piątek, 8 października 2010

[185]. jak możecie oddać krew dla mnie?

1. jak oddać krew w innym mieście niż Warszawa?
"Jeśli w danym szpitalu nie ma punktu krwiodawstwa, wtedy oddajemy najczęściej w dowolnym miejscu w kraju i tam, w rejestracji, oprócz imienia i nazwiska należy jeszcze podać nazwę/ adres szpitala, w którym ma się odbyć zabieg."

2. dlaczego proszę o krew?
"W chwili kiedy w szpitalach jest krwi mniej niż jest potrzebne lekarz musi podjąć decyzję komu ją przeznaczyć. Normalnie pierw krew otrzymują dzieci, decyduje też konieczność przeprowadzenia operacji szybciej i szansa powodzenia operacji. Zaświadczenia o oddanej krwi na konkretną osobę powodują jakby przejście biorcy na początek tej kolejki.
Krew dla kogoś można oddać w każdym RCKiK na terenie kraju, nawet w innym rejonie niż jest szpital w którym leży biorca. Grupa krwi również może być 'niepasująca' do biorcy (na zaświadczeniu nie ma grupy krwi), w banku krwi zostanie dobrana odpowiednia grupa.
"

(odpowiedzi na pytania 1 i 2 skopiowałam z forum krewniacy.pl)

3. jak przekazać zaświadczenia o oddanej krwi, jeśli oddało się w innym mieście?
- można kurierem - do mnie; ponieważ, jak poinformowała Pani z RCKiK z ul. Saskiej, nie ma wewnętrznych powiązań pomiędzy poszczególnymi Regionalnymi Centrami Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa.
- możecie też wysłać bezpośrednio do szpitala, oczywiście z podaniem informacji, dla kogo jest Wasza krew.
WOJSKOWY INSTYTUT MEDYCZNY
Bank Krwi w Zakładzie Transfuzjologii Klinicznej
ul. Szaserów 128
04-141 Warszawa 44

4. czy szpital w którym będziesz operowana będzie honorował zaświadczenia o oddanej krwi w innych punktach oddawania krwi, w innych miastach?
- tak! zadzwoniłam i upewniłam się. Pani z Krwiodawstwa z Wojskowego Instytutu Medycznego (czyli tam, gdzie będę operowana) była przeszczęśliwa, gdy dowiedziała się, że będzie jeszcze więcej zaświadczeń.

5. dlaczego grupa krwi nie ma znaczenia?
- dlatego, że ważna jest ilość jednostek krwi, którą zbiorę na moją operację.
czyli: przekażecie do Banku Krwi (albo do RCKiK) ileśtam jednostek krwi, w zamian ja dostanę do mojej dyspozycji również tyle samo jednostek krwi.
- dlatego, że to raczej nie krew będzie mi podawana, a jej składniki (np. albumina czy osocze - w zależności od bieżącej potrzeby chwili).

6. ile krwi potrzebujesz?
- nie wiem! mogę potrzebować krwi/składników krwi do przetoczenia przed operacją. może być potrzebna krew podczas operacji. może być potrzebna po operacji, jeśli (tfu! tfu! skuś baba na dziada!) zacznę krwawić albo będę mieć problemy z morfologią.

7. do kiedy można oddawać krew?
- do wtedy do kiedy kurier/pociąg da radę dostarczyć mi oryginalne zaświadczenia o oddanej krwi, nie później niż do 13 października, bo 14 października będę przyjęta do szpitala.

czwartek, 7 października 2010

[184]. akcja "krew" i endousg.

kochani,
dziękuję, dziękuję, dziękuję.
jesteście wspaniali!!!
powiadomiono mnie, że z zaangażowaniem oddajecie dla mnie krew.
pamiętajcie, że krew, którą oddajecie przyda się podczas operacji mnie, ale również może się przydać innym ciężko chorym ludziom w potrzebie.

przepraszam, że nie odpowiedziałam Wam dziś na pytania, które zadawaliście w sprawie krwi.
odpowiem jutro.
dziś od bladego świtu nie było mnie w necie ani pod telefonem, bo pojechałam na Ursynów do Centrum Onkologii zrobić jeszcze jedno badanie przed operacją - endousg żołądka.
celem tego badania było doprecyzowanie, czy istnieje szansa wykonania totalnej gastrektomii.
(jeśli naciek nowotworowy żołądka obkleił inne sąsiadujące narządy, to wówczas może się zdarzyć, że operator otworzy mnie, powie a kuku i zaszyje, bo nie będzie miał możliwości usunięcia żołądka - byłoby to i dla mnie i dla Niego niewątpliwą stratą czasu).
w moim przypadku endousg pozwoliło na określenie grubości ścian żołądka oraz nacieków, a tym samym pozwoliło mi na umocnienie się w przekonaniu, że chcę się operować.

do zabiegu zostałam uśpiona dormicum, wspaniale mi się po nim spało.
brzegiem mózgu kojarzę, że po zabiegu przewieziono mnie z pracowni badań na dużą salę, że rozmawiałam z panem doktorem, ale niestety z rozmowy pamiętam tylko bardzo przyjemny zielony polarowy kocyk, którym mnie okryto oraz mięciutką, bialutką podusię do której przytuliłam policzek.
treści rozmowy nie pamiętam.
hm, mam nadzieję, że nie opowiadałam jakichś głupot.

opis endousg jest dość pomyślny.
wygląda na to, że chemioterapia przydusiła przerzuty i że w chwili obecnej mam raka tylko w żołądku.
pan doktor od endousg zakwalifikował wg TNM mojego skurwysyna jako ca T2 N00.
oby to była prawda.

nie cieszę się jednak z opisu, bo przed poprzednią majową operacją badania też zostały opisane pomyślnie, a podczas operacji okazało się, że skurwysyn skolonizował się we mnie niczym glony w nasłonecznionym zbiorniku wodnym.

***

tymczasem tuczę się na okoliczność nadchodzącej operancji.
dwa tygodnie temu, po czterech chemiach, ważyłam 49 kg, a dziś już całe 52 kg.
pamiętacie jak opisywałam optymalną dietę antyrakową?
zapomnijcie o niej!
teraz zmodyfikowałam koncepcję: żrę co dwie godziny kajzerkę (kalorie!) z majonezem i masłem (kalorie! kalorie!) i workiem jajek (białko!).
białko jest potrzebne, ponieważ - jak powiedziały mądre doktory - podczas operacji istnieje ryzyko odbiałczenia organizmu z powodu braku albuminy, dostarczam więc ją sobie białkiem kurzym.
a jak będzie jej za mało, to podadzą mi ją z Waszej krwi :)

jedliście kiedyś dzień w dzień po osiem - dziesięć jajek?
już do końca życia żadnej kurze nie dam rady spojrzeć prosto w oczy...

środa, 6 października 2010

[183]. krew dla mnie.

ludziska!!!
przede wszystkim wielkie DZIĘKUJĘ za wklejanie mojej prośby o krew na forach, na fejsiku itede.

jeśli zechcecie oddać krew dla mnie, możecie to zrobić w następujących miejscach:
1. w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa
albo w jego oddziałach:
http://www.rckik-warszawa.com.pl/index.php?oddzialy=1

2. w Wojskowym Instytucie Medycznym przy ulicy Szaserów, w punkcie krwiodawstwa (8.00-14.00) (głównym wejściem w prawo, koło kiosku inMedio myk-myk, hop-hop-hop po trzech schodkach i już jesteście).
UWAGA! w piątek 8 października na Szaserów punkt krwiodawstwa jest nieczynny.

przy oddawaniu krwi MUSICIE podać moje dane:
Joanna Sałyga
krew do operacji w dniu 15 października 2010, w WIM-ie ul. Szaserów
w Klinice Chirurgii Pierwszej.

kartkę z info że oddaliście krew MUSZĘ mieć, jak się okazuje, w ORYGINALE.
jeśli macie czas - zanieście tę kartkę do WIM-u na Szaserów, na IV piętro do BANKU KRWI.
jeśli nie macie czasu - napiszcie do mnie maila, odbiorę ją od Was.

operacja odbędzie 15/10.
14/10 o godzinie 7.00 idę się hospitalizować, więc MUSZĘ mieć zaświadczenia o oddanej dla mnie krwi MAKSYMALNIE do 13/10.

dziękuję za pomoc.

wtorek, 5 października 2010

[182]. 15 października.

- zrobimy to po bożemu - pan profesor łypnął na mnie okiem zza dystyngowanie sfatygowanych, drucianych okularów - rozetniemy od góry do dołu i usuniemy cały żołądek. jeśli się da.
zgodziłam się.

***

a teraz komunikat:

jeśli chcecie mi pomóc, proszę Was o oddanie krwi dla mnie.
nie ma znaczenia, jaką macie grupę.

procedura jest następująca:
1. jedziecie między 8.00 a 14.00, na czczo, do kliniki na Szaserów.
2. wchodzicie głównym wejściem w prawo - przy kawiarni, po trzech schodkach, jest punkt krwiodawstwa.
3. mówicie dla kogo chcecie oddać krew: podajecie moje IMIĘ i NAZWISKO oraz podajecie informację, gdzie będę operowana: PIERWSZA KLINIKA CHIRURGII.
4. dostajecie zaświadczenie o tym, że oddaliście krew.
- zaświadczenie niesiecie na IV piętro, do Banku Krwi
albo:
- skan/fotę zaświadczenia wysyłacie do mnie mailem
albo:
- umawiamy się na osobisty odbiór zaświadczenia.

zaświadczenie jest mi potrzebne żeby podczas przyjmowania się do szpitala (14 października) wykazać, że na poczet mojej operacji została zabezpieczona krew.
przy tak rozległej operacji jest więcej niż bardzo prawdopodobne, że będzie mi potrzebna.

proszę Was o pomoc.
z góry serdecznie dziękuję.

poniedziałek, 4 października 2010

[181]. szczęście.

(...)
Jesteś szczęśliwa dzięki chorobie?
Zdecydowanie dzięki chorobie. Przed rakiem byłam osobą, która zawsze czegoś szukała, chciała więcej, ciągle gdzieś biegła. Nigdy do końca nie byłam zadowolona z siebie, z tego, co zrobiłam. Zupełnie nie potrafiłam się cieszyć ze zwykłego dnia. Gdyby nie choroba, dalej bym szukała szczęścia i prawdopodobnie nigdy bym go nie znalazła. Nauczyłam się żyć chwilą, być tu i teraz. Nie wyprzedzam czasu, nie zamartwiam się, co będzie.

Ale od sześciu lat żyjesz na krawędzi. Co jest w tym najtrudniejsze?
Właśnie to stałe życie na krawędzi. Chciałabym już mieć spokój, żeby ta choroba sobie poszła. Nie potrzebuję już tej krawędzi, żeby być szczęśliwą. Chociaż pamiętam kilka miesięcy w ubiegłym roku, kiedy zmiany w kościach i wątrobie się cofnęły, a ja nie do końca wiedziałam, jak żyć bez choroby. Bo wcześniej to rak organizował mi życie, z nim się budziłam i zasypiałam, musiałam walczyć, działać. Bez niego czułam jakiś brak. Jakby ten rak był mi potrzebny do życia. Żeby zauważyć, jak jest piękne, bo ulotne, bo może go jutro nie być...

A może tacy jesteśmy, że nie potrafimy do końca docenić życia, dopóki nie jest zagrożone?
Dzisiaj już jestem gotowa żyć bez tej krawędzi. To, przez co przeszłam, pozostanie we mnie na zawsze, pozwoli mi doceniać życie. Chcę cieszyć się z każdej drobnostki, każdej chwili spędzonej z Leonkiem. Nie chcę znowu biec na oślep, szukać czegoś gdzieś tam.
(...)


***

i obrazek z porannego maila od Niemęża.
tytuł maila: plany na najbliższy czas.


***

jak już się między wierszami zorientowaliście, właściwie zakończyłam konsultowanie się z profesorami i innymi docentami.
zdecydowałam.
jutro w nocy o siódmej rano stawiam się w klinice na ustalenie terminu operacji.

wybierając między dożywotnimi cyklicznymi chemioterapiami przerywanymi kontrolnymi tomografiami
a
próbą wycięcia żołądka (która wg mojego chemioterapeuty alias Ulubionego Doktora ma 10% szans powodzenia, na przeciwko mając 90% porażki, i-po-co-mi-to-pan-powiedział-ja-i-tak-wierzę-w-dziesięć-procent),
wybrałam.

***

podpisuję się pod słowami Magdy.
jestem szczęśliwa.

niedziela, 3 października 2010

[180]. przygotowywanie się.

rano Niemąż dwa regały na dobry początek porządków w pokoju Giancarla skręcił, a ja do wieczora układałam zabawki.
i tak nie dałam rady do końca ogarnąć tego pieprznika.
jeszcze na jutro mi zostało.
ała.

***

ogarniam co się da, jak się da.
na zakupach w Makro byliśmy, tony zgrzewek jedzenia kupiliśmy, żeby Niemąż miał co jeść gdy ja się oddalę na z góry upatrzoną pozycję.
bo planuję jak najszybciej położyć się do szpitala celem wycięcia żołądka.
trzymajcie kciuki żebym dała radę tak zakręcić profesorem, żebym mogła może już w najbliższy piątek się hospitalizować, coby mnie przygotowano do ukrojenia i żeby w następny poniedziałek mnie ukrojono.

i życzcie mi się żeby na Szaserów sala komercyjna się znalazła, bo nie mam ochoty leżeć w stadzie.
może to dziwne, ale okropnie wkurwia mnie leżenie z innymi chorymi.

sobota, 2 października 2010

[179]. rzeczywistość.

Synek wrócił od Tatusia.
dopadła Go tam rzeczywistość.

- a Tatuś mi powiedział, że nie pozwoliłaś jemu zabrać mnie do Danii, a on wymył nawet aktrosa, a ty zabroniłaś..
wytłumaczyłam.
że Tatuś Go oszukał.
że dzwoniłam i dopytywałam się, kiedy Go tam weźmie.
że tyle razy słyszałam: niczego nie obiecywałem, przestań Małego nakręcać, o jakim wyjeździe mówisz.
żałosne.

tak jak skłamał w sprawie nowych mebli dla Niego.
obiecał i nie kupił.
więc sama kupiłam, prosić się nie będę.

i leży w łóżeczku i płacze.
- globus mnie dopadł, to taka choroba, tłumaczyłaś mi, pamiętasz? to się dzieje jak ktoś jest zły na wszystko i wszystkich i niezadowolony. ja to dzisiaj przy śniadanku miałem. tatusia już nie było, bo pojechał w trasę, była tylko Babcia I.
buzia gnie się w podkówkę, oczy wypełniają się łzami - Babcia I. mnie zdenerwowała, wiesz? to chyba przez tego globusa, wiesz?
- zmuszała mnie do jedzenia, w kółko tylko zjedz parówkę i zjedz parówkę. tak się zdenerwowałem, że rzuciłem samochodzikiem i ten biały kabel mu się wyrwał.
- tylko nie bądź na mnie zła mamusiu.

no więc mówię, że nie, nie jestem zła.
i opowiadam, że jak dwa dni temu Wujeczek (Niemąż) mnie wnerwił, to tak majtnęłam kalkulatorem o ziemię, że aż zajęczały przyciski.
i już się śmieje.
ze mnie, z Wujeczka, który robi zabawne miny, gdy pokazuje, jak wyglądałby z kalkulatorem wbitym w czoło.

a mnie smutno.
że już Go dopadła rzeczywistość.
że już musi się z nią konfrontować.

szkoda, że mam takiej mocy żeby ominął dojrzewanie emocji; że nie mogę sprawić, żeby spokojnie przeszedł przez kształtowanie się uczuć.
że nie może bezboleśnie stać się nudnawym, zrównoważonym pięćdziesięciolatkiem.

piątek, 1 października 2010

[178]. międzynarodowy dzień uśmiechu.

z okazji tego pozytywnego święta przesyłam Wam wiele serdeczności i uśmiechów.
rakom i nierakom życzę mnóstwa życzliwości i uśmiechania się do siebie.
i żeby było prościej zdecydować się na uśmiechanie, polecam stronę http://piekielni.pl/- zapiski z życia wzięte rozmów pracowników z klientami.


moje ulubione rozmowy z tej strony:


- Dzień dobry. Czy ja zastałem męża?
- Niestety nie ma go.
- A kiedy wróci ?
- O panie... on na poligon pojechał. Nie wiadomo czy w ogóle wróci.


- Kiedy mogę zastać pana Mirosława?
- To nieważne, bo pan Mirosław nie podejmuje takich decyzji.
- Dlaczego?
- Bo w tej sprawie on musi konsultować się z lekarzem lub farmaceutą.


- Dzień dobry. Czy jest pan Jan?
- Nie ma mnie.


- Ile płaci pan miesięcznego abonamentu?
- 35 zł.
- (w tle) Nie kłam, ku*wa.


- Dzień dobry, czy ja mógłbym rozmawiać z panią Jolantą?
- Jolka, jakiś pan chce się z tobą zaprzyjaźnić.


- Dzień dobry. Zastałem pana Macieja?
- A nie wiem, spytam go.


- Dzień dobry, czy zastałem tatę?
- Nie.
- A kiedy tata będzie w domu?
- Za 6 lat.
- Czemu?
- Bo spalił dom i dostał wyrok.

czwartek, 30 września 2010

[177]. Wieliszew, Lublin.

dziś na rano pojechałam do Wieliszewa obejrzeć rumiane lico Ulubionego Doktora, po czym pojechałam do Lublina na konsultację do kolejnego onkologa chirurga, potencjalnego kandydata do wyrywania mi żołądka lub do ew. HIPEC-a.
tak oto mam do kolekcji kolejną opinię o moim skurwielu i o możliwościach rozwoju sytuacji.
muszę jeszcze się skonsultować z kilkoma lekarzami, żeby mieć jeszcze więcej opinii.
na razie jeszcze/nadal nie jestem w stanie wyrobić sobie zdania, co i jak powinnam zrobić.
mam za mało danych wejściowych, a za dużo jest zmiennych.
nie dopuszczam możliwości decyzyjnego faux-pas.

i spotkałam się ze znajomym.
i zabrał mnie na pyszny obiad.

***

dziś Dzień Chłopaka.
idę świętować!

środa, 29 września 2010

[176]. efekt sesji.

obrobione przez autorkę zdjęcia skopiowałam z łanfoto.net.
zabawne jest czytać komentarze pod nimi.
ludzie widzą na nich piękno, smutek.
a to rak żołądka, pszę państwa!

też byście tak wyglądali, gdybyście byli po operacji, po kilku chemiach i przed kolejną operacją.
tak.
życie w lęku jest nużące.




***

byłam dziś na kilku spotkaniach biznesowych (faktycznie powinnam je nazywać spotkania-mające-na-celu-zarobienie-kasy-o-ile-nie-pojawią-się-komplikacje-po-wyrwaniu-żołądka-który-nie-wiadomo-kiedy-zostanie-usunięty-ale-przecież-się-dogadamy-a-jak-podpiszemy-umowę-to-przecież-nie-mogę-umrzeć-bo-z-kim-państwo-przeprowadzą-ten-projekt-jeśli-nie-ze-mną).
na jednym z nich pan rozmówca tak się na mnie zagapił (w bardzo krótką sukieneczkę się oblekłam, a co, są plusy dodatnie choroby nowotworowej: szczupła jestem jak mało która, brzucha tłustego nie mam, hłe-hłe-hłe, bo mi sieć większą wycięto, a biust puszapem dorabiam), że aż oblał się herbatą.
poprosił, żebym nikomu nic nie mówiła.
no więc nic nie mówię.
tylko piszę.

(o pisaniu nic nie wspominał).

wtorek, 28 września 2010

[175]. pet ct - wynik.

ja to mam intuicję.
wiedziałam, kiedy wrócić do domu z regeneracyjnego wywczasu.

to było tak: pokręciłam się po mieście, pozałatwiałam wiele spraw (w tym - dziugnęłam się do morfologii - wyniki są lepsze od poprzednich, znaczy się - Mazury mi służą), wróciłam do rezydencji na obiad i... zadzwoniła panienka, że wynik do odebrania.
dawno mi tak dłonie nie drżały jak odbierałam kopertę z wynikiem.

***
podjęłam suwerenną decyzję o zakończeniu (jak na razie) chemioterapii.

do końca tego tygodnia w sprawie skurwiela zamierzam:
- zamknąć konsultacje z tęgimi łbami od onkologii, chemioterapii i chirurgii onkologicznej,
- określić termin wyrywania żołądka,
- powiadomić Was, co ustaliłam.
i nie szlochajcie, że nie będę się cysplatynować i tegafurować.
otóż muszę.
między ostatnią chemią a dniem operacji musi minąć przynajmniej kilka tygodni.
kontynuowanie chemioterapii oznaczałoby odsuwanie daty operacji.
oczywiście istnieje ryzyko, że w czasie, gdy będę bez chemii, skurwiel się rozszaleje, ale czymże byłoby życie bez ryzyka.
no risk, no fun.

a teraz wracam do prostytuowania się, czyli do pracy zarobkowo - koncepcyjnej.

poniedziałek, 27 września 2010

[174]. powrót.


wróciłam już (niestety) z Mazur do domu, ponieważ na drugie imię mam Roztropność.
już jestem po zastrzyku z Neupogenu i trzech siknięciach Tramadolem, bo Neupogen postanowił zadziałać wgryzając się boleśnie w kręgosłup, uniemożliwiając położenie się.

niedziela, 26 września 2010

[173]. zmęczenie.

byłyśmy dziś z dziećmi w Kadzidłowie.
karmiliśmy zwierzęta jabłkami, głaskaliśmy co pod rękę podeszło i na drzewo nie wiało, obfotografowaliśmy pozostałą resztę i nie tylko.

dałam radę.
aczkolwiek, khm.
chyba leukocyty znowu zaczynają się gubić na zakrętach.
zastrzyk z neupogenu zaczyna być, zdaje się, a must.

gdy wracaliśmy do domu, wypatrzyłam rozbrajającą reklamę.

sobota, 25 września 2010

[172]. lubię.

kocicę lubię. od wczoraj mnie nie odstępuje.
na noc pogoniłam ją z pościeli, ale rano momentalnie skorzystała z otwartych drzwi i władowała się do łóżka.

***
lubię spędzać tu czas.
dziś pozowałam do sesji.









foty są, oczywista, nieobrobione, ale mam nadzieję, że docenicie ich klimat ;)

***

lubię podróżować z Synkiem.
pojechaliśmy popołudniem do Reszla.
zwiedziliśmy zamek - lochy i basztę, kościół, trochę połaziliśmy uliczkami.

jestem zachwycona.
w życiu nie widziałam ładniejszej miejscowości - ani w Polsce ani zagranicą.

chciałabym tu mieszkać.
na starość (ech...).
albo - od jutra.

piątek, 24 września 2010

[171]. tęsknię.

tęsknię, tęsknię za Niemężem.

***

Marysia leży na klawiaturze.
przesyłamy Wam fotoreportaż z dzisiejszego dnia.


pojechaliśmy do Mikołajek pokarmić kaczuchy.



okazało się, że ryby wyżerają kaczkom bułkę! zdumiewające było przyglądanie się jak ławice kilkucentymetrowych rybek zwinnie wyjadają pieczywo spomiędzy kaczych łap.

potem poszliśmy na gofry.

wracając do naszego chwilowego domu, po drodze odwiedziłam sąsiadkę ze wsi obok - Julitę, a Giancarlo pobawił się z Synkiem Julity.


zostałam nakarmiona wielką ilością likopenu.


a wieczorem, po kolejnych ośmiu posiłkach, portretowałam Księżyc.


***

moja przyjaciółka Karolajna Be ma dziś urodziny.
przesyłam wielkie pi, pi, pi.

***

i napisał Ulubiony Doktor.
że nie widzi możliwości zoperowania mnie.
przykre.

czwartek, 23 września 2010

[170]. jesień na Mazurach.

pożyczyłam z car-parku mojego byłego koncernu lanserską furę (biały lakier, brązowa skórka, automat, dwa okna dachowe), zapakowałam Syna i wziuuuuum, w mniej niż trzy godziny przybyliśmy na Mazury.
po drodze mieliśmy dwie przygody:
1. gdy tankowałam, kluczyk za cholerę nie chciał odczepić się od dekielka wlewu paliwa, co sprawiło, że jak już go wyrwałam, to zataczałam się ze śmiechu i rozchichotana płaciłam za paliwo;
2. fabryczna nawigacja poprowadziła mnie do Mrągowa takimi dróżkami, o jakich mi się jeszcze nigdy nawet nie śniło. oczywiście sama sobie jestem winna - wklepałam wybór najkrótszej trasy.

na miejscu przywitała nad sarenka, która grzecznie i długo pozowała do zdjęcia.

a potem zajęłam się jedzeniem ogromnych ilości wszystkiego i przytulaniem nowego mieszkańca - kociczki Marysi.

środa, 22 września 2010

[169]. pet ct.

zrobiłam dziś pet ct.
badanie jak badanie: przez sześć godzin nic nie jemy, następnie się rejestrujemy, zakładamy wenflonik, pani pielęgniarka do naszej butli z wodą mineralną niegazowaną wlewa kontrast, się przebieramy w szatni w ślafroczek, się pozbywając strojów z suwakami i z innymi metalowymi elementami wystrojami jestestwa, przechodzimy do sali z leżaneczką, gdzie pijemy wodę z kontrastem (może do dziesięciu małych łyczków się zmusiłam, później walczyłam z odruchem wymiotnym), wraca pani pielęgniarka i przez uprzednio założony wenflonik dostajemy w kosmicznej (takiej grubej, stalowej) strzykawce izotop, następnie leżymy bezradnie czekając na badanie, pani pielęgniarka zdejmuje wenflonik, po godzinie - jak się izotop rozpełznie po raku - przechodzimy do pomieszczenia, gdzie jest wykonywane badanie.
urządzenie do pet ct jest w sumie takie jak do tomografii. wygląda jak łóżko, które wjeżdża w duży plastikowy łuk.
teraz postępujemy zgodnie z instrukcją pani technik - kładziemy się na łóżeczku, rączki za główkę (kurwa, jak ja nienawidzę tych zdrobnionek i szpitalnego protekcjonalnego tonu per my), kolanka kładziemy wyżej na podstawce, nie ruszamy się. zaczynamy badanko!
badanie trwa koło dwudziestu minut i nie odczuwamy nic prócz zimnego powietrza wiatraków chłodzących urządzenie oraz szumu siłownika przemieszczającego łóżko w odpowiednią stronę do kamery.

po badanku przez sześć godzin unikamy przebywania z dziećmi do lat szesnastu i z kobietami w ciąży, bo czas połowicznego rozpadu izotopu wynosi właśnie tyle.
faktycznie nie powinniśmy przez dwanaście godzin kontaktować się w/w.

oddelegowałam więc Synka na spanie do Cioci Kloci.

***

mam już dosyć leczenia się i badań.
a szczególnie mam dosyć skutków leczenia i wyników badań.

wtorek, 21 września 2010

[168]. rytuał.

oznaką mojego lepszego samopoczucia jest siła do tańca.
właściwie z moją morfologią trudno nazwać te śmieszne ruchy które wykonuję tańczeniem; to namiastka tego, co robiliśmy kiedyś.
piszę robiliśmy - do tańców potrzebuję Syna.
wygląda to tak:
włączamy głośno muzykę i zaczynamy wycinać hołubce, jednocześnie oczywiście śpiewając, zaglądając sobie głęboko w oczy, śmiejąc się i robiąc do siebie miny.

przed operacją tańczyłam z Giancarlem trzymając Go na rękach, w ramionach. podrzucałam Go, kręciłam Nim młynki w powietrzu.
teraz już tak nie robię, bo wyczytałam, że u pacjenta onkologicznego po laparotomii istnieje ryzyko przepukliny i innych smętnych komplikacji.
wolę nie ryzykować.

teraz kręcimy się w zawrotnym tempie, aż padamy na łóżko z zawrotami głowy.
albo podskakujemy w rytm muzyki trzymając się za dłonie.
albo, jak już serce mi bardzo wali i z trudem łapię oddech, staję i obracam Nim w kółko, aż zacznie krzyczeć dławiąc się śmiechem: dość, mam już dość, przestań Mamusiu.

a oto nasza lista przebojów do tańczenia:
1. Ewa Bem - SMS-y
2. Ewa Bem - Jesteś mój
3. Lao Che - Hydropiekłowstąpienie
4. Lao Che - Zaczarowany dzwon
5. Maryla Rodowicz - Kolorowe jarmarki
a uspokojenie tańce - przytulańce:
6. Lao Che - Idzie na burzę idzie na deszcz
7. Kancelaria - Zabiorę Cię właśnie tam
8. Sumptuastic - Kołysanka

uwielbiam te chwile, gdy mam siłę.
uwielbiam.
nawet jeśli jest to ułamek tego, co było.

***

(...)
Na święte przykazania
Narzuciłem wieniec
A o czym szumią drzewa
Lepiej jest nie wiedzieć...
Nie przegonie ręką
Z czoła czarnej chmury
Nie przegonię ręką
Z czoła czarnej chmury

(...)

poniedziałek, 20 września 2010

[167]. praca.

po wytrzebieniu Niemężowym masażem bólu głowy ruszyłam do laptopa w poszukiwaniu pieniędzy na szamotanie się z rzeczywistością.

wytłumaczyłam dziś Synkowi na czym polega moja praca w ramach działalności gospodarczej:
- pożyczam kasę ludziom, którzy nie są w stanie mi jej oddać
- pożyczam kasę od innych ludzi i nie jestem w stanie jej oddać
- robię projekty za które nie dostaję kasy, zaś ażeby mnie dobić -  mój pomysł realizacji jest wdrażany przez tę pieprzoną łachudrę, który zlecił mi opracowanie projektu i obiecał złote góry, a teraz ściemnia że: nie ma kasy bo się musiał przebudżetować/wycofał się inwestor/nastąpiły niespodziewane okoliczności/sam jest chory (cha, cha, cha - ten argument jest dla mnie szczególnie zabawny)
- biorę pieniądze za wykonanie projektów, których nie jestem w stanie skończyć z powodu niekończących się poprawek.

no nikt nie mówił że będzie lekko.

dziś odkryłam genialną płytę "Radio Retro" - zespół się nazywa IncarNations.
gorąco polecam.

wracam rzeźbić w gównie w poszukiwaniu pieniędzy.
parafrazując: praca może i lekka ale umowy brak.
i pieniędzy.

niedziela, 19 września 2010

[166]. aktywnie.

oto mija kolejny dobrze spędzony dzień.
błogo mi.

byłam dziś z Synem i Jaguarem na dwugodzinnym grzybobraniu (uwaga, uwaga! są już gąski!), wróciliśmy, uczyniłam spaghetti z pesto genovese, zjedliśmy, odsapnęłam w pozycji horyzontalnej i pojechaliśmy na rurki z kremem, a potem puszczaliśmy latawca.

teraz odpoczywam w pościeli.
Karolajna Be pożyczyła mi kapitalną książkę.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga