piątek, 15 kwietnia 2011

[362].

(Hurts - Wonderful Life)

On a bridge across the Severn on a Saturday night,
Susie meets the man of her dreams.
He says that he got in trouble and if she doesn't mind
He doesn't want the company
But there's something in the air
They share a look in silence and everything is understood
Susie grabs her man and puts a grip on his hand as the rain puts a tear in his eye.

SHE SAYS:
Don't let go
Never give up, it's such a wonderful life
Don't let go
Never give up, it's such a wonderful life

Driving through the city to the Temple Station,
Cries into the leather seat
And Susie knows the baby was a family man,
But the world has got him down on his knees

So she throws him at the wall and kisses burn like fire,
And suddenly he starts to believe
Find More lyrics at www.sweetslyrics.com
He takes her in his arms and he doesn't know why,
But he thinks that he begins to see

(...)

***

mam paznokcie w kolorze czerwieni strażackiej.
zapłaciłam za ten manikijur trzydzieści złotych, co w przeliczeniu na ilość rekordów wstukanych do bazy danych jest dużo. w chuj dużo.

podejdź. zbliż się.
dziś nie pertraktuję, nie jestem miła, nie udaję sympatycznej.
nie będę z tobą szczera, nie urzeknie cię moja historia.
nie dowiesz się o moich problemach, nie wysłucham twoich.

jestem samicą alfa.
kieruję się instynktem i miłością.
nie zawaham się przed niczym.
zniszczę cię, jeśli spróbujesz skrzywdzić moje stado.

podejdź. zbliż się.
pokaż twarz.
rozszarpię cię.
mam paznokcie w kolorze czerwieni strażackiej.

czwartek, 14 kwietnia 2011

[361].

(Judy Garland - Somewhere over the rainbow - z filmu Czarnoksiężnik z Krainy Oz)

***

Syn ubiera się, zakłada buty. wychodzimy z przedszkola.
cierpliwie czekam, nie poganiam. jestem łabędziem na tafli jeziora.
mam czas, przecież.
frilansing, homłorking. praca całą dobę.
ponadto na zmianę z Synem od tygodnia jestem chora, więc nie oszukujmy się - niewiele robię. nie da się pracować, gdy bolą cztery uszy, co chwila inne.
więc bez ciśnień, spokojnie, powoli. Syn ubiera się, zakłada buty.
trwa proces opuszczania przedszkola.
instruuję - zauważ - przydeptałeś język piętą. nie pchaj stopy na siłę do buta, przyjrzyj się co robisz, pomyśl, zastanów się.
Giancarlo aż podskakuje z zaskoczenia - mamo, co ty mówisz, przecież nie dałbym rady przydeptać języka piętą, nie mam takiej długiej szyi - śmieje się ze mnie do rozpuku.
a no tak, faktycznie. nie zauważyłam.

to zdarzenie przypomniało mi, jak dawno temu (Syn miał chyba ze dwa, może dwa i pół roku) byłam z Nim u Babci B. na niedzielnym five o'clocku.
jemy ciasto, pijemy herbatę. Syn zażyczył sobie, żeby będzie ją pił jak mama i babcia, w filiżance.
filiżanka porcelanowa. płytka, szeroka. ę i ą.
nalałyśmy troszkę, na dno.
Syn stara się niewprawnymi paluszkami utrzymać filiżankę.
doradzam więc - synuniu, gdy pije się z filiżanki, trzeba mocno trzymać uszko.

ufnie spojrzał na mnie i wykonał manewr.

środa, 13 kwietnia 2011

[360].



(George Michael - Freedom)

***

koło sushi jest lumpeks. niestety.
ryłam w szmatach, gdy dobiegł mnie fragment rozmowy:
- babci wkręciłeś śrubki, czy miała gumkę?
- dokręciłem, ale jeszcze trochę miała.
ugh.
zatkało mnie, gdy sobie tę babcię zwizualizowałam.

***


widzita, jakie sprytne podsumowanie badanie preparatu hist. - pat. mojego nowotworu otrzymałam?
kilkaset euro wydane, a ile przykrości sobie zaoszczędzę...
... jeśli się okaże, że muszę się wenflonem podłączyć do pomarańczowego worka z kroplówką, to już wiem, że nie wybiorę np. taksanów, nawet jeśli stanowią nowoczesną metodę leczenia.

ciekawe, kiedy takie badanie stanie się standardem przed rozpoczęciem chemioterapii.
(myślę, że temat chemioterapii celowanej jest tak nieopłacalny dla NFZ-u, że będzie unikany/marginalizowany co najmniej przez najbliższe pięćset lat).

wtorek, 12 kwietnia 2011

[359].



(George Winston - Longing love)

***

drogi blogasku!
przygotowujemy się do ślubu. Niemąż chudnie.
powiedziałabym, że zmienił się, khm, (nie) do poznania.

niestety, ja nie potrafię przytyć.
ponieważ nie umiem przybrać na masie znanymi mi nieracjonalnymi, domowymi sposobami (poprzez np. jedzenie codziennie przed snem dwóch podwójnych opakowań Delicji) zdecydowałam wybrać się do pani dietetyk, którą polecił mi Ulubiony Doktorek.
ciekawa jestem, co mi doradzi.

na szczęście brak worka na jedzenie z każdym dniem coraz mniej mi dokucza.
po prostu nauczyłam się, że muszę jeść wolno i bardzo starannie gryźć.
jeśli kęs zatrzymuje się we mnie, przeważnie wystarcza, że energicznie powyginam się na boki (jak solistka zespołu Mazowsze), a jedzenie siłą grawitacji opadnie i przestanie boleśnie rozrywać żebra.
jeśli nie, to istnieje bardziej mechaniczna możliwość interwencji. w tym celu należy błagalnie łypnąć (jak się dusisz raczej trudno się gada) na Niemęża lub Syna.
panowie bez słów rozumieją moją mowę ciała i z miejsca podnoszą się, żeby mnie walnąć na plecy.
kilka takich razów i już mogę jeść dalej.
w knajpie wygląda to dość groteskowo: jemy, raptem przewalam okiem, Syn zrywa się bez słowa i tłucze mnie po plecach.
w "naszym" sushi już się do tego przyzwyczaili, ale w innych knajpach wzbudzamy konsternację.
ostatnio przy takiej sytuacji właściciel knajpy wydobył się zza kontuaru i zaproponował, że poda szklankę wody, bo to najlepsze na odkrztuszenie zakrztuszenia oraz zaczął dopytywać się, czemu jem tak wolno, czy mi nie smakuje.
za wodę podziękowałam, zaś na pytanie o powolne jedzenie odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie mam żołądka.
a pan na to, szczerze przejęty: ojej, to gdzie pani wpada jedzenie?
eee, no jak to gdzie.
przecież to proste: bezpośrednio do płuc, które przejęły funkcję trawienną.

w medycynie zjawisko to nazywane jest kompensacją.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

[358].



(George Winston - Where are you now)

***

wspomnienie naszego ostatniego, wspólnego, lutowego, pobytu na Mazurach.
Aga, robisz (nam) wspaniałe zdjęcia :*
dziękuję.
Niemąż serwuje Chustce cappuccino z Biedry.
Chustka nie kryje zaskoczenia faktem, że nadal żyje.
wypiła cappuccino i cieszy twarz: pacz Niemężu kofaniutki, Giancarlo przez sen mózg sobie dotlenia...
... dzięki temu tak dobrze Mu się śpi... - raduje się mać.
- a Tobie, drogi i ślyczny Niemężu, dobrze Ci się spało?...
...bo mnie niezbyt - powiada Joanna - coś mi w nocy dziurę w karku wygryzło i gdy oddycham świszczą mi plecy.
- mam nadzieję, że gdy chustką zatkam, będzie mi lepiej.
Vileda z politowaniem przysłuchuje się wynurzeniom Joanny.
ona wie, kto wygryzł dziurę i do czego przyda się chustka...
...ale nie, nie powie.
woli się odwrócić i milczeć.
ufff.
w końcu Czyszcząca Kuwetę i Podający Michę przestają rozmawiać o dziurze.
można już bez zakłopotania spojrzeć im w twarz.
żeby wybrnąć z sytuacji - 
- dość pozowania! - zarządza Vileda.
i dodaje: prrrrrroszę tu prrrrrędko prrrrrzyjść, trzeba napalić w kominku, bo prrrrrrrrrrrranie nie schnie!
i tak oto rozpoczął się kolejny mroźny poranek na mazurskim zadupowiu.
Niemąż zabiera się za rozpalanie w kominku.
Vileda sprawdza Go, czy robi to starannie.
Giancarlo nadal smacznie śpi.
Joanna ziewa dziurą w plecach. 

niedziela, 10 kwietnia 2011

[357].



(Ryuichi Sakamoto - Rain)

***

w komentarzach zwracacie uwagę na mój optymizm i radość życia.
wszelako musicie mieć na uwadze, że blog stanowi literacką autokreację i (na Wasze szczęście) tylko fragmentarycznie pokazuje moje życie*.
ponadto nie jestem obiektywna - nie potrafię ocenić, czy jestem taka, jak mnie postrzegacie przez pryzmat netu.

nie wiem, w jakim stopniu moja intensywność przeżywania życia jest wynikową choroby.
przed chorobą potrafiłam cieszyć się psem śpiącym do góry kołami, zapachem prania czy dobrą literaturą (że nie wymienię innych uciech ciała i duszy).
ale przyznaję - choroba wyzwoliła we mnie n i e z w y k l e intensywną radość życia.

wiele rozmawialiśmy na ten temat z Niemężem.
powiedział, że w Jego rozumieniu to jedyny dobry sposób na odchodzenie: skoro zostało niewiele czasu, trzeba go jak najlepiej wykorzystać**.
w takiej sytuacji nie ma sensu żałować, że się odchodzi, zżymać się na niesprawiedliwy los.
przecież wszyscy kiedyś umrzemy.
a dopóki jesteśmy, trzeba żyć pełnią życia.
tak jak Kasia - która pomimo rozległej choroby nowotworowej, niwelowania cierpienia morfiną, oczekiwania na operację - cud, tydzień przed śmiercią była na wycieczce.
mocne, prawda?

trzeba wgryźć się w tę brzoskwinię, niech lepki sok cieknie po palcach, po brodzie, niech plami ubranie.
tylko tak warto żyć.


_______________________
*łomatko, gdybyście drodzy Czytelnicy wiedzieli, co tu się w realu wyprawia, oniemielibyście!
zimno, zazie, Aga: mam rację, miłe Panie?


**co jest ważniejsze w chorobie w stadium terminalnym: przedłużanie życia, czy poprawa jego jakości?
badanie PRISMA dało odpowiedź: jakość.
zachęcam do lektury artykułu na ten temat.

sobota, 9 kwietnia 2011

[356]. pierwsze urodziny bloga.


(fragment filmu Solaris Stevena Soderbergha)

***



urodziny, czas bilansu.
jednak jak mam podsumowywać, gdy sytuacja jest dynamiczna?
niech więc przemówi kompilacja zdjęć uwieczniająca ostatnie 356 dni.

urodziny, czas życzeń.
więc... spotkajmy się tu za rok.
przynajmniej w tym samym składzie.

piątek, 8 kwietnia 2011

[355].



(Will Smith - Just The Two Of Us)

***

moje macierzyństwo jest pasmem sukcesów.
być może dlatego, że było planowane. a może dlatego, że przyszło dość późno.
(a może dlatego, że umiem porażki przekuć w zwycięstwa).
lubiłam być pękatym kontenerem na Obcego, lubię siebie jako matkę.
jak powtarza Niemąż - jestem dobrą matką. nie ograniczam Syna, pozwalam mierzyć się z nowymi sytuacjami, dopinguję, nie wyręczam, dyskutuję, wymagam, nagradzam, przepraszam, karzę (tak, tak, w ekstremalnych przypadkach daję też klapsy). i kocham. bezwarunkowo.

***

byliśmy u fotografa.
zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia.
jutro minie rok, odkąd odkryłam, że jestem chora.



















wychodzimy.
moją chudą, lodowatą dłonią trzymam się kurczowo pulchnej, gorącej łapeczki.
(po chemioterapii mam popalone końcówki nerwów w palcach, moje dłonie mają wrażliwość i temperaturę mrożonki).
- poczekaj mamusiu, ja pierwszy, tu są ciężkie drzwi, otworzę ci je - sapie w emocjach Giancarlo.
zatrzymuję się.
czekam.
kątem oka wyławiam Jego przejęcie związane z odgrywaniem nowej roli.
oto kształtuje się mężczyzna - opiekun.

***

natknęłam się na Kwokę.
dawno temu Kwoka rozstała się z Mężem i sama wychowuje Kurkę.
ledwo mnie ujrzała na horyzoncie, już nabrała powietrza w swe fstrętne drobiowe płuca i rozpoczęła crescendo pean o sobie samej. kwa, kwa. nikt tak się nią nie zajmie jak ja, jeszcze ją porwie albo nie da prosa na obiadek, kwa, kwa, kwa, kwa, kwa. nie dam mu jej, o nie, nie, nie. spotka się z nim jak będzie dorosła, wcześniej - po moim trupie, kwa, kwa, kwa, po moim kwa, kwa, trupie, kwa. kwa.
mhm.
i gdakała dalej: tylko kasy nie mam, kasy potrzebuję, mam pracę, fajną grzędę, wyposażony kurnik, sianko, taczkę, grabie i konewkę, ale mało mi, małoooo, mało mi kasy, niech on, kwa, kwa, płaci, ale niech się z Kurką nie spotyka.
mhm.

a co powiesz Kurce - Córce, gdy zapyta się, dlaczego zdecydowałaś za Nią, czy ma się spotykać ze swoim ojcem?
odpowiedz, Kwoko.
skłamiesz, że ojciec nie chciał się z Nią widywać?

***

od rana Syn spakowany na weekendowy wyjazd do Voldemorta.
- na basen! pojadę z tatusiem na basen! zabieram płetwy! - Giancarlo podśpiewuje, karmiąc się wyobrażeniami o Przygodzie, która później miewa na imię Rzeczywistość, lub częściej - Iluzja.
i co z tego.

nieśmiało sugeruję, żeby nie nastawiał się na wyjazd, bo tatusiowi zdarza się ginąć w czasoprzestrzeni i wówczas, mimo danej obietnicy, nie przyjeżdża.
i co z tego.

...a pewnie koło wtorku zadzwonią z przedszkola, żeby pilnie Go odebrać, bo ma gorączkę i skarży się, że bolą Go uszy.
i co z tego, pytam się raz jeszcze.

czwartek, 7 kwietnia 2011

[354].



(Branka Parlic gra The hours Philipa Glassa)

***

ale niespodzianka!
nie wiem jak to możliwe, że się znalazłam w tym zestawieniu.

bardzo dziękuję tym, którzy zgłosili mojego bloga do Wysokich Obcasów.

jest mi bardzo, ale to barrrdzo miło.
dziękuję.

środa, 6 kwietnia 2011

[353].



(Philippe Jarousse - Caldo sangue Scarlattiego)

***

kiedy proszę Viledę, żeby do mnie przyszła, ona przychodzi.
albo nie.

i tak samo jest z nowotworem.
mogę prosić mój organizm, żeby go nie było.
i będę mieć raka.
albo nie.

tak to już jest ze zwierzętami.
natura nie zna się na kulturze, pszem Państwa.

***

spędziłam dziś dwie urocze godziny w gabinecie Ulubionego Doktorka (kto nie pamięta, przypominam - to mój onkolog chemioterapeuta).
omówiliśmy mój przypadek dokładnie i szczegółowo, włącznie z przeanalizowaniem prawdopodobieństwa genetycznego przekazywania tej choroby i możliwości, na tę okoliczność, przebadania się i zstępnych.
chciałabym Giancarla uchronić przed tą chorobą.
cała nadzieja (jeśli mam po moim Ojcu felerne geny), że garnitur genów podany przez Voldemorta nie jest tak dziurawy jak mój.

tymczasem dostałam skierowanie na tomografię jamy brzucha i płuc oraz na rezonans miednicy.
CA 125 od dziś będę badać co dwie chwile i sprawdzimy, czy wskazania zaczną się w którąkolwiek stronę zmieniać.

a wizytą w poradni genetycznej zajmę się później.

wtorek, 5 kwietnia 2011

[352].



(Karolina Cichy i Mamadou Diouf - Warszawa jest smutna bez Ciebie)

***

pojechaliśmy późnym wieczorem na pizzę.

na ulicach było pusto.
zacinał deszcz.


kocham spędzać z tobą czas, ty moja marcheweczko - powiedział Syn, mocno objął za szyję i pogłaskał mnie po rudych włosach.
(płowieją, kupiłam farbę).
masz taką smutną minkę, więc zanim zjem, narysuję  ci coś na pocieszenie - dodał.

Jasio, Wujeczek i Mama (na tym obrazku masz mamusiu takie piękne dłuuuuuuuugie włoski) .














***

i przystąpiliśmy do kolacji.























***
dziś przy stoliczku podczas obiadu rozmawialiśmy z dziećmi o chorobach. opowiadałem o raku żołądka, a Natalka opowiadała o zapaleniu pęcherza moczowego. wszyscy zgodziliśmy się, że najczęstszą chorobą w przedszkolu jest kaszel.

powtórzyłam CA 125 jeszcze dwukrotnie (w dwóch różnych miejscach).
bez zmian.
ponieważ ostatkiem sił pielęgnuję w sobie jeszcze nadzieję, że rozwijam stan zapalny, zrobiłam CRP.
wyszło bardzo niskie.

- bardzo dziękujemy paniom za badanie i do miłego zobaczenia - Giancarlo uprzejmie zaszurał trampkami i z fasonem przepuścił mnie w drzwiach punktu pobrań.

w poczekalni dostrzegłam tajemniczą kartkę:

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

[351].



(Gaba Kulka i Czesław Mozil - Co mi Panie dasz)

***

zrobiłam badania: morfologia, żelazo, proteinogram, mocz, itede.
wszystkie wyniki w miarę w porządku, ale marker CA 125 przekroczył 300% normę.

ręce opadają.

zadzwoniłam od razu do Ulubionego Doktorka, w środę popołudniu biegnę do Niego na wizytę.
a jutro powtórzę to badanie w innym laboratorium.

niedziela, 3 kwietnia 2011

[350].



(Ludovico Einaudi - Primavera)

***

wiosna. dziś w ogrodzie Babci B. poczułam wiosnę.
a może nawet lato.

sobota, 2 kwietnia 2011

[349].



(Loreena McKennitt - Dante's prayer)

***

mili Czytelnicy proszą, żeby Im napisać, że u mnie wszystko dobrze.
więc piszę: tak, u mnie wszystko dobrze.

ach, jakie jest proste życie bytu wirtualnego.

piątek, 1 kwietnia 2011

[348].



(Reamonn - Supergirl)

***

poszłam dziś w miasto.
załatwiłam tysiąc spraw, odbyłam kilka ciekawych spotkań.


popołudniu dałam sobie wychodne.
podjechałam do centrum handlowego, odnalazłam zagubione dwa dni temu rękawiczki (porzuciłam je w kawiarni u Grycana).
niestety czapka jest nadal nn. zostawiłam ją chyba w kinie. pani manager kinowa wskazała mi do przegrzebania kosz ze znajdami, ale żadna z nich nie była moją czapką.


wieczorem, po prawie roku nieuczęszczania, wpadłam do knajpy posiedzieć ze znajomymi.
miło jest się spotkać i stwierdzić, że nadal nie mamy ze sobą nic wspólnego.
lubię stałe punkty w życiu.
za tydzień znowu z przyjemnością przejadę się posiedzieć z Nimi.

***

tęsknię za Synem, już od pięciu dni jest u Voldemorta.
ale nie dzwonię do Pulpeta. to ich czas.
niech się sobą nasycą, tak rzadko mają ze sobą kontakt.
a mnie należy się chwila skupienia się na sobie, gdy nie trzeba się z nikim sobą dzielić.
poza tym miło jest tęsknić.

czwartek, 31 marca 2011

[347].



(Zbigniew Wodecki - Opowiadaj mi tak)

Opowiadaj
nikt nie opowiada tak jak ty
choć bajeczki te na pamięć znam
jakże wszystko to cudownie brzmi

Siądź naprzeciw
niech tam sobie leci, płynie czas
chcę usłyszeć wszystko jeszcze raz

Słoneczko
choć tyle wprawy mam
tyle bajek znam
ale tak jak ty nie czaruje nikt
uwierz mi
tak to nikt
Słoneczko
ty opamiętaj się
owszem czaruj, świeć
tylko o tym wiec
ja ostrzegam cię
chyba że chcesz spalić mnie

Lecą liście
no i oczywiście jesień już
zaraz spadnie znowu biały puch
no i naturalnie wiatr i mróz

Cóż to dla mnie
odkąd ciebie tylko odkąd znam
łatwo sobie z zimą radę dam

Słoneczko
choć tyle wprawy mam
tyle bajek znam
ale tak jak ty nie czaruje nikt
uwierz mi
tak to nikt
Słoneczko
ty opamiętaj się
owszem czaruj, świeć
tylko o tym wiec
ja ostrzegam cię
chyba, że chcesz spalić mnie


***

jak ja lubię spędzać czas z Niemężem, słuchać Jego głosu.
gdy byłam bardzo, bardzo słaba, Niemąż kładł się koło mnie i szeptał mi do ucha różne historie.
o tym, co będziemy robili, gdy wyzdrowieję, gdzie pojedziemy rowerami na wycieczkę, dokąd polecimy na wakacje, której restauracji menu sprawdzimy...
on opowiadał, głaskał mnie po głowie, a ja zasypiałam wtulona w Jego ramię, ukołysana szeptem...

Siądź naprzeciw
niech tam sobie leci, płynie czas
chcę usłyszeć wszystko jeszcze raz

Słoneczko
choć tyle wprawy mam
tyle bajek znam
ale tak jak ty nie czaruje nikt
uwierz mi
tak to nikt
Słoneczko...

środa, 30 marca 2011

[346].



(Bobby McFerrin & Sung-Won Yang - Ave Maria)

***

dziś na to wpadłam: w życiu suma gówien musi być constans.
jak się jakiś syf ode mnie odklei, to zaraz musi się przykleić inny, albo dwa mniejsze.

wcale się nie zdziwię, gdy podnosząc klapę od kibla zobaczę tam aligatora. pewne historie przydarzają się tylko mnie. i choć brzmią niewiarygodnie, są prawdziwe.

...znacie historię o moim samochodzie, który dokonał spontanicznego lecz dokumentnego samozapłonu? ...kiedyś ją Wam opowiem, obiecuję.

***

dziś byłam z Unforgivenem na kolacji nad Zegrzem.

następnie pojechaliśmy do kościoła, w którym jest grób Popiełuszki.
uklękłam, mamroczę słowa modlitwy, świętych obietnicami mamię, a kolana bolą, bo chude.
i przylazł kot. wielki, czarno - rudy, z białymi łapskami i żółtymi oczami. i zaczął wokół mnie łazić, przymilać się, w oczy zaglądać, mruczeć, gadać, opowiadać.
było po modlitwie, nie mogłam opanować rozbawienia. jak się modlić i łaski upraszać, gdy kot miauczy głośno w oczy zaglądając , no jak?

pojechaliśmy potem obejrzeć Jeż Jerza.
wniosek mam taki: ciężkie życie ma dzisiejsza młodzież.

a na dokładkę zgubiłam czapkę i rękawiczki.

wtorek, 29 marca 2011

[345].



(Yves Montand - Les Feuilles Mortes)

***

nie wiem jak Wam o tym napisać, żebyście nie zaczęli podejrzewać mnie o totalne rozmiękczenie mózgu po chemioterapii.
otóż zrządzeniem losu spotykam na mojej drodze dobrych ludzi.
i nie mam na myśli Babci B., Niemęża, Synka czy Agi (z którą nie jestem w związku tylko dlatego, że nie jest homo, a przynajmniej - bi).

wewnętrzny imperatyw każe mi opowiedzieć o otrzymywanej dobroci i pisemnie podziękować za nią.
wiem, że brzmi to tandetnie i wieje brazylianą, a co z tego.
muszę i już.

- dziękuję zimnu, że mi pomogła w załatwieniu Bardzo Ważnej Sprawy, te same podziękowania kieruję do Li
- dziękuję Sebastianowi za pracę, którą mogę wykonywać bez wychodzenia z domu
- dziękuję Renacie i Jej Mężowi, WS, Unforgivenowi i Łukaszowi za pomoc w szukaniu pracy, za podsunięcie ofert pracy
- dziękuję Kasi za Viledę (nawet jeśli obgryza kaloryfer)
- panu Cezaremu za opiekę nad wszystkimi moimi komputerami, które ku Jego uciesze regularnie psuję
- panu Januszowi za terabajty e-booków
- zaś moim chustkowym Czytelnikom dziękuję za kibicowanie, wspieranie, dobre słowa, za to, że JESTEŚCIE.


codziennie odwiedza mnie około półtora tysiąca osób, to niewiarygodne!
piszecie do mnie maile, w których opisujecie Wasze zmagania z rakiem; piszecie o sile, którą czerpiecie do walki z mojego bloga, ale również wspieracie mnie w mojej codzienności.

z niektórymi z Was koresponduję, z innymi miałam możliwość spotkać się (Zazie :*, Marciocha :*).

dzięki Chustce poznałam wspaniałych ludzi.

boże, pobłogosław internet!

***

każdego dnia, gdy przeglądam statystki odwiedzin, zastanawiam się skąd jesteście, dlaczego mnie czytacie, co lubicie robić, jakie macie marzenia.
opowiecie o sobie?

poniedziałek, 28 marca 2011

[344].



(Etta James - Damn your eyes)

***

obiad: zupa miso i sześć futomaków z pieczonym łososiem.
(BTW mam wrażenie, że na sushi przychodziłoby więcej ludzi, gdyby były tam normalne sztućce. gdy podałam tę sugestię właścicielowi lokalu popatrzył na mnie jakbym na niego napluła).

***

Vileda wczoraj soczyście wymiotowała, a dziś obgryza kaloryfer.
znawcy kotów, wiecie co to znaczy? napiszcie mi proszę raz - dwa!

***

zaczynam tracić kontrolę nad sytuacją, nad tyloma sprawami usiłuję zapanować.
idę więc spać. zacznę się spinać od nowa od jutra rana.
na dziś wystarczy biegania.
pchły na noc.

niedziela, 27 marca 2011

[343].



(Ewa Bem - Cały świat)

***

Syn do czwartku u Voldemorta.
- a co jadłeś na obiadek?
- dopiero teraz będzie obiadek.
- o dziewiątej wieczorem? a kiedy będzie kolacja?
- mamusiu, oni tu nie podają kolacji, oni obiad jedzą na kolację.

no tak.
- a tatuś pali papierosy przy Tobie?
- pali, ale jak pali to ja go przeganiam żeby sobie poszedł, żebym raka nie dostał.
- a śmierdzisz papierosami?
- no śmierdzę, ale co zrobić, taka to już jest ta rodzina tutaj.

no tak, rodziny się nie wybiera.

***

byłam dziś na obiedzie z Zazie, Syd, Kumokiem i Miszurkiem (i Igą).
(przed Anonimem z komentarza do poprzedniego posta spowiadam się: zjadłam gęstą zupę pomidorową, paciaję z bakłażanów i pomidorów, a na deser - ciastko marchewkowe i takie drugie brązowe. ponadto wypiłam dwa kubki herbaty).

Zazie zwróciła mi uwagę na pewną kwestię, której nigdy dotąd nie objęłam aż tak wprost rozumem: bycie rodziną jest relacją wzajemną.
wyjaśniam:
1. nie stanowię z tobą rodziny, jeśli ja chcę, a ty nie chcesz.
2. gdy stanowimy rodzinę, ja pomagam tobie, więc gdy będę w potrzebie, dostanę wsparcie od ciebie.
proste, acz odkrywcze.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga