepraszam, koniec audiencji, teraz będę spała!

prócz zamawianych i zaproszonych przyjaciółek, z niezapowiedzianą wizytą przybył ojciec dyrektor mojego ośrodka hospicyjnego.
długo rozmawialiśmy.
powiedział, że widać po mnie, że jestem szczęśliwa i pogodzona z życiem.
nie wiem, czy to można dostrzec.
ksiądz dyrektor pewnie jednak wie coś na ten temat - pod Jego opieką pozostaje ponad czterystu pacjentów, a hospicja prowadzi od wielu lat.

a tymczasem z każdym dniem jest lepiej.
szew na brzuchu już prawie nie dokucza, plastry przeciwbólowe chronią wystarczająco, nie miałam trudności z nauczeniem się jak wymieniać wór.
a dziś wieczorem udało mi się towarzyszyć Synowi w wieczornej kąpieli.
ale jestem z siebie zadowolona!

środa, 26 września 2012

[891].

wieczorem jeden z azorków przestał odbierać mocz.
przeraziłam się - od razu wyobraziłam sobie, że wypadł albo zatkał się dren, że trzeba będzie na urologię, pruć, łatać i cerować.
powstrzymałam emocje, pomerdałam sznurkiem na boki, azorek wypełnił się.
dren nie działał, bo - jak sądzę - dotykał do ścianki nerki.
wystarczyło trochę pokiwać sznurkiem na boki, a azorek wypełnił się.
nie obeszło się jednak bez cewnikowania.
z rąk przyjaciółki chirurga łatwiej znieść takie cierpienie.
jak ja wiedziałam, z kim się zaprzyjaźnić.

wtorek, 25 września 2012

[890].

- czy to nie zastanawiające, że gdy rodzi się człowiek, płacze rozzłoszczony, zaś wszyscy wokoło się cieszą, a gdy umiera - wszyscy płaczą, a on uśmiecha się spokojny. - powiedziała Ania, moja hospicyjna pielęgniarka.
i dodała - pomyśl - nie przechowujemy wspomnień z pierwszych dwóch lat życia. ciekawe, czemu.
może wówczas mamy jeszcze wspomnienie tego, co działo się wcześniej?

ha! też się wiele razy nad tym zastanawiałam.

poniedziałek, 24 września 2012

[889].

znikła twarz.
może wróci, ale raczej oceniam to wydarzenie jako nieuchronną składową misterium.

niedziela, 23 września 2012

[888].

o, jakie ładne czy bauwanki w tytule posta!

***

usprawniam się.
daję już radę powoli przekręcać się na boki w pościeli.
och, jakież to przyjemne!

***

złożyła nam dziś wizytę Lumpiata z Synem, wczoraj była Wróbel z Miłym i Córeczką.

lubię takie spotkania, choć właściwiej byłoby napisać, że  t y l k o  takie spotkania lubię.
lubię uczestniczyć w rozmowie, gdy ludzie potrafią mówić i umieją słuchać.

cieszy mnie, że Syn też lubi rozmawiać.
pamiętam jednak, że kładzenie podwalin było czasem trudne dla mnie emocjonalnie (chyba nie pisałam do tej pory o tym na blogu).

w zamierzchłych czasach, będąc adeptem sztuki mówienia, około szesnastego - siedemnastego miesiąca życia, Pulpet ukochał kolejnictwo.
niestety, w okolicy sieć kolejową mamy rozbudowaną.
prócz lokomotywy do ciągania na sznurku, drugiej - gumowej - do obśliniania rozmiękniętymi chrupkami kukurydzianymi, zagadnienie było eksplorowane w realu.
sondowanie rozpoczynało się bezpośrednio po wejściu do auta mantrą powtarzaną co dwie minuty- czy zobaczymy dziś pociąg(i) osobowe czy towarowe, w jakich będą kolorach.
jeśli jechał pociąg, temat załatwialiśmy raz - dwa.
- pan dróżnik zamyka szlaban.
- tak Synku, zamyka.
- zamyka. szlaban świeci i dzwoni.
- tak, Synku, najeżdża pociąg.
- maa-ma, nie ma pociągu.
- zaraz nadjedzie.
- mama, nie ma pociągu.
- cierpliwości, Synku, zaraz nadjedzie, dlatego pan dróżnik zamknął szlaban. stoimy przed zamkniętym szlabanem i czekamy.
- pociąg, jedzie pociąg.
- tak Synku, jedzie.
- stoją samochody, pociąg jedzie, pan dróżnik zamknął szlaban.
- tak Synu, czekamy na otwarcie szlabanu.
- szlaban jest zamknięty.
- Synku, czekamy na otwarcie szlabanów.
- dróżnik szlaban otwiera, pociąg nie jedzie, samochód jedzie.
- tak, Synu, samochody muszą poczekać na otwarcie szlabanów przez pana dróżnika.
- nie wolno jechać, pan dróżnik szlaban zamknął.
- tak Synku, nie wolno. dlatego szlaban został zamknięty.
- a kiedy teraz pan dróżnik zamknie szlaban?
- gdy będzie jechał pociąg.
- maa-ma, nie ma pociągu.
- Synku, teraz nie jedzie, właśnie pojechał.
i takśmy sobie konwersowali przed każdym przejazdem kolejowym - strzeżonym, niestrzeżonym (maa-ma, gdzie jest pan dróżnik?), z dworcem pasażerskim (mama, patrz, ludzie!), z uszkodzoną sygnalizacją dźwiękową (a dlaczego nie działa?).
każdym!!!

szczęśliwy to był dzień, gdy pociąg nie nadjeżdżał.
- nie ma pociągu. dlaczego nie ma pociągu? - Syna dopadało trans-rozczarowanie.
a mnie kamień z serca spadał, że udało się mi przemknąć do Babci B. bez rozmawiania do ochrypnięcia o pociągu, szlabanie i dróżniku.
hi, hi, hi.
zła matka, złaaa.

sobota, 22 września 2012

[883]. do [887].

między poniedziałkiem a sobotą upłynęło kilka dni.
jak zauważyliście, zanikłam.
w tym czasie poleżałam parę godzin na stole operacyjnym, wessałam hektolitry kroplówek oraz porobiłam różne zabawne rzeczy według instrukcji lekarzy, pielęgniarek i salowych.

a Wy, co w tym czasie robiliście?
czy może byliście na spacerze w poszukiwaniu jesieni?

poniedziałek, 17 września 2012

[882].

Niemąż zawiózł mnie rano na konsultację do profesora.
na pytanie, co mamy dalej robić, profesor powiedział: nic już nie można. taka wredna choroba do walki się akurat pani trafiła. trzeba czekać.

jechaliśmy i, gdy już minął ból po badaniu, było cudownie.
gorące jesienne słońce grzało mi nos przez szybę auta, drzewa mieniły się tysiącem odmian zieleni, żółci i rudości, zaróżowione i poczerwieniałe bluszcze pięknie wiły się na pniach.
to była wspaniała przejażdżka.

a teraz wracam odwiedzić mój szpital.
bądźcie ze mną, z nami w myślach.


ps.
Niemąż powiedział mi właśnie, że mam napisać, że On mnie kocha.
więc piszę: ludzie, Niemąż mnie kocha!
chrum!

niedziela, 16 września 2012

[881].

dookoła prawie wszyscy wiedzą, jak mi pomóc.
chlipnięcia, westchnięcia, komentarze.
mimo zamkniętych drzwi pokoju czy szpitalnej sali głos się niesie.
leżę i słyszę. słucham i leżę.

musisz walczyć.
nie możesz się poddać.
jeszcze się przetoczy krew, dożywisz się i pójdziesz na kolejną chemię.
od początku źle się leczysz.
musi ci zależeć, dziecko masz.

bla, bla, bla.

***

gdy w piątek popołudniu Niemąż przyprowadził mnie z karetki z trzema torebusiami, Syn - po wykonaniu ostrożnego tańca radości - zapytał - a kiedyś ci je wyjmą?
zgodnie z prawdą odpowiedziałam - nigdy.
przysiadł na brzeżku łóżka i powiedział: to znaczy chyba, że jesteś coraz bardziej chora, prawda? nie lubię, że jesteś chora, bo pamiętam czasy, gdy byłaś zdrowa.
ale cieszę się, że jesteś z nami w domu, bo bardzo za tobą tęskniłem.
i cieszę się, że żyjesz.
i żyj, ile dasz radę, dopóki będziesz miała siłę, bo bardzo cię kocham.


***

a tymczasem pod rządami Niemęża Syn przeczytał w ten łikend swoją pierwszą obowiązkową lekturę szkolną.
wspaniale mi widzieć, jak są ze sobą zżyci.
mają swój metajęzyk, własny regulamin funkcjonowania.
wiem - gdy odejdę, ten świat się jakoś rozpadnie, ale póki jestem, karmię się naszym domowym spokojem i szczęściem.
zaś, ku zdumieniu Syna, Voldemort przysłał esemesa jeśli z mamą jest gorzej, to możesz do mnie zadzwonić i o tym porozmawiać, bo ja jestem w Hiszpanii.
Syn sarknął - a tato czemu sam nie zadzwoni? a ja po co miałbym dzwonić? co on mi przez telefon poradzi? ucieszy się, że z mamą gorzej? i będzie mnie straszył, że mnie od niej zabierze?
ręka do góry, który troskliwy ojciec wyjechałby pobawić się na turnieju flipperowym, wiedząc, że dziecko może potrzebować wsparcia?
znam odpowiedź: taki, który wie, że może całkowicie polegać na ojczymie.
i taki, który jest uzależniony od hazardu.

***

za dwa tygodnie w Wysokich Obcasach ukaże się rozmowa Alinki Mrowińskiej ze mną o Jasiu i o umieraniu.
a potem czekać będzie na Was przepiękny film o mnie i mojej rodzinie.


a teraz - dobranoc.
śpicie spokojnie.

sobota, 15 września 2012

[880].

uzupełniam wpisy wstecznie - w niedzielę.

nie mam nic do napisania konstruktywnego.
jestem wcieleniem cierpienia i bezradności.
taka walka o życie to pomyłka medycyny.

piątek, 14 września 2012

[879].

uzupełniam wpisy wstecznie - w niedzielę.

w piątkowe popołudnie dostałam wypis ze szpitala specjalistycznego i skierowanie do szpitala powiatowego.
karetka zawiozła mnie do domu.
schowałam się w pościeli.

czwartek, 13 września 2012

[878].

uzupełniam wpisy wstecznie - w niedzielę.

czwartkowym popołudniem, po przewiezieniu karetką ze szpitala powiatowego do specjalistycznego, stałam się właścicielką kolejnych dwóch torebek, w tym pierwszej - zamontowanej prawie na żywo.
czy to była próba oszczędności na podanej ilości znieczulenia, czy na czasie zabiegu - nie wiem.
nie omieszkałam wysyczeć panu doktorowi, że drugiej nerki nie nakłuwamy, dopóki pan doktor nie zastanowi się, jak to zrobić bezboleśnie.
musiał się zastanowić, bo montaż drugiej torebki już tak nie bolał.

środa, 12 września 2012

[877].

blogger ma taką funkcję, że można zaplanować kiedy pojawią się wpisy.
sprytne, co?
:>

wtorek, 11 września 2012

[876].

pamiętajcie o krwi dla mnie.
a ja idę poleżeć trochę w szpitalu.
pa,pa.

poniedziałek, 10 września 2012

[875].

popsuły się całkiem parametry morfologii.
dostałam skierowanie na przetoczenie krwi.
jeśli zechcielibyście pomóc oddając mi Waszą krew, będę szczęśliwa.

karteczki proszę słać do Szpitala w Wołominie, pod numer faksu (22)7633180
z dopiskiem - Joanna Sałyga.
dziękuję.

ps.
napisał do mnie Tomasz, tato Jasia.
bardzo dziękuje za Waszą pomoc, mają już wystarczającą ilość krwi.

niedziela, 9 września 2012

[874].

a skoro już regulować sprawy, to po całości.
meble oraz fugi wyszorowane, pralka odkalgoniona.
dokumenty i kosmetyki uporządkowane.
paznokcie obcięte, przedziałek uczesany.
pora przyszła na Voldemorta.

zgodnie z propozycją sądu, bom miła i grzeczna, mediuję z Voldemortem.
przez mediatora.
mediator z urzędu, ale trafił się: wiekiem słuszny, więc doświadczony - to po pierwsze.
po drugie - materiały sążniste publikuje o mediowaniu. a skoro z wieloletniej analizy udało się zrobić syntezę, która została spisana, a którą - co ważniejsze - dobrze się czyta, więc tuszyłam, iż mam nadzieję.
zygu - zygu, marcheweczka.

na pierwszym spotkaniu określaliśmy wzajemne oczekiwania.
Voldemort przemówił, że chciałby, żeby było normalnie. włączyła mi się czujka alarmowa. i świeciła światłem ciągłym nieprzerwanym przez sto dwadzieścia minut, bo jakby nie to jest przedmiotem toczącego się postępowania sądowego.

na drugim spotkaniu czujka od beznadziei rozżarzyła się: dowiedziałam się, że uniemożliwiam kontakty z Synem.
Voldemort zaprezentował cztery harmonogramy do wdrożenia na twardo:
a) harmonogram stały - zawsze po lekcjach w te trzy dni tygodnia, zawsze w te dwa łikendy (liczone - cha, cha, cha - od piątku, godz.16.00 do niedzieli, godz.20.00), zawsze tyle w święta i Sylwestra, zupełnie mało w wakacje i całkiem nic - w ferie
b) harmonogram ad hoc - cioci urwało stopę, zdechł kanarek, więc Voldemort pobiera natętychmiast Syna celem przeżyć wspólnych
c) harmonogram widzimisię zwany również nie znasz dnia ani godziny: Voldemort właśnie przechodzi pod murami naszej kamienicy, łokciem zahacza o nasz domofon, celem zaspokojenia fali miłości ojcowskiej udostępniamy Syna nie bacząc na odrabianie lekcji, posiłek, gości w domu ani warunki meteorologiczne
d) harmonogram telefoniczny - Syn musi zawsze odbierać wszystkie połączenia od Voldemorta, nie wolno Synowi rozmawiać przez telefon w naszej obecności, nie wolno nam przerywać rozmów i nie możemy nic do siebie/do Niego mówić, gdy Syn rozmawia z nim przez telefon.
i ja - jeśli tak wygląda normalnie - bom miła i grzeczna - przystaję ochoczo na te warunki.
pod warunkiem respektowania jednego mojego warunku: Syn ma być traktowany godnie. z szacunkiem, uczciwie (ciekawam, jak sąd to może wymóc).
ergo, jak powiedział ślepy koń przed wyścigami, nie widzę żadnych przeszkód.
nie widzę żadnych przeszkód - prócz chęci Giancarla i mojej wątpliwości, czy wszyscy tak samo rozumiemy zwrot żeby było normalnie oraz czy powszechnie znane jest pojęcie godnego traktowania.

a tymczasem czujka świeci beznadziejnie intensywnie, gdy rozmyślam o kolejnych mediacjach.
teraz Voldemort powiadomił mediatora, że nie może stawić się między 12 a 18 września, bo niestety. nie może. będzie. w trasie. pracował. jako kierowca.
zaś na forum Polskiego Stowarzyszenia Flipperowego omawia szczegóły wyjazdu na turniej w Madrycie w dniach od j.w.
a ostatnio, w sierpniu, też nie miał czasu. był zapracowany. na turnieju flipperowym w Kołobrzegu.

nie pojmuję, o co tu chodzi - czy ktoś tu się wstydzi swojej pasji?
lecz przede wszystkim: czy ja aby nie tracę czasu i pieniędzy na beznadziejnej (dosłownie!) mediacji?

sobota, 8 września 2012

[873].

w oczekiwaniu na wynik badania PET, w ramach porządkowania spraw wszelakich pod kątem poszukiwań dalszego leczenia, które może wymagać nakładów pieniężnych, zajęłam się m.in. sprawami wiążącymi mnie z Fundacją Rak'n'roll.

jak pamiętacie, od sierpnia 2011 roku jestem podopieczną Fundacji.
wtedy Fundacja zaoferowała mi pomoc w zbieraniu pieniędzy, proponując np. druk ulotek o zbiórce. postanowiłam jednak zadziałać samodzielnie, zdając się na nieskończone możliwości internetu.
w ubiegłym roku wynikła niezręczna kwestia wpłat Lilki, która twierdzi, że kilkukrotnie dokonywała na konto Fundacji wpłat dla mnie. wówczas Fundacja sprawdzała, czy dane takiego darczyńcy pojawiły się; pisemnie powiadomiono mnie (i Lilkę), że nigdy nie otrzymano takich przelewów.
w ostatnim czasie przekazaliście mi kilka innych Waszych zgłoszeń o trudnościach komunikacyjnych różnego typu w kanale fundacja - Chustka, spowodowanych, jak sądzę, brakiem opiekuńczej dłoni Matki Założycielki (mam tu na myśli m.in. kwestię koncertu charytatywnego, maratonu, kalendarzy itd.).
pragnąc uporządkować i wyjaśnić różnego rodzaju zdarzenia, ustaliliśmy z Jackiem Maciejewskim, nowym prezesem Fundacji Rak'n'roll, że zostanie mi m.in. umożliwione sprawdzenie wpłat.
w związku z powyższym zwracam się do Was z pytaniem: czy ktoś z Was, kto dokonywał dla mnie wpłat, życzy sobie potwierdzenia kwot, które przelał? jeśli tak, proszę o maila, w którym proszę o: imię, nazwisko darczyńcy, datę i kwotę wpłaty; a gdy tylko dotrę do stosownych papierów, niezwłocznie otrzymacie informacje zwrotne.

piątek, 7 września 2012

[872].

w komentarzach trolli regularnie pojawiają się impertynencje o zabarwieniu seksualno- erotycznym.
zastanawiam się, z jakimi ograniczeniami w tej dziedzinie trzeba się zmagać, by takich argumentów używać, gdy próbuje się dokuczyć.
a może nie o problemy seksualne tu chodzi? może ogólnie chodzi o seks jako taki; erotyka, seks czyli tabu.

patrzę na mojego Syna i proszę dobre duchy, by On miał lepiej poukładane w głowie.
co prawda, odkąd się urodził, pracuję nad Nim, by traktował seksualność naturalnie, ale kto wie? może natrafi na spaczonych mentalnych trolli, którzy naopowiadają Mu głupot, że od onanizowania wysycha rdzeń kręgowy, że z prostytutką to nie gwałt, a za pierwszym razem nie trzeba się zabezpieczać, bo ciąża nie grozi...
bo, proszę państwa, rozważmy: przecież taki troll, zanim zakupił komputer z dostępem do internetu, by następnie wejść na mojego bloga pisać o tym, że ja i Czytacze jesteśmy (pisownia oryginalna) "niedopchnięci i zdradzeni o świcie", pisać o sobie trollicowatej samej, iż "Nie cierpię na brak chuja. A na dwa baty jakoś mnie nie kręci. Mąż wystarcza mi w zupełności.", był kiedyś dzieckiem, nastolatkiem, z którym ktoś jakoś rozmawiał - w tym - na te tematy, zaś echo ówczesnych rozmów-nierozmów stanowią dzisiejsze wypowiedzi trolla na blogu...
ałaa...

a może nie? może nikt z nim nie rozmawiał? i to na żaden temat?
ha! czy wiecie, że przeciętna polska rodzina rozmawia ze sobą codziennie mniej niż dziesięć minut?
czy wiecie, że jeśli my - Chustka, Niemąż i Giancarlo - rozmawiamy ze sobą codziennie po trzy godziny, to znaczy, że statystycznie przypada na nas koło dwudziestu domów, w których nie rozmawia się wcale?!

więc rozmawiamy, rozmawiamy.
uwielbiamy rozmawiać.
i tak samo jak rozmawiamy o ostatnim odcinku Galileo obejrzanym u Babci B., o lepieniu suszi wg receptury Giancarla, o Gwiezdnych Wojnach i o tym, że Vanessa była na wakacjach w Turcji, tak samo rozmawiamy o Bogu, umieraniu, seksie.
każdy temat jest dobry.
jest pytanie - jest odpowiedź.
przez te kilka lat macierzyństwa zbadałam, że dziecko nie zada pytania ponad swoje potrzeby.
i nie jest zainteresowane odpowiedzią ponad to, co je interesuje.
wystarczy więc tylko wsłuchać się w pytanie, by poradzić sobie z odpowiedzią.
druga sprawa - dla dziecka nie ma tematu tabu, a ciekawość nie zna barier.
brak osadu uprzedzeń poważnie zobowiązuje. z jednej strony stwarza nieograniczone możliwości, ale jednocześnie obciąża moralnie: uczestniczenie w tworzeniu podwalin poglądów to nie byle co.
tak więc rozmawiam, rozmawiam, rozmawiam.
lepię bazę pod Jego horyzont.

ale jestem ciekawa, kim się staje!

każdego dnia Go odkrywam, każdego dnia mnie zdumiewa.
i zachłannie marzę o tym, by było nam dane spędzić razem jeszcze z rok.
a potem następny.
i jeszcze chociaż z pięć.
albo dwadzieścia pięć.

czwartek, 6 września 2012

[871].

kochani,
jest potrzebna krew dla Synka mojego serdecznego przyjaciela ze studenckich czasów.



Tomasz, Tato Jasia, tak pisze w apelu o krew dla Synka:

Na początku wakacji Jaś uległ poważnemu wypadkowi na rowerze. Od tego czasu leży w szpitalu i potrzebuje m.in kolejnych porcji krwi.
-> Jak oddać krew?
-> Gdzie mogę oddać krew? 

Prosimy o dopisek:
"Jan Staśkiewicz"
Centrum Zdrowia Dziecka
Klinika Gastroenterologii



adres:
Instytut "Pomnik - Centrum Zdrowia Dziecka"
Klinika Gastroenterologii
Al. Dzieci Polskich 20, 04-730 Warszawa
faks: (22) 815 73 82



uwaga:
- grupa krwi nie ma znaczenia, ponieważ CZD podaje tę, którą ma zbadaną, a tę, którą otrzyma od Was bierze do zbadania; tak więc istotne jest ile jednostek krwi odda się Jasiowi, a nie - czy jest to dokładnie Jego grupa;
- krew możecie oddać w całej Polsce w punktach krwiodawstwa, należy zaznaczyć, że krew jest dla Jasia, wówczas dostaniecie karteczkę - zaświadczenie, którą przekażecie Tacie Jasia (że nie wspomnę o tabliczce czekolady).


z góry wszystkim dziękuję za pomoc.

środa, 5 września 2012

[870].

zrobiłam PET.
wynik za tydzień.

gdy czekałam na badanie, przyszedł pan profesor Stanowski.
mile zdziwiłam się, że mnie kojarzy (- o, dziecko, ja cię pamiętam, jak tam ci bez żołądka?), chwilę więc porozmawialiśmy, przytulił mnie, ucałował.

bardzo, bardzo lubię profesora.
marzyłabym o takim ojcu czy dziadku.
Ksena, którą też On operował, wiem, że żywi do Niego uczucia podobne do moich.
pan profesor jest taki, że gdybym miała jeszcze jeden żołądek, nie zawahałabym się dać ponownie zoperować. i jeszcze raz, i jeszcze. i jeszcze.



wtorek, 4 września 2012

[869].

dzięki Waszemu zaangażowaniu, Niemąż zajął I i III miejsce w koszulkowym konkursie piwnej marki.
wydawać by się mogło, że nagradzanie projektów osób, które mają największą ilość znajomych w sieci jest dziwne. z drugiej strony jednak, dzięki takim zasadom konkursu, w kilka dni fanpejdżom Grolscha wzrosła o jakieś trzy-cztery tysiące liczba lajknięć. ciężko byłoby w inny sposób pozyskać tyle adresów w tak krótkim czasie, a i pewnie na jakiejś świadomości zwaną ałornes marce zależy.

napominam jednak: konkurs już się zakończył, a piwo - nawet najsmaczniejsze - jest rakotwórcze, pora więc odkliknąć lubię to!

***

Syn jest przeszczęśliwy z powrotu do szkoły.
- zapisałem się na kółko teatralne.
zamurowało mnie. powszechnie znana jest Jego niechęć do publicznych występów, wstręt wobec chóralnych śpiewów i deklamacji.
zanim dopytałam się, jak i komu udało się Go namówić, odpowiedział sam z siebie.
- bo wiesz, na takim kółku teatralnym dowiem się, jak się robi różne efekty specjalne. wiesz, wybuchy, błyski.

poniedziałek, 3 września 2012

[868].

udało się!
byliśmy na rozpoczęciu roku szkolnego.

***

rok temu pisałam:

"zdumiewające: dożyłam.

minął rok.
raka właściwego już nie ma - są za to dorodne przerzuty.
włosów też nie ma, ale jest za to piękna beatakozidRak.
przedszkolak zamienił się w ucznia.
Niemąż - w nie Niemęża.
wspomnienie po psie - w kota.
38 - w 34.


ciekawe, jaki będzie 1 września za rok.
ciekawe, co i jak się zmieni.
czekam."



więc, jakie mamy zmiany?
niewiele ich, na szczęście.
przerzuty są: może tylko te sprzed roku, wysmażone. a może są też nowe? czekam na PET-a, poznam odpowiedź.
stan cywilny oraz liczbowy domowników oraz zwierząt - bez zmian.
tryby maszyny edukacyjnej na dobre wessały Syna. mimo moich lęków i wątpliwości, okazało się, że przejście z pięciolatków do pierwszej klasy, z pominięciem zerówki, w żadnym stopniu Go nie upośledziło.
włosy odrosły. wagi nie przybyło, za to doszła torebusia.


nie pozostaje mi napisać nic innego niż CZEKAM NA WRZESIEŃ 2013.
oby się udało...

niedziela, 2 września 2012

[867].

są takie znajomości, które rodzą się przypadkowo, ale trwają z zamysłu.
znajomość z Aliną jest jedną z nich.
poznała nas Magda Prokopowicz.
pewnego dnia, gdy czekałam na smażenie w Centrum Onkologii, podeszła do mnie Alina. rozpoznała mnie, bo czytała bloga. a bloga znała, bo Magda opowiedziała Jej o mnie.
chwilę porozmawiałyśmy, ale musiałam wchodzić na naświetlanie. Alina zechciała poczekać na mnie.
po zabiegu przycupnęłyśmy na parę godzin na korytarzu, rozmawiając jak serdeczne znajome.

od tamtego czasu tak wiele się wydarzyło, a my jesteśmy blisko, niemal codziennie kontaktujemy się ze sobą, dzieląc się drobiazgami.
dziś spotkałyśmy się w naszej ulubionej restauracji - w Różanej.
miałyśmy stolik na dworze, fontanna szemrała, słońce grzało, jedzenie jak zwykle było wyśmienite.
po dwóch godzinach rozmowy było jasne, że potrzebujemy jeszcze kilku chwil razem.
ale potem nadal było nam mało, więc po opuszczeniu restauracji, wsparta ramieniem Niemęża, pokuśtykałam z Aliną na spacer.
w sumie spędziłyśmy dziś razem ponad sześć godzin, tematy pojawiały się jeden za drugim, a spotkanie musiałyśmy zakończyć tylko dlatego, że ja, odzwyczajona od wielogodzinnej aktywności, zaczęłam usypiać w pół zdania.
było wspaniale.

owocem tego spotkania będzie rozmowa ze mną, która ukaże się za chwilę w jednym z tygodników.
mam nadzieję, że zechcecie ją przeczytać i podzielicie się Waszymi przemyśleniami na temat moich przemyśleń.

***

Voldemort pobrał dziś Syna.
właściwiej: dałam radę nakłonić Giancarla, by pojechał.
o nocowaniu nie było mowy, ale pół wspólnego dnia spod znaku basenu - skusiło.

okazało się, że Syn jest mazgajem - Voldemort wrzeszczał, bo Syn nie umiał zawiązać sznurowadeł; gdy konflikt eskalował, a wrzeszczenie na wrzeszczącego ojca nie pomogło (zastanów się, jak mam zawiązać, skoro nie umiem wiązać!), Syn rozpłakał się z bezsilności.
mea culpa. szczerze mówiąc, nigdy Go nie uczyłam wiązania sznurówek.
nie uczyłam, bo też do tej pory nigdy nie miał sznurowanych butów, tylko wsuwane albo na rzepy.
a tymczasem - po konsultacjach z Niemężem, że to już czas na poważne buty - Syn zdecydował się na sznurowany obuw sportowy.
niestety, żeśmy zapomniawszy, że nie każdy schyli się do buta zawiązania.
a skoro mazgaj oraz popa, co ci ta twoja mamuśka zrobiła, że ty butów zawiązać nie umiesz, zaś ojciec umiał tylko drzeć się, zamiast tę wiedzę tajemną przekazać, musieliśmy nadrobić zaległości.
wyciągnęliśmy jedną ze wstążek z licznych bukietów i nauczyliśmy się w kwadrans wiązać piękne kokardy.
i po co było drzeć się na dziecko, no po co?

sobota, 1 września 2012

[866].

donoszę, że kolejną noc spało mi się wybornie.
w przerwach snu piłam, jadłam, łykałam tabletki i brzegiem świadomości rejestrowałam ruchy domu.

rano, może koło dziesiątej, chwilę nie spałam. leżałam i słuchałam wstającego domu.
po wspólnie robionym i jedzonym przez mężczyzn śniadaniu (włącz gaz tak jak cię uczyłem, o tak, w tę stronę... a teraz rozłóż nam talerze i sztućce, oraz wujku, przestań, nie żartuj ze mnie, ja nie dam rady zjeść ośmiu parówek), miałam jeszcze krótki moment czuwania, podczas którego Syn sporządził listę moich zachcianek.
że panowie pojechali na zakupy - już nie słyszałam.
gdy się obudziłam po piętnastej, ujrzałam rozstawione wokół łóżka: winogrona, pokrojony w kosteczkę ser Bursztyn, trzy rodzaje napojów (w tym jeden ciepły, w kubkotermosie), banana, czekoladę wiśniową, słonecznika oraz siemię lniane.
pojadłam, popiłam, wypełzłam z pościeli na inspekcję. Syn czytał książkę. powiadomił, że wujek prosił przekazać, że pojechał do szpitala odwiedzić kolegę.
wzięłam lekarstwa i wróciłam do pościeli, przyszedł Syn.
wyskubywałam nam słonecznika i rozmawialiśmy.
opowiedział m.in., że przeczytał właśnie wszystkie Kamyczki i, choć są to książki dla maluchów, On lubi je czytać, bo dużo w nich uczuciowości i przypominają się Mu czasy bardzo wczesnego dzieciństwa, gdy czytałaś mi te książeczki na głos.
potem omówiliśmy temat skonstruowania butów, dzięki którym można byłoby latać oraz pochyliliśmy się nad kilkoma innymi zagadnieniami: jaki ładunek wybuchowy byłby optymalny do zniszczenia obsydianu; w jaki sposób mózg człowieka tworzy wspomnienia; czy dziecko może chcieć zostać złodziejem i zrealizować ten plan w dorosłości; dlaczego koty lubią pić wodę z kibelka, a nasza Vileda - nie; jakie kierunki studiów polecam Giancarlowi prócz informatyki, robotyki i biologii; czy tylko kobiety są prostytutkami i czy tylko mężczyźni sutenerami; czy naukowcy szukają lekarstwa na raka dla mnie; od kogo kurier przekazuje dla mnie codziennie takie piękne bukiety kwiatów; czy wiem, że ślicznie mi w okularach z zielonymi oprawkami, szczególnie jeśli noszę do nich apaszkę w kolorowe pasy i czarny gigantyczny sweter dzianinowy; jakiej dokładnie wielkości jest jądro Ziemi i co jest w środku jądra; skąd Babcia B. wie, jak przyrządzić smakujące Mu kotlety i dlaczego zawsze Babcia ma dla Niego przygotowane różne łakocie; czy jakby spadła kropla wody na azorka, czy odczułabym ból oraz co będzie na obiad, ponieważ jestem nieludzko głodny.
w tak zwanym międzyczasiu nastąpił się Niemąż, więc drugi raz wypełzłam z pościeli - tym razem, by czynić honory pani domu zupą, którą ugotowała dla nas Babcia B.
Babcia B. wiedząc, że ostatnimi czasy mam smak nieprzywidywalny, robi zupę - bazę, którą przearanżowuję w funkcji bieżącego widzimisia.
dziś - z czego jestem bardzo, bardzo, bardzo dumna - na bazie ziemniaczanki "zrobiłam" i zjadłam zupę cytrynowo-chrzanową.
jaki jest powód do dumy?
po pierwsze: wytrzymałam pobyt w kuchni, te kilka chwil podgrzewania i doprawiania zupy.
po drugie: pierwszy raz od wielu tygodni starczyło mi sił, by zjeść w pozycji siedzącej, wspólnie z chłopakami przy stole, bez wiercenia się, wstawania, duszenia się, wymiotowania.
po trzecie: zjadłam talerz zupy i się przyjął.
jestem wielka!
po zupie oczywiście wróciłam na grzędę, ale po trzeciej drzemce, zachęcona niebywałym sukcesem towarzysko-wytrzymałościowym, zaproponowałam wyjazd do sieciowego sklepu sportowego.
i pojechaliśmy! tralalala!
dotarliśmy tuż przed zamknięciem.
w akompaniamencie jęków i chichotów mamo, ale po co mi polar, nie będę przymierzał, przecież ja mam fajne ubrania, nie chcę więcej szukałam czegoś z metką "à 8 ans". Syn jeździł BMX po pustoszejącym sklepie (kupicie mi ten rower? patrz jak zasuwaaaaam...), a mój ideał ucieleśniony, spersonifikowany metr z Sèvres, oczywiście pamiętał, że kiedyś czaiłam się koło bluzy dla mnie, więc - jak się domyślacie - nie tylko Syn wyszedł ze sklepu z nowym ubraniem.
w drodze powrotnej zasnęłam w aucie, zmógł mnie sevredol i zmęczenie.
Giancarlo zażyczył sobie niezdrowej kolację, więc przejechaliśmy przez makdrajwa.
tylko dzięki czujności Niemęża odjechaliśmy spod okienka z "kurczaczkami" - pani zapomniała o nich (a pan zajrzy, czy wszystko inne zapakowałam).
w domu okazało się, że faktycznie powinien był sprawdzić.
zapakowano nam pół kanapki (cha, cha, cha!!! nie miała spodniej części bułki!!!), a zamiast ciastka z jabłkiem dostaliśmy z owocami leśnymi.
ale mnie to rozśmieszyło!

tak oto wyglądała moja sobota w pierwszym dniu września.
jak zgodnie stwierdziliśmy, to był wspaniały dzień.
a teraz pora na zliczenie ile zmieściłam tej doby w torebce oraz czas na kolejną porcję tabletek.
dobranoc!
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga