piątek, 6 sierpnia 2010

[122]. lektura.

kiedyś bardzo dużo czytałam.
a teraz nie umiem skupić się nad książką, bo myśli od razu szybują w stronę smętnych rozważań o losie, którym zostałam obdarzona. obarczona.

***

korzystając z faktu, że jestem nadal w formie (chociaż dziś odnotowałam istotną zniżkę w stosunku do ostatnich dwóch dni) oraz przy okazji załatwiania tysiąca spraw, wpadliśmy do Red Oniona.
uwielbiam asortyment tego sklepu.

kupiłam książkę napisaną i ilustrowaną przez wielkiego Wolfa Erlbrucha - bo myśl, że odchodzę, nieustannie jest ze mną; bo myśl, że nie umiem tego wytłumaczyć Synkowi rozbija mnie.
wiem, że nie ma jak wyjaśnić pięciolatkowi, że istnieje  s p o r a  szansa, że mamusia    n i e d ł u g o  umrze.
jednak jestem pewna, że muszę z Nim o tym rozmawiać, że muszę Go z tym jakoś oswoić, przygotować.
i jestem pewna, że mimo Jego wieku należy Mu się uczciwość, szczerość.

***

- mamusiu, jesteś najmilszą mamusią na świecie i chciałbym się z Tobą ożenić - tarzam się w łóżku z Giancarlem.
- ooo, to miłe, Synuniu, ale wujek i ja planujemy się pobrać, nie mogę mieć dwóch mężów na raz - odpowiadam.
- no tak, ale przecież ty jesteś chora i umrzesz, więc nie weźmiecie ślubu.
- i co w takiej sytuacji począć? - pytam.
- no trudno, jak dorosnę to ożenię się z wujkiem.

i po kłopocie.

***

obok - inna, świetna, książka Erlbrucha.
uwielbiam ją.
pewnie dlatego, że tematyka wydalania bliska jest każdemu choremu na raka i stanowi, że tak powiem, chleb powszedni.

ach, te refleksje o funkcjonowaniu końcowego odcinka układu pokarmowego... te rozmyślania o odpowiedniej konsystencji, częstotliwości...

czwartek, 5 sierpnia 2010

[121]. kontynuacja.

nadal tryskam zdrowiem.
aż szkoda o tym pisać, żeby nie zapeszyć.

***

dzięki Poli poznałam wczoraj przezabawną stronę, musiałam więc zrobić siebie.

wszystko się tu właściwie zgadza, prócz koloru włosów.
ale nie będę się na razie / już tlenić na platynowy blond, szkoda zdrowia.
i zauważyłam dziś coś zaskakującego: moje włosy zmieniły kolor - stały się bardzo ciemnoszare.
Babcia B. mówi, że to od chemioterapii.

zaczęłam się zastanawiać, że skoro nadal, ku zaskoczeniu wszystkich, żyję, to może poszłabym do szkoły?
rozważam kilka opcji.
na czoło peletonu wysunęły się:
- szkoła fryzjerska (niespełnione marzenie od 4. roku życia)
- kurs kwiaciarstwa (czy coś takiego istnieje? czy istnieją tylko szkolenia z układania bukietów?)
- szkoła fotografii (cośtam umiem, ale chciałabym wiedzieć więcej)
- studium pielęgniarskie (koniecznie praca z noworodkami, uwielbiam te ich zrezygnowane miny z powodu zakończenia się ciąży)
- psychologia (miła strata czasu)
- MBA (każdy manager powinien go zrobić, tylko czemu dobry MBA tyle kosztuje)

i jeszcze jedno.
u nas jest wspaniała pogoda, tak nie za ciepło, nie za zimno.
u Was też?

środa, 4 sierpnia 2010

[120]. ozdrowienie.

w dniu dzisiejszym ozdrowiałam.

wstałam o 7.00.
wbiłam się w uniform biznesłuman, zrobiłam twarz, przylizałam jeża pomadą, obwiesiłam się biżuterią i poszłam.
o 9.30 odbyłam spotkanie na którym opierdoliłam pana kontrahenta.
zrelaksowana, o 10.00 odbyłam drugie spotkanie, podczas którego - jak zauważył Niemąż - weszłam w zdanie  k a ż d e m u  z dziesięciu uczestników, nie zważając ani na ich rangę (szychy z administracji państwowej, poziom dyrektorów i naczelników wydziałów) ani na to, co kto miał do powiedzenia.

po zakończonym drugim spotkaniu udaliśmy się na lunch, gdzie z przyjemnością i wzajemnością otaksowaliśmy się z panem Francuzem kelnerem, czym znacznie podniosłam ciśnienie Niemężowi.
no cóż. ładny ten pan kelner, bardzo ładny, taki duży, śniady, tatarski typ urody, no ciasteczko, mówię Wam.
nic tylko zęby w nim zatopić.
(rzecz jasna teoretyczne zęby).

następnie, porzuciwszy Niemęża Jego sprawom, potruchtałam do sklepu z rzeczami biurowymi, gdzie kupiłam tysiąc rzeczy (generowanie kosztów!) i poflirtowałam z panią kasjerką ( - chce pani siatkę? - nie, dziękuję, mam dużą torbę, włożę do torby. - niech się pani tak nie chwali że jest duża, moja też jest duża). następnie odebrawszy Niemęża, odebrawszy od Cioci Kloci (tzn. opiekunki) Syna.
a wieczorem myknęliśmy z Synem do przyjaciółki, AKA Karolajny Be.

***

napisał do mnie frjend frjenda.
podał linka do niesamowitego tematu: według pewnego il medico raka powodują grzyby!
wysłałam linka do Ulubionego Doktorka, ciekawa jestem co On na to.

***

kipię energią, idę więc spać, żeby nie przegrzać bezpieczników.

wtorek, 3 sierpnia 2010

[119]. deszcz.

deszcz złapał nas w centrum handlowym, dokąd MUSIAŁAM się udać.
instynkt kazał mi sprawdzić, czy jest w drogerio-aptece promocja na ulubione perfumy.
uf, była.
100 ml kupiłam. a co, przecież nie umrę za dwa miesiące, perfumy - rzecz niezbędna.

obejrzałam ciuchy w Zarze, widzę powrót do końcówki lat osiemdziesiątych. to tak dawno było? zabawne...
i dużo w kolekcji jesiennej inspiracji jazdą konną, cottage style. fajnie.

***

właśnie.
ciekawe czy rak w postaci uogólnionej w jamie b. lubiłby jeździć konno?
nie mówię o galopie przez przeszkody, tylko o spokojnej jeździe stępa.
marzy mi się pogłaskać konia, poczuć jego zapach, wsiąść, pojechać na spacer, przytulić, pokarmić jabłkami.

konie mają takie mądre spojrzenia.

(ten na zdjęciu nie, bo to koń Anusi.
tej, która nam blog umila komentarzami o seksie.
no ale wszyscy wiemy, jakie są koniary - to dziewuchy o niezłym temperamencie...)

***

odkąd wyszliśmy z centrum handlowego, pada deszcz.

pisałam, że uwielbiam, gdy pada?
deszcz oczyszcza, koi spragnioną ziemię.
gdy tylko zaczyna padać momentalnie czuję się spokojniejsza. to chyba taki rodzaj meteopatii.

siedzę w oknie, z kubkiem ciepłej melisy i wącham naozonowane powietrze.
wspaniale mi.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

[118]. sen to zdrowie.

tak sobie mówię, gdy śpię kolejną godzinę.
śpię w dzień, śpię w nocy. non stop śpię, śpię bez przerywania snu, śpię gdy śnię, itede.
w przerwach od spania Niemąż wtłacza we mnie japońskie tabletki, borówki amerykańskie i jogurt naturalny (teraz na to mam zajawkę) oraz międoli mnie i masuje.

w sumie, szczerze mówiąc, królewsko mi się żyje, gdyby nie powód zasadniczy leniuchowania.

właśnie: ciekawe, czy komuś w walce z rakiem pomogły masaże.
widziałam taki napis jak się wjeżdża do Mińska Mazowieckiego: masaże antynowotworowe.
uwielbiam być godzinami masowana.
myślę, że na raka nie pomagają, ale za to na samopoczucie wpływają bosko.
a może pomagają? bo mniej mnie boli.
hm.

***

dziś popołudniu miałam perwersyjny sen.
śniło mi się, że piję bezpośrednio z dwulitrowej butelki coca-colę.
piłam, a z każdym łykiem przyjemność i poczucie winy narastały: gul - ale to pyszne, a jakie niezdrowe, gul - same puste kalorie, ale jakie smaczne, gul - CO2 wezdmie mi żołądek, och, jak przyjemnie łaskoczą gardło bąbelki.
obudziłam się przerażona swoją zuchwałością gastronomiczną.

***

chciałam zameldować, że Giancarlo był u tatusia na weekend.
i mamy poważne postępy w kontaktach z bliźnimi: po a. tatuś przyjechał po Syna i Go odwiózł, po be. dziecko nie śmierdziało papierosami.
ale najważniejsze jest po ce - zgodziłam się na coś odważnego - pozwoliłam tatusiowi zabrać Syna w trasę (tatuś jest kierowcą oraz ołnerem big kamionów alias Mercedesów Actrosów).
mają pojechać do Danii.
mają razem ładować samochód, łowić ryby, robić kanapki, myć zęby w wodzie z baniaczka, spać w kabinie.
cieszę się przejęciem Giancarla, a jednocześnie drżę o Niego.
z drugiej strony wiem, że to przecież nieuniknione - kurczak musi wyjść spod skrzydeł kwoki.
i przecież dzieci nie chowamy dla siebie, tylko dla świata.

no ale...

niedziela, 1 sierpnia 2010

[117]. gry i zabawy.

nadal czuję się kiepsko. a może nawet marnie. lub bardzo marnie.

nic to.

kupiliśmy chyba w grudniu puzzle, tysiąc kawałków.
zaczęłam je wczoraj układać.
teraz cała moja połowa stołu jest zajęta przez puzelki. w oczach mi się mieni od odcieni beży i brązów.

niestety na tyle słabo się czuję po wczorajszym bólu żołądka, że nie daję rady usiedzieć dłużej nad układanką.

wtedy kładę się do łóżka uprawiać ziemię.



myślę, że moim problemem jest to, że nie cierpię bezczynności.
a może nie - problemem - może immanentną cechą charakteru.

sobota, 31 lipca 2010

[116]. au.

miał być post o przemiłej sobocie, ale wieczór i noc zdominował niewyobrażalny ból żołądka, może od japońskich tablet, może od cysplatyny, a może od skurwiela.
śpię otumaniona tramadolem.

piątek, 30 lipca 2010

[115]. yo!

yo, brothers and sisters, it's me.

łan, tu, sri, sierść gubię.
pora więc na próbę peruki.
no i co, będzie lans na wsi?
łoj, bendzie, bendzie jak nic.

wszystkie pijaki - stojaki podtrzymujące parkan pod kamienicą moje będą!

tylko oko trza będzie mocnej upaćkać, żeby mieć wyraziścieszczejszcze spojrzenie.

tego, ludzie drogie, to jest Erykah Badu stajl ;)

całe życie marzyłam o dreadlokach.

(uprzedzę Wasze pytania, jeśli się zastanawiacie, czemu Joanna taka żółta na pysku.
bilirubina mię nieustannie rośnie.
skurwysyn nie tylko żołądek, otrzewnę, oraz wszelkie jelita żre, wątróbką też nie wzgardził).

czwartek, 29 lipca 2010

[114]. bleh.

nektarynka, wczorajszy deser po kolacji, zrobiła zręczne ślurp! i wskoczyła, skrupulatnie pogryziona, do umywalki.

dziś jak na razie nie ma wymiota.
działam.
o ile działaniem można nazwać leżenie w łóżku, słuchanie muzyki, czytanie blogów, książek, wiadomości.

jedna z Czytelniczek mojego bloga napisała o sposobach na przetrwanie, w tym - o metodzie RTZ.

zacytuję:
RTZ – Racjonalna Terapia Zachowań (Rational Behaviour Therapy/RBT) stworzona przez dr. Maxie C. Maultsby'ego (...).
Jednym z najważniejszych aspektów pracy wedle metody RTZ jest przekonanie „To nie fakty nas denerwują, złoszczą, zasmucają, radują, lecz to my sami denerwujemy się, złościmy, przerażamy, radujemy poprzez nasze przekonania o tych faktach.” Dlatego też RTZ przykłada dużą wagę do przekonań, jakie posiadamy i do tego, czy są one dla nas zdrowe (racjonalne). 


Dobre przekonanie (...) spełnia co najmniej trzy (a idealnie wszystkie) spośród poniższych punktów:
- Racjonalne przekonanie jest oparte na faktach.
- Racjonalne przekonanie pomaga chronić zdrowie i życie.
- Racjonalne przekonanie pomaga osiągać bliższe i dalsze cele.
- Racjonalne przekonanie pomaga unikać najbardziej niepożądanych konfliktów z innymi lub je rozwiązywać.
- Racjonalne przekonanie pomaga czuć się tak, jak chcemy się czuć, bez nadużywania leków, alkoholu czy innych substancji.

Jeśli przekonanie nie zgadza się z co najmniej trzema z powyższych punktów, jest ono irracjonalne (niezdrowe) i powinno zostać zmienione na lepsze. RTZ umożliwia krótką, skuteczną interwencję terapeutyczną lub coachingową, poprzez zmianę i usprawnienie przekonań, jakie wykorzystuje dana osoba. Jednocześnie, regularna praca własna przy zastosowaniu zasad poznanych dzięki RTZ umożliwia skuteczny i długotrwały rozwój własny i poprawę codziennego funkcjonowania.

(...)

to ja może się odniosę do RTZ.
otóż przez całe dotychczasowe życie byłam racjonalna jak cholera.
ale jak mam by racjonalna i stosować metodę RTZ, skoro sami lekarze nie wiedzą, co pomoże i czy pomoże?

niemierzalna sytuacja stanowi dla mnie zarówno wyzwanie jak i zagrożenie.
a oparte na faktach statystyki są bezlitosne.
i dlatego uważam, że sen, czyli pierwsza metoda wymieniona przez Czytelniczkę jest optymalna.

idę spać.
przeczekać.



może obudzę się zdrowa.
irracjonalnie zdrowa.

środa, 28 lipca 2010

[113]. stand-by.

leżę i czekam.
czekam na nudności i na wymiota.
na razie jeszcze działam, chociaż muszę przyznać, że stres wlewu zrobił swoje - jestem zgaszona.
wczorajszy wlew trwał ponad sześć godzin.

nie lubię chemioterapii.
nie lubię smutnych ludzi, beznadziejnych spojrzeń, zrezygnowanych gestów.
nie lubię swojej empatii.

rozpłakałam się dziś Niemężowi, przygnieciona wczorajszym dniem: ledwo poruszającą się panią z obciętą piersią, energiczną panią z rakiem kości, wychudzonym panem o żółtej skórze przyjmującym chemię na leżąco, babuleńką z wielką naroślą na twarzy, dowcipkującym panem z rakiem odbytnicy, łysym chłopakiem o zbolałym spojrzeniu, śliczną dziewczyną w peruce.
kurwa.
co ja tam robię?

***

od wczoraj na potęgę wypadają mi włosy.
umówiłam się z Niemężem, że w sobotę ogoli mnie maszynką na gładko.
i wtedy będzie okazja zrobić tatuaż z tyłu czaszki.

***

smutno mi.
bardzo smutno.

wtorek, 27 lipca 2010

[112]. drugi wlew.

rozpoczęłam drugi kurs ubijania skurwysyna.
byłam dziś. wlałam.
i od dziś jem japońskiego tablety, tym razem jedną rano, dwie wieczorem, przez dwa tygodnie.
w razie cuś, jeśli nie będzie tragedii ze szpikiem, to zwiększę do 2+2.
na razie jest w porzo, mdłości zapewne zaatakują pojutrze.

***

my tu pierdu-pierdu bzdety o raku, a w domu - lazaret.
Syn wrócił od ojca z gorączką i plantacją aft w na dziąsłach i języku, a Niemąż od soboty, po basenie (chyba) zachorował na zapalenie przewodu słuchowego.
dramat.
dobrze, że jestem w sumie zdrowa - zarządziłam zbiorową wizytę u lekarza, w aptece, no i kursuję między dwoma pokojami, podając leki i biadoląc nad Ich nieszczęściem.

***

siedzę z Synem nad obiadem. odpuściłam Mu jedzenie mięsa i surówki, niech chociaż zje ziemniaki.
Niemąż odszedł już od stołu, opadł miękkim kalafiorem w pościel (w wełnianej, zimowej czapie, zawadiacko przekrzywionej, żeby chroniła chore ucho. spektakularny widok).

Syn rozprowadza delikatnie między aftami a dziąsłami zimne, tłuczone ziemniaki.
konwersujemy - uważam, że sztuka prowadzenia rozmów jest istotnym elementem kindersztuby - czym skorupka za młodu nasiąknie, itede.

- mądry ten nasz wujek, wiesz?- Syn zwierza mi się dyskretnym szeptem - wszystko mi tłumaczy jak się zapytam.
nie wiem, co na to odpowiedzieć.
może że wiem, że poprzedni wujkowie byli kretynami i dlatego nie dane im było zagościć na dłużej w moim życiu? że przykro mi, że tyle musiał czekać na odpowiedniego wujka, który jest dla Niego wzorem, któremu wyznaje miłość i wobec autorytetu którego ma wielki respekt?
odpowiadam jednak oględnie - uhm, wiem, to ważne mieć mądrego chłopaka.
- wiem, ja też będę mieć mądrą dziewczynę, taką co dzieckiem będzie się dobrze zajmowała jak się nam urodzi, to ważne.
- i żeby miała fajne cycki. - sugeruję od czapy, postanawiając spłycić temat.
- i żeby miała ładną cipcię - Syn odnajduje się bez kłopotu w rozmowie. - taką, żeby zmieściło się jej tam wielkie lustro.

ugh.

poniedziałek, 26 lipca 2010

[111]. kino domowe.

jutro wleję drugą chemię. wyniki krwi są lepsze.
trochę się regenerowałam, a trochę podciągnęłam morfologię zastrzykami.
pomailowaliśmy, Ulubiony Doktor skomentował to się pani podstymulowała i zgodził się na wlew.

***

Niemąż, konseser filmów, serwuje mi niemal codziennie domowy seans kinowy.
również pod tym względem jesteśmy doskonale dopasowani - przez wiele lat nie oglądałam telewizji i przez kilka nie chodziłam do kina (uroki bycia matką - szkoda czasu na głupoty), mam więc potężne zaległości filmowe.

ostatnio obejrzeliśmy:
1. Nie zadzieraj z fryzjerem - megazabawny Zohan
2. Pięćdziesiąt pierwszych randek - rozpłakałam się jak bóbr, śliczne
3. Pan i pani Killer - śmieszne do rozpuku
4. Don Juan DeMarco - wzruszająca klasyka
5. Kod Leonarda - film chyba lepszy od książki, bardzo mnie to zdziwiło
6. Bienvenue chez les ch'tis - uwielbiam to poczucie humoru
7. Micmacs - genialne światło, scenografia, dobór i gra aktorów, wow
8. Miasto aniołów - chliiiip, boszzz, cudne, jak ja się spłakałam :)
9. K-Pax - kolejny przepiękny wyciskacz łez
10. Śpiewający detektyw - najbardziej zwariowany film o chorowaniu jaki w życiu widziałam

różnimy się podejściem do oglądania - Niemąż chce omijać czołówkę, końcową listę płac, ja zaś wnikliwie chcę obejrzeć film od początku do końca.

wczorajszy seans filmowy zaczął się zaskakująco:

to chyba jakaś aluzja.

niedziela, 25 lipca 2010

[110]. ops.

wczoraj pierwszy zastrzyk z Neupogenu nie dał się we znaki, ale za to drugi...
umierałam przez noc i cały dzisiejszy dzień. ból w plecach był nie do zniesienia, intensywnie pulsujący, paraliżująco - przerażający, zatykający oddech.

popołudniu już nie wytrzymałam i skonsultowałam się z panią M. (pisałam o Niej - to doktor pracująca w hospicjum onkologicznym, sama walcząca od kilkunastu lat z rakiem). doradziła sprawdzić jak się ma morfologia i, jeśli dobrze, to nie robić trzeciego zastrzyku.
sprawdziłam.
Neupogen zadziałał.
nie robię trzeciego zastrzyku.

przy tej okazji dowiedziałam się od pani M. ciekawej rzeczy.
otóż, jeśli hoduje się tego s...syna, to nie należy zwalczać bólu siłą woli (co próbowałam dziś uskuteczniać).
ból działa immunosupresyjnie, co znaczy, że jeśli organizm walczy z bólem, to spada jego odporność, a jeśli spada odporność, to rak szybciej żre.
siknął mi więc Niemąż tramadolem i przekołysałam się przez niedzielne popołudnie w obłoku opium.

dobrze, że Syna wywiozłam na weekend do ojca, to nie oglądał jak wspinam się po suficie.
wrócił dziś późnym wieczorem, z wielkim problemem: jestem taki śpiący i nie dam rady umyć ząbków, a przecież muszę je umyć, bo mi wszystkie w nocy wypadną.

Jego obecność odwraca moją uwagę od moich zmartwień.
uwielbiam to.

sobota, 24 lipca 2010

[109]. plum!

w swoim nieprawdopodobnie skomplikowanym, ale i barwnym życiu Niemąż był między innymi zawodowym sportowcem.
do tego ma dar pedagogiczny, jest opanowany, cierpliwy.
człowiek - opoka, człowiek - skała, człowiek - dusza.
chodząca dobroć.
wielki - studwudziestokilogramowy - skarb.

ale nawet w Nim coś pęka, gdy zanurzona do pasa  w basenie uparcie od kwadransa powtarzam: nie zanurzę się, utonę, rozumiesz?
wtedy człowiek - opoka, człowiek - skała, człowiek - dusza, wychodzi bez słowa z wody i przechodzi do basenu olimpijskiego.
a ja zostaję w wodzie do pasa, ze swoim lękiem.


jak się okazuje, na wszystko jest sposób.
na mnie też.
dzięki działaniom Niemęża umiem pod dwóch lekcjach: pływać żabką z deską w dłoniach (wiem, że to żena, ale co mi tam), skakać do wody i pływać pod wodą.
nie umiem za to (jeszcze) skoordynować podczas pływania oddechu z ruchami ciała.
po prostu: albo pływam i nie oddycham albo pływam, oddycham i wciągam nosem wodę.

ale kiedy płynę w basenie, pod wodą, między dupskami z cellulitisem i różowymi piętkami dzieciaczków w dmuchanych kółkach, wyobrażam sobie, że jestem gdzieś daleko i snorkelinguję.

ot, jedno z marzeń...

piątek, 23 lipca 2010

[108]. zmiana koncepcji.

na wieść, że druga chemia będzie we wtorek, albo raczej w przyszły piątek, Babcia B. zapłakała mi w słuchawkę.
nic mnie tak nie wnerwia jak płacząca Babcia B., to jest szczyt szczytów, montewerest wkurwu.
a przecież nie powinnam się denerwować.

Babcia B. denerwuje się, że mnie rak pożre w równie ekspresowym tempie co mojego Ojca (tudzież męża Babci B., który temat raka załatwił w dwa miesiące, a właściwie - rak Jego).
wszelako nie wiem, czy przyspieszenie chemii o kilka dni cokolwiek zmieni.

***

przypomniało mi się, że w blenderze mam ostrze do kruszenia lodu.
serwuję więc Niemężowi i sobie drinki: podstawą są pokruszone kostki lodu zmiksowane z listkami mięty i cukrem trzcinowym, wodą mineralną, tonikiem i jakimikolwiek owocami - aktualnie ćwiczone są grapefruity.

***

zmywałam naczynia po obiedzie.
nade mną krążyła mucha.
czujecie to: mucha nad brudnymi naczyniami? ohyda!
pomyślałam: zabiję cię, jesteś obrzydliwa jak mój rak. jeśli uda mi się ciebie zabić, to dam radę też z rakiem.
chwyciłam za ścierkę, z całej siły rąbnęłam prosto w muchę.
zlew jęknął i zachrupały pękające naczynia.
muchę zwodowałam rurą do kanalizacji.
popękane naczynia wyrzuciłam.

***

namyśliłam się i wykupiłam receptę - nie będę czekać z zastrzykami z Neupogenu do poniedziałku.
od dziś Niemąż umili mi trzy wieczory zastrzykiem.
oznacza to, że już we wtorek będę gotowa na wlew cysplatyny.

może poprawi to humor Babci B. i przestanie tak strasznie płakać.
a jeśli nie poprawi Jej humoru, to przynajmniej poprawi ilość neutrocytów w mojej morfologii.

***

jak wspomniałam, byłam w aptece wykupić receptę. apteka jest pod lasem.
pakuję Syna pod apteką do samochodu.
- mamusiu, uważaj, za tobą stoi wielka mrówka!
- pokaż, gdzie? - zainteresowałam się zagrożeniem.
- już zwiała do lasu.

wyobraźnia to przekleństwo.
uszami fantazji usłyszałam jak wielka mrówka łupie nogami o ziemię uciekając w igliwie.

czwartek, 22 lipca 2010

[107]. wspomaganie.

byliśmy w Wieliszewie u Ulubionego Doktorka.
chemia przesunięta na 27/07, o ile morfologia w dniu 26/07 wykaże, że neutrofile się rozmnożyły.
jeśli nie, to od 27/07 do 30/07 Niemąż przebranżowi się w Pana Strzykawę i będzie mnie strzykał Neupogenem, co niewątpliwie urozmaici nasze pożycie (robił mi już zastrzyki Clexane, codziennie przez miesiąc po operacji. jest mistrzem zagadania mnie i szybkiego strzyknięcia strzyk-strzyk).
następnie 29/07 ponownie zrobię morfologię (która niewątpliwie będzie dobra, bo podkręcona zastrzykami z Neupogenu), aby 30/07 pójść na drugi wlew.

krótko mówiąc: albo sama z siebie wyprodukuję neutrofile i będzie chemia w przyszły wtorek, albo jeśli nie uda się ich podgonić samodzielnie, to ich produkcja zostanie wymuszona  lekiem i wówczas chemia będzie w przyszły piątek.

***

sprawdziłam na szpitalnej wadze czy mnie przybyło.
niestety, od dwóch tygodni bez zmian - 51,7 kg.
cóż, przynajmniej mogę się cieszyć, że rak jeszcze nie zatkał światła jelit i mam je drożne ;)

***

Ulubiony Doktor wyciągnął dziś zza pazuchy ulotkę, sugerując ewentualny zakup preparatu ALANERV.
zrewanżowałam się wyciągnięciem leków, które zaleciła mi przyjaciółka Babci B., pani M., która nie dość, że jest lekarzem pracującym w hospicjum onkologicznym, to jeszcze sama zmaga się z tą chorobą.
otóż pani M. zaleciła:
Acerola Plus - 5 x dziennie
wit. E 200 j. - 2 x dziennie
koenzym Q10 - 3 x dziennie
wit. B6 - 3 x dziennie
BioMarine 570 - 3 x dzienne po dwie tabletki
Selenium Bonus - 2 x dziennie
dodatkowo żrę Hepatil - pewnie nie pomoże na przerzuty w wątrobie, ale może też nie zaszkodzi.

mam nadzieję, że powyższe informacje zainteresują czytające mnie Nowotwory.
jeśli macie jakieś inne sugestie, co należy brać jako wspomaganie podczas leczenia, to bardzo proszę, napiszcie - oczywiście prócz prawdy oczywistej, że należy pić dużo bro, najlepiej do stanu utraty łączności z bazą.

a, jeszcze jedno. Ulubiony Doktor polecił zainteresować się Paliferminą.
jest niedostępna w PL i droga jak cholera, ale podobno super działa.

środa, 21 lipca 2010

[106]. neutrofile.

rano zrobiłam badanie krwi, bo przecież jutro drugi wlew.
okazało się, że owszę, owszę, neutrofile urosły od ubiegłego tygodnia, ale za mało (13/07 było ich 0,9, dziś jest 1,0).

pokorespondowałam więc w temacie z Ulubionym Doktorkiem.
wstępnie przesunął drugi wlew na poniedziałek, 26 lipca.
pojadę jutro do Wieliszewa ustalić plan działania, pewnie będę strzykać się Neupogenem.

zanim doprowadzę wyniki krwi do jakiejkolwiek normy po pierwszej chemii, to rak mnie zeżre, k... mać.
a czas leci.

***

jak donoszą statystyki, blog ma niezłą ilość codziennych unikatowych odsłon.
zastanawiam się, czemu mnie odwiedzacie. czyżby ciekawiło Was jak wygląda życie z rakiem na pokładzie?

poniedziałek, 19 lipca 2010

[105]. prawie o seksie.

skoro się domagacie, dziś będzie o seksie - o jedynym takim seksie w moim życiu.

kochany Synku,
zapytałeś się mnie kilka dni temu, po co Ci są jajeczka.
odpowiedziałam, że są potrzebne, żebyś mógł zostać tatusiem i po to, żebyś jako dorosły mężczyzna miał ciepły, niski głos. opowiedziałam też Ci o eunuchach - podczas słuchania trzymałeś się dość kurczowo za przyrodzenie.

wiesz też, skąd się biorą dzieci - mama in spe i tato in spe muszą się bardzo kochać, mieszkać razem i sypiać w jednym łóżku, wówczas staną się rodzicami.
wiesz również, że ciąża trwa, że dziecko w brzuchu u mamy wygląda początkowo jak fasolka, później jak kijanka, później staje się małym ludzikiem, którego w odpowiedniej chwili należy desantować w szpitalu (tu należy podziękować Babci B. za nieoceniony wkład w edukację Syna poprzez zakup stosownej literatury fachowej: Babciu, tenk-ju).
i chociaż mi nie dowierzasz, i chociaż często śmiejesz się z tego, to wiesz, że dzieci wychodzą od mamy z brzucha.

a teraz opowiem Ci jak to było z Tobą.
zacząłeś istnieć 2 maja 2004.
i od pierwszej chwili wiedziałam, że to Ty.
moje dziecko. koniecznie chłopczyk.

ciąża była najlepszym okresem w moim życiu.
chmura hormonów kołysała mnie wspaniale, nie miałam żadnych dolegliwości.

poród nastąpił 21 stycznia, w dzień Babci.
aż do momentu założenia cewnika próbowałam przekonać siostry, że może jeszcze nie jest to pora, że może mogę być w ciąży dziesięć, ba, jedenaście miesięcy.
potem było cięcie cesarskie na życzenie, bo nie lubię bólu.
cięcie trzeba było dociąć, bo okazało się, że jesteś większy, niż wskazywało usg i doktor Z. nie dawał rady Cię wyciągnąć.
w progu sali porodowej stała Babcia B., z przejęcia miała czerwone plamy na buzi i szyi, za Nią stał twój tato, wystrojony okolicznościowo w marynarkę.
- pani wypycha mięśniami brzucha - powiedział doktor Z. i hop! wyskoczyłeś: śliczny, pulchniutki, kosmaty Pulpecik, 61 cm i 3900 g miłości.
położono mi Ciebie przy piersi. od razu zacząłeś energicznie ssać.
cud natury.

i weszłam w macierzyństwo, pasmo radości i sukcesów, nieustający powód do dumy i szczęścia.
uwielbiam być mamą.



***

tak na marginesie - to doktor Z. wykrył mi raka.

[104]. babskie sprawy.

od czasów dowiedzenia się, że jestem chora, nie kupowałam ubrań (prócz piżam, skarpet do szpitala itepe).
uznałam, że to strata pieniędzy, skoro mam za chwilę umrzeć.

a dziś ryłam na szmatach. sprawiłam sobie: jedwabną zieloną bluzeczkę w amerykański dekolt, drugą - z przezroczystej granatowej żorżety, w falbanki. obie są boskie.
i kupiłam szałowe spodnie, oryginalne Diesla, megaobcisłe rurki, czarne.
i byłam w drogerii - nie dałam rady się oprzeć fantastycznemu lakierowi do paznokci (Rimmel, Coral Queen, no luudzie, co za wspaniale żarówiasty letni kolor, wow!)

oczywiście spodnie są już w praniu, bluzki na poprawkach u pani krawcowej (jutro do odbioru!), a dolne paznokcie od rana pomalowane nowym lakierem.

***

szykuję się do drugiej chemii.
mam nadzieję, że może w tym tygodniu wyniki krwi będą lepsze i Ulubiony Doktor zgodzi się na wlew.

byliśmy więc też w Makro.
ściągnęliśmy palety jedzenia, żeby Niemąż nie zginął, gdy ja po chemii będę się oddawała tępemu kontemplowaniu przeszycia na poduszce.
nakupił różnych dań na patelnię, sorbetów, lodów, łakoci.
cóż, będzie musiał sam sobie poradzić w kuchni - pewnie ja znowu będę się brzydziła wejść do kuchni, bo będzie mi wszystko śmierdziało.

***

zrobiłam korale.
ładne?

niedziela, 18 lipca 2010

[103]. miejsce.

lubię tam jeździć.
właściwie raczej powinnam napisać - potrzebuję.
to bardzo ważne miejsce w moim życiu, bardzo ważni ludzie.

***

wujek Jaguar (nazwany tak przez Syna z powodu piegów - cętek na ramionach) zaproponował nam wypad na Mazury.
tymczasem ojciec zgłosił się do zajmowania się szczenięciem, więc opuszczając miasto podrzuciliśmy mu Syna.
widziałam po minie, że Giancarlo był nieco zawiedziony, że zostaje u Taty i że nie jedzie na bakacje, no ale niech se pielęgnuje więź, toć to Jego ojciec.
jeszcze przecież nie raz pojedziemy razem na Mazury. chyba.

pojechaliśmy.
Jaguar za sterami, Niemąż obok, ja - rozparta z tyłu, owinięta w kocyk i z Adolfkiem - podusią pod głową.

dojechaliśmy, poimprezowaliśmy,

popływaliśmy,


i wróciliśmy, po drodze odbierając przesiąkniętego grami komputerowymi i smrodem papierosów Syna.

super było(by), gdyby nie cholerne odczucie przemijania, ulotności.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga