piątek, 20 sierpnia 2010

[136]. refleksje.

stan definiuje możliwości.
leżenie sprzyja myśleniu.

w dniu dzisiejszym wymyśliłam wzorek na gobelin.
ot, sukces na miarę stanu.

spróbuję zaraz odnaleźć w siatach z włóczkami bawełnę i zabrać się za osnowę.

***

I tell you: ten, któremu odpierdala, będzie żył wiecznie. Powaga jest śmiertelna, a szaleństwo tworzy historię. Nie zauważyliście, że każda epokowa historia zaczęła się od szaleństwa? True, true. Kto świruje, będzie wieczny. Pozostali niechaj udadzą się na drzewo. - Piotr Czerwiński, Przebiegum życiae.

***




na zdjęciu - moje strategiczne opakowanie.
podusie są takie same.
prześcieradełko pudrowo-róziowe.

i wszystko śmierdzi, śmierdzi, śmierdzi, śmierdzi, śmierdzi - bawełną, proszkiem do prania, powietrzem, wiatrem.

rozważam spięcie skrzydełek nosa. spinaczem albo taśmą klejącą.
a może nalać do dziurek od nosa szybkoschnącego kleju dwuskładnikowego?

czwartek, 19 sierpnia 2010

[135]. trzeci wlew.

leukocyty urosły do ponad dwunastu tysi (bo Niemąż wykonał strzyk), gorączka względnie opanowana, więc Ulubiony Doktor zlecił lanie.

było to tak: lali i lali. lali przez ponad siedem godzin.
aż nalali.
(i obrzydliwie zżółkłam).

teraz zaś ogłaszam przejście w formę przetrwalnikową - na tydzień łapię zwiechę w pościeli.

***

najważniejsze: na koniec tego kursu będzie tomografia.
pooglądamy foty skurwiela z wnętrza!

środa, 18 sierpnia 2010

[134]. piąty i ostatni dzień.

trzask!
zamykamy drzwi!
koniec zabawy przed komputerem w Doktorka Fizzle Wizzle.
koniec malowania drewnianych aniołków, koniec łowienia ryb, koniec brykania po dworze.

***

Synek powiedział, że to były wspaniałe wakacje.

wróciliśmy.
rozpakowałam nas, dziecko wyszorowałam, pranie nastawiłam, korespondencję odebrałam (dziękuję Małgorzacie za przesyłkę z herbatą!).
teraz jem na zapas przed jutrzejszą chemią. należy być dobrej myśli i wierzyć, że mam granulocytów o, tyle (tu odpowiedni gest), że ho-ho i że Ulubiony Doktor chemię zleci.

wtorek, 17 sierpnia 2010

[133]. dzień beznadziejny.

zrobiłam rano morfologię z rozmazem w przyszpitalnym laboratorium w Mrągowie.
kazali odebrać wynik po godzinie, albo o 16.00 - jeśli wyjdzie coś nieprawidłowego w badaniu komputerowym, to pani magister będzie ręcznie liczyła morfologię.
zapowiedziałam, że bez wątpienia wyjdzie coś nieprawidłowego.
wróciliśmy więc do Mrągowa o 16.00.
w sumie wszystko się poprawiło, co prawda leukocytów tylko pięć tysięcy, ale podciągnę je za chwilę Niemężowym zastrzykiem.

wykonałam telefon do krynicy mądrości - Pani M. oraz do Ulubionego Doktorka, który powinien nosić tytuł Najbardziej Roztrzepanego Onkologa Świata.
Pani M. na niekończącą się gorączkę zaleciła Biseptol, Ulubiony Doktor - antybiotyk nowej generacji, taki co się bierze przez trzy dni, ojejku-ojejku, nie pamiętam nazwy, wyleciała mi z głowy, mam chwilowy atak amnezji, jak sobie przypomnę, napiszę smsa.
z kronikarskiego obowiązku oraz z powodu dotarcia do cywilizacji (zasięg!) zrelacjonowałam sytuację Babci B., która załkała nad moim stanem umysłu (śmiercionośny wyjazd), i nad Ulubionym Doktorem (przymotanie).

napięłam się intelektualnie.
przeanalizowałam sytuację.
dokonałam analizy SWOT.

przystąpiłam do działania:
- zasugerowałam Ulubionemu Doktorkowi, że może miał na myśli Sumamed albo jakąś inną azytromycynę.
ucieszył się, że tak (ała).
- ruszyłam do przyszpitalnego SOR-u.
bo, jak wie każdy hodowca skurwiela, gdy człowiek zagai ze smutną miną przepraszam, mam raka, czy można prosić o wypisanie recepty, ludzie miękną jak surówka odlewnicza w piecu martenowskim.
tradycyjnie, odniosłam sukces (nie szkodzi, że nie ma, dowód ubezpieczenia niepotrzebny, dośle pani faksem).

i tak o 17.00 wzięłam Sumamed i Ibum, napisałam Ulubionemu Doktorkowi, że zarzucam branie Augmentinu, który na mnie nie działa.
o 18.00 miałam 39,2 st. C.

czekamy co dalej.
jak nie spadnie gorączka, nie będzie chemii.
ale jednocześnie będzie to znaczyło, że możemy zostać dłużej na Mazurach :>

***

obiecałam Ulubionemu Doktorkowi, że napiszę o Nim na blogu.
dziś jest ten dzień.

przed wyjazdem siedzę u Babci B., która denerwuje się, kiedy będzie chemia i czy zdążę na czas wrócić.
tknięta złym przeczuciem, postanawiam napisać esa do Ulubionego Doktorka.

piszę - czy mam chemię we czwartek 19/08? chcę jechać na Mazury i nie wiem kiedy wrócić.
Doktor odpowiada - a czy ja jestem we czwartek? chyba nie, chyba w środę, za pół godziny sprawdzę.
piszę - Pan mnie nie denerwuje, bo mi się przerzuty wszędzie przerzucą, ma Pan być we czwartek.
odpowiada - a co powiedziała laska [rejestratorka]? jeśli jestem, to jestem.
piszę - może Pan sprawdzić? odchodzę od zmysłów jak mi Pan tak pisze.
odpisuje - bo to jest leczenie przez horror.


***
na zdjęciach - mój Synek


i ja - odpoczywająca na dworze, przykryta kołderką, w cieniu sosen, w pontonie służącym mi jako łóżko do poprawiania morfologii.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

[132]. trzeci dzień.

dzieci wspólnie brykają, Niemąż zabawia się w drwala, ja byłam na porannym spacerze.



***
teraz uwaliłam się jak zwierzę i leżę.
cały czas trzyma mnie gorączka. 
gdy się zagapię i nie wezmę na czas leku na zbicie temperatury, to potem muszę odpokutować.

zapomniałabym!
jak donosi skrzynka mailowa, zamówiona w ubiegłym tygodniu kolejna porcja japońskich tablet podąża już do Polski.
yummy, yummy ;)

niedziela, 15 sierpnia 2010

[131]. drugi dzień.

odpoczywam na lądzie.
odpoczywam na wodzie (bo Jaguar zabrał ponton - Niemąż holował mnie w nim po caaaaaałym jeziorze).

jestem dokarmiana (na zdjęciu - jak idealnie posmarować chlebek mascapone).

jestem pojona.

***

podglądam mazurskie zwierzaki.
tu: odwłok bąka i skrzydełka oprószone pyłkiem kwiatowym z dziewanny.
mucha z pupką w pepitkę:

***

w nocy była burza, niestety tylko jeden piorun został zatrzymany w kadrze.

sobota, 14 sierpnia 2010

[130]. dzień pierwszy.

odżyłam, więc ruszyliśmy na krótkie wakacje przed trzecią chemią.

piątek, 13 sierpnia 2010

[129]. przytulanko.

- czy mogę wejść do waszego łóżeczka na małe przytulanko? - pyta nad ranem golasek, ściskając w rączusi przytulankę.
i hop, gramoli się do naszego gigantycznego legowiska.
myślę, że powoduje Nim pradawne wspomnienie z hipokampa, o tym, że spanie z dorosłymi zwierzętami jest przyjemniejsze niż samemu.


i zasypiamy, po środku ja, po bokach moi Panowie.

może wyda się Wam to dziwne, ale zaobserwowałam, że szczególnie w pierwszych dniach po wlewie cysplatyny stadne spanie przynosi mi ulgę.
lepiej, głębiej śpię, gdy czuję po bokach wtulonych we mnie, pogrążonych w spokojnym śnie, miarowo oddychających moich chłopaków.

widać i mój hipokamp pamięta stare, dobre dzieje.

***

minęła gorączka.
ruszyłam do działania.
dość ostrożnie, ale jednak.

jak napisała Herzogin w którymś miejscu swojego bloga - trzeba działać w miarę zakresu możliwości.
to bardzo mądra i trafna myśl, adekwatna do naszej choroby.
jeśli zakres działania określa leżenie - wówczas należy leżeć z wdziękiem, zajmując się życiem z pozycji horyzontalnej (czytanie, rozwiązywanie krzyżówek, surfowanie, spanie, oglądanie tv, rozmowy z bliskimi, myślenie o rzeczach przyjemnych).
jeśli daje się radę wstać i działać, to trzeba się uruchomić - co niniejszym czynię.
drepczę powoli po domu, wstawiłam pranie, dokarmiam się, jadę na szmacie.

i, kto wie, co jeszcze dziś wymyślę...

czwartek, 12 sierpnia 2010

[128]. gorączki c.d.

ludzie mają 36,6, ja mam 38,4.
i nieważne, czy wezmę Nurofen forte, czy wezmę Augmentin.
gorączkuję.
rzeczywistość się mi rozwarstwia, leukocyty szukają na zakręcie jeden drugiego, hematokryt przewrócił się i jęczy, hemoglobina pobladła z wycieńczenia, neutrofile schowały się w kącie, płytki poleciały z hukiem, a ja odczuwam świat jakoś tak kłująco-ssąco wyraziście, nieprzyjemnie, groźnie.
zrobiłam dziś morfologię. niby lepsza, ale gorsza.

Niemąż zaraz znowu strzyknie mi, może chociaż płytki ruszą swoje nędzne dupska.
przeraża mnie myśl o bólu kości po Neupogenie. nic, wezmę przeciwbólowy Poltram.
jutro kolejna morfologia.

***

już wiem po co kupiliśmy telewizor.
leżę i oglądam reklamy.
wciągające.

szczególnie jak się ma 38,4.

środa, 11 sierpnia 2010

[127]. gorączka neutropeniczna.

skończyłam wczoraj drugi kurs chemioterapii, od dziś tydzień przerwy i 19 sierpnia kolejny, trzeci wlew.

udałam się do szpitala na pobranie krwi, żeby sprawdzić jak przeszanowna morfologia się miewa, a następnie pojechałam do Babci B. na śniadanko.
u Babci namyśliłam się i postanowiłam mieć gorączkę - 37,2 st. C.
skonsultowałam się z Ulubionym Doktorkiem - kazał wziąć Augmentin, Neupogen najwcześniej za trzy dni.
pani M. (wiecie która, ta lekarz z hospicjum, która ma raka, pisałam już o Niej) powiedziała, że dałaby Neupogen, Biseptol i lek przeciwgrzybiczny - Nystatynę albo cukierki propolisowe.
Babcia B. poleciała po apteki.
tymczasem miałam już 38,8.
łyknęłam Augmentin i pociumkałam cukieraska propolisowego.
gorączka wzrosła do 39,4.
zadzwonił Niemąż, bo odebrał wyniki z laboratorium, a tam 1,8 leukocytów, a neutrofili tyle co nic.
Ulubiony Doktor napisał esa, że w takim razie podałbym jednak Neupogen, ale nic na zbicie gorączki, bo poobserwowałbym gorączkę na żywca.

wsiadłam do fury, pojechałam do domu.
położyłam się.
Niemąż zrobił zastrzyk z Neupogenu, wzięłam Nurofen (przepraszka, ale w poważaniu mam obserwowanie gorączki na żywca).
leżę.
przewracam oczami, mam dreszcze, jest mi zimno, jest mi gorąco.
Niemąż przeciera moje jestestwo wilgotnym, lodowatym ręcznikiem.

pisałam już, że nie lubię chorować?

wtorek, 10 sierpnia 2010

[126]. spacer.

spędziłam dziś cały dzień z Synem (zazwyczaj jest pobierany przez Ciocię Klocię i transportowany na uczelnię, ale na sierpień ustaliłyśmy, że nielat zostanie w domu, a przy okazji nasycimy się sobą).
skakał przez pół dnia na trampolinie.
wieczorem ruszyliśmy na krótki prawie jogging.
piszę prawie, bo po wczorajszym usportowieniu boli mnie coś gdzieś i wspieram się lekami przeciwbólowymi.

krótki prawie jogging zamienił się w trzygodzinny przemarsz po dawno niezwiedzanych  kominach, który po powrocie do domu przeistoczył się w moralitet, rozpoczynający się od słów: czy ty całkiem zgłupiałaś, żeby w twoim stanie zdrowia wyjść na spacer z dzieciakiem i bez telefonu.
potem było gorzej - zapadło milczenie przerywane wściekłymi mruknięciami w stylu a gdybyś zasłabła, to co by było.

tak czy inaczej było fajowo.
dostaliśmy na drogę u Rodziców mojej przyjaciółki chirurg pomidory i brzoskwinie, zaś u Wiki, córki Cioci Kloci, wypiłam aromatyczną zieloną herbatę i kieliszek genialnego czerwonego wina.
a byłoby ekstra super, gdyby nie foch Niemęża.
schowałam się więc pod kołdrę, spod której do Was nadaję.
jak być infantylnym, to po całości.
tym bardziej, że nie mam jak polemizować z Niemężem - niestety ma rację.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

[125]. sport.

całe dorosłe życie świadomie ignorowałam sport.
sport istniał w moim poprzednim (przedskurwielowym) życiu pod następującymi pojęciami: seks, szachy, spacer z dzieckiem, jazda samochodem.
wszelako ile można grać w szachy.

po przeanalizowaniu zaistniałej sytuacji, postanowiłam zmobilizować moje wątłe jestestwo i sprawdzić, jak to jest ruszać się bez sensu.
uznałam, że przebieżka mierzona jednostką czasu jednego ugotowania się ziemniaków do żurku zapewni wystarczającą dawkę endorfiny i tlenu.
wzuliśmy z Synem obuw sportowy i wyszliśmy na jogging.

przebiegliśmy bardzo spokojnym truchtem półtora kilometra.
po drodze:
- sąsiadka z naszej kamienicy dzierżąc piwo i z petem w ustach błagała mnie, żebym nie biegła, bo zaszkodzę zdrowiu;
- sąsiad z kamienicy po skosie z piwem w dłoni i z petem w ustach obejrzał z pozycji ławki jak się rozciągam przy zjeżdżalni i skomplementował widok;
- pies sąsiadów z kamienicy z naprzeciwka obszczekał i polizał nasze buty;
- dzieci bawiące się przy garażach między kamienicami zamilkły zaskoczone widokiem biegnącej pani Joanny i Synka - pewnie myślały ze współczuciem co za szczęście że moja matka pije browara w domu i nie zmusza mnie do takich cyrków.

jutro ciąg dalszy biegania.
spodobało się nam!

niedziela, 8 sierpnia 2010

[124]. hipoterapia.

byliśmy dziś w stajni u Anusi.
jechałam na Dajmosie.
i aż się rozpłakałam ze wzruszenia.
nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek będę jechać konno.

a potem Giancarlo przejechał się na Gromie.
Grom jest wdzięcznym modelem.
i robi buzię w ciup gdy się Go drapie po szyi.
było wspaniale.
bardzo dziękujemy za gościnę i za owoce i warzywa wyhodowane na Gromowej kupie.

***
i na koniec konkurs: zgadnij kto czyścił i rozkulbaczał swojego konia w Anusiowej stajni? druga osoba, która poda prawidłową odpowiedź otrzyma nagrodę.
nawet miałam okazję zrobić mu kilka zdjęć gdy był na koniu, kiedy to konwersował z Anusią o tym, że Marylka Rodowicz szuka dwóch steperów na swój jubileusz, ale tak mnie jakoś zamotało, że pstrykałam na ustawieniu z wnętrza stajni, więc foty wyszły całkowicie przepalone.


***
a tymczasem Syn postanowił dostać czterdziestostopniowej gorączki.
zadzwoniłam do Jego osobistego weterynarza, ale niestety jest na wakacjach (pewnie Małemu lada dzień to minie, ale ze względu na pani chorobę proszę żeby pani pojechała na dyżur).
byłam więc z Nim na dyżurze w NPL. tamtejsza weterynarz stwierdziła, że to coś wirusowego i że Bioparox wystarczy.
chyba na czas chorowania powinnam Go z domu pogonić, żeby mnie nie zaraził.
buuu...

sobota, 7 sierpnia 2010

[123]. deburdelizacja.

- ile hihihi prań ty napowstawiała żeby tyle prasowanija zebrać, hihihi?
- no, zoo całe ja wam powybijała, hihihi matko, ila pająków wy tu macie, jake tłuste, jak się na mnie patrzyli, hihihi.
- dywan krzywo lieży, mebłe ja zaraz poprzesuwam, no jak to tak, hihihi powinniście go chyba gwoździamy do ziemi przybić, hihihi.
- hihihi, a co w kiblu tak czisto macie, sprzątacie?
- czemu rolety zasunięte? odsunę, bo nic hihihi nie widzę, ciemno tu jak w dupie.

itd.
dzisiejszy dzień zdominowała moja pani od sprzątania.
weszła do domu i szczelnie go wypełniła docinkami z równoległym chichotaniem się ze własnych konceptów.
- hihihi a gary to pozmywane, czy może nic nie jecie i nie brudzicie, hihihi?
- a hihihi co telewizor wyłączony, prąd oszczędzacie, hihihi?

***


upiekłam dziś za jednym zamachem (cóż za oszczędność czasu i gazu!) placek ze śliwkami i bakłażany faszerowane tymcowalałosięwlodówce.

Niemąż się rozpłynął w gastrycznym zachwycie i przez całe popołudnie wodził za mną rozmigdalonym okiem.
ech, mężczyzna, nieskomplikowana struktura...


Giancarlo odważył się zjeść bażanta, chociaż miał wątpliwości, czy powinno się jeść takie zwierzęta.
wydaje się, że na szczęście mija Mu etap jedzeniowego ortodoksa.
ostatnio spróbował (to eufemizm... powinnam napisać: zmusiłam Go podstępnymi obietnicami zakupienia klocków Playmobil) kremu z pomidorów z ryżem, duszonych na parze pomidorów z farszem, sałatki z fety, ziemniaków i kiszonych ogórków , leczo z cukinii, kaszy kuskus i amarantusa, waniliowego Danio.
to wielki postęp po pięciu latach w kółko i na okrągło nieustannego jedzenia - zawsze bez omasty/sosu - bułki, szynki z indyka, sera żółtego, parówek cielęcych, cheerios, cinniminnis, surowego ogórka, frytek, ziemniaków, kaszy gryczanej i makaronów.
tym większy postęp, że nowe potrawy okazały się być jadalne, a niektóre - smaczne.

macierzyństwo to przygoda - również kulinarna.

piątek, 6 sierpnia 2010

[122]. lektura.

kiedyś bardzo dużo czytałam.
a teraz nie umiem skupić się nad książką, bo myśli od razu szybują w stronę smętnych rozważań o losie, którym zostałam obdarzona. obarczona.

***

korzystając z faktu, że jestem nadal w formie (chociaż dziś odnotowałam istotną zniżkę w stosunku do ostatnich dwóch dni) oraz przy okazji załatwiania tysiąca spraw, wpadliśmy do Red Oniona.
uwielbiam asortyment tego sklepu.

kupiłam książkę napisaną i ilustrowaną przez wielkiego Wolfa Erlbrucha - bo myśl, że odchodzę, nieustannie jest ze mną; bo myśl, że nie umiem tego wytłumaczyć Synkowi rozbija mnie.
wiem, że nie ma jak wyjaśnić pięciolatkowi, że istnieje  s p o r a  szansa, że mamusia    n i e d ł u g o  umrze.
jednak jestem pewna, że muszę z Nim o tym rozmawiać, że muszę Go z tym jakoś oswoić, przygotować.
i jestem pewna, że mimo Jego wieku należy Mu się uczciwość, szczerość.

***

- mamusiu, jesteś najmilszą mamusią na świecie i chciałbym się z Tobą ożenić - tarzam się w łóżku z Giancarlem.
- ooo, to miłe, Synuniu, ale wujek i ja planujemy się pobrać, nie mogę mieć dwóch mężów na raz - odpowiadam.
- no tak, ale przecież ty jesteś chora i umrzesz, więc nie weźmiecie ślubu.
- i co w takiej sytuacji począć? - pytam.
- no trudno, jak dorosnę to ożenię się z wujkiem.

i po kłopocie.

***

obok - inna, świetna, książka Erlbrucha.
uwielbiam ją.
pewnie dlatego, że tematyka wydalania bliska jest każdemu choremu na raka i stanowi, że tak powiem, chleb powszedni.

ach, te refleksje o funkcjonowaniu końcowego odcinka układu pokarmowego... te rozmyślania o odpowiedniej konsystencji, częstotliwości...

czwartek, 5 sierpnia 2010

[121]. kontynuacja.

nadal tryskam zdrowiem.
aż szkoda o tym pisać, żeby nie zapeszyć.

***

dzięki Poli poznałam wczoraj przezabawną stronę, musiałam więc zrobić siebie.

wszystko się tu właściwie zgadza, prócz koloru włosów.
ale nie będę się na razie / już tlenić na platynowy blond, szkoda zdrowia.
i zauważyłam dziś coś zaskakującego: moje włosy zmieniły kolor - stały się bardzo ciemnoszare.
Babcia B. mówi, że to od chemioterapii.

zaczęłam się zastanawiać, że skoro nadal, ku zaskoczeniu wszystkich, żyję, to może poszłabym do szkoły?
rozważam kilka opcji.
na czoło peletonu wysunęły się:
- szkoła fryzjerska (niespełnione marzenie od 4. roku życia)
- kurs kwiaciarstwa (czy coś takiego istnieje? czy istnieją tylko szkolenia z układania bukietów?)
- szkoła fotografii (cośtam umiem, ale chciałabym wiedzieć więcej)
- studium pielęgniarskie (koniecznie praca z noworodkami, uwielbiam te ich zrezygnowane miny z powodu zakończenia się ciąży)
- psychologia (miła strata czasu)
- MBA (każdy manager powinien go zrobić, tylko czemu dobry MBA tyle kosztuje)

i jeszcze jedno.
u nas jest wspaniała pogoda, tak nie za ciepło, nie za zimno.
u Was też?

środa, 4 sierpnia 2010

[120]. ozdrowienie.

w dniu dzisiejszym ozdrowiałam.

wstałam o 7.00.
wbiłam się w uniform biznesłuman, zrobiłam twarz, przylizałam jeża pomadą, obwiesiłam się biżuterią i poszłam.
o 9.30 odbyłam spotkanie na którym opierdoliłam pana kontrahenta.
zrelaksowana, o 10.00 odbyłam drugie spotkanie, podczas którego - jak zauważył Niemąż - weszłam w zdanie  k a ż d e m u  z dziesięciu uczestników, nie zważając ani na ich rangę (szychy z administracji państwowej, poziom dyrektorów i naczelników wydziałów) ani na to, co kto miał do powiedzenia.

po zakończonym drugim spotkaniu udaliśmy się na lunch, gdzie z przyjemnością i wzajemnością otaksowaliśmy się z panem Francuzem kelnerem, czym znacznie podniosłam ciśnienie Niemężowi.
no cóż. ładny ten pan kelner, bardzo ładny, taki duży, śniady, tatarski typ urody, no ciasteczko, mówię Wam.
nic tylko zęby w nim zatopić.
(rzecz jasna teoretyczne zęby).

następnie, porzuciwszy Niemęża Jego sprawom, potruchtałam do sklepu z rzeczami biurowymi, gdzie kupiłam tysiąc rzeczy (generowanie kosztów!) i poflirtowałam z panią kasjerką ( - chce pani siatkę? - nie, dziękuję, mam dużą torbę, włożę do torby. - niech się pani tak nie chwali że jest duża, moja też jest duża). następnie odebrawszy Niemęża, odebrawszy od Cioci Kloci (tzn. opiekunki) Syna.
a wieczorem myknęliśmy z Synem do przyjaciółki, AKA Karolajny Be.

***

napisał do mnie frjend frjenda.
podał linka do niesamowitego tematu: według pewnego il medico raka powodują grzyby!
wysłałam linka do Ulubionego Doktorka, ciekawa jestem co On na to.

***

kipię energią, idę więc spać, żeby nie przegrzać bezpieczników.

wtorek, 3 sierpnia 2010

[119]. deszcz.

deszcz złapał nas w centrum handlowym, dokąd MUSIAŁAM się udać.
instynkt kazał mi sprawdzić, czy jest w drogerio-aptece promocja na ulubione perfumy.
uf, była.
100 ml kupiłam. a co, przecież nie umrę za dwa miesiące, perfumy - rzecz niezbędna.

obejrzałam ciuchy w Zarze, widzę powrót do końcówki lat osiemdziesiątych. to tak dawno było? zabawne...
i dużo w kolekcji jesiennej inspiracji jazdą konną, cottage style. fajnie.

***

właśnie.
ciekawe czy rak w postaci uogólnionej w jamie b. lubiłby jeździć konno?
nie mówię o galopie przez przeszkody, tylko o spokojnej jeździe stępa.
marzy mi się pogłaskać konia, poczuć jego zapach, wsiąść, pojechać na spacer, przytulić, pokarmić jabłkami.

konie mają takie mądre spojrzenia.

(ten na zdjęciu nie, bo to koń Anusi.
tej, która nam blog umila komentarzami o seksie.
no ale wszyscy wiemy, jakie są koniary - to dziewuchy o niezłym temperamencie...)

***

odkąd wyszliśmy z centrum handlowego, pada deszcz.

pisałam, że uwielbiam, gdy pada?
deszcz oczyszcza, koi spragnioną ziemię.
gdy tylko zaczyna padać momentalnie czuję się spokojniejsza. to chyba taki rodzaj meteopatii.

siedzę w oknie, z kubkiem ciepłej melisy i wącham naozonowane powietrze.
wspaniale mi.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

[118]. sen to zdrowie.

tak sobie mówię, gdy śpię kolejną godzinę.
śpię w dzień, śpię w nocy. non stop śpię, śpię bez przerywania snu, śpię gdy śnię, itede.
w przerwach od spania Niemąż wtłacza we mnie japońskie tabletki, borówki amerykańskie i jogurt naturalny (teraz na to mam zajawkę) oraz międoli mnie i masuje.

w sumie, szczerze mówiąc, królewsko mi się żyje, gdyby nie powód zasadniczy leniuchowania.

właśnie: ciekawe, czy komuś w walce z rakiem pomogły masaże.
widziałam taki napis jak się wjeżdża do Mińska Mazowieckiego: masaże antynowotworowe.
uwielbiam być godzinami masowana.
myślę, że na raka nie pomagają, ale za to na samopoczucie wpływają bosko.
a może pomagają? bo mniej mnie boli.
hm.

***

dziś popołudniu miałam perwersyjny sen.
śniło mi się, że piję bezpośrednio z dwulitrowej butelki coca-colę.
piłam, a z każdym łykiem przyjemność i poczucie winy narastały: gul - ale to pyszne, a jakie niezdrowe, gul - same puste kalorie, ale jakie smaczne, gul - CO2 wezdmie mi żołądek, och, jak przyjemnie łaskoczą gardło bąbelki.
obudziłam się przerażona swoją zuchwałością gastronomiczną.

***

chciałam zameldować, że Giancarlo był u tatusia na weekend.
i mamy poważne postępy w kontaktach z bliźnimi: po a. tatuś przyjechał po Syna i Go odwiózł, po be. dziecko nie śmierdziało papierosami.
ale najważniejsze jest po ce - zgodziłam się na coś odważnego - pozwoliłam tatusiowi zabrać Syna w trasę (tatuś jest kierowcą oraz ołnerem big kamionów alias Mercedesów Actrosów).
mają pojechać do Danii.
mają razem ładować samochód, łowić ryby, robić kanapki, myć zęby w wodzie z baniaczka, spać w kabinie.
cieszę się przejęciem Giancarla, a jednocześnie drżę o Niego.
z drugiej strony wiem, że to przecież nieuniknione - kurczak musi wyjść spod skrzydeł kwoki.
i przecież dzieci nie chowamy dla siebie, tylko dla świata.

no ale...

niedziela, 1 sierpnia 2010

[117]. gry i zabawy.

nadal czuję się kiepsko. a może nawet marnie. lub bardzo marnie.

nic to.

kupiliśmy chyba w grudniu puzzle, tysiąc kawałków.
zaczęłam je wczoraj układać.
teraz cała moja połowa stołu jest zajęta przez puzelki. w oczach mi się mieni od odcieni beży i brązów.

niestety na tyle słabo się czuję po wczorajszym bólu żołądka, że nie daję rady usiedzieć dłużej nad układanką.

wtedy kładę się do łóżka uprawiać ziemię.



myślę, że moim problemem jest to, że nie cierpię bezczynności.
a może nie - problemem - może immanentną cechą charakteru.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga