sobota, 16 kwietnia 2011

[363].


(Charles Aznavour - Mes emmerdes)

***

dziś bardzo oficjalnie zainaugurowaliśmy plenerowy sezon fotograficzny.

Giancarlo własnoręcznie wpisał się na listę uczestników Pleneru.
i ruszyliśmy.

- mama, chcesz pralkę? mało używana - cmoknął z zadowolenia Syn.

(w prawym górnym rogu - ręka boska Zazie)

powiedz stary, gdzieś ty był?

- fajne ciocie, mamo. wbijamy się im na chatę?
- tuli - tuli, ciociu. weź mnie na rączki.
szczotkopłetwa i dziurawe wiadro.
Jezus zamknięty w klatce.
coś.
marszałek chętnie potrzyma aparat.
hop!
loffff, mammi :*
lofff, maj son :*
wyszłem na obiekt.
Kurmajer. odpoczynek na tarasie widokowym.
zaczarowany świat Amelie Poulain.
czułki ufoludka.
ja, brzoza.
- koniec pleneru.
do widzenia!

piątek, 15 kwietnia 2011

[362].

(Hurts - Wonderful Life)

On a bridge across the Severn on a Saturday night,
Susie meets the man of her dreams.
He says that he got in trouble and if she doesn't mind
He doesn't want the company
But there's something in the air
They share a look in silence and everything is understood
Susie grabs her man and puts a grip on his hand as the rain puts a tear in his eye.

SHE SAYS:
Don't let go
Never give up, it's such a wonderful life
Don't let go
Never give up, it's such a wonderful life

Driving through the city to the Temple Station,
Cries into the leather seat
And Susie knows the baby was a family man,
But the world has got him down on his knees

So she throws him at the wall and kisses burn like fire,
And suddenly he starts to believe
Find More lyrics at www.sweetslyrics.com
He takes her in his arms and he doesn't know why,
But he thinks that he begins to see

(...)

***

mam paznokcie w kolorze czerwieni strażackiej.
zapłaciłam za ten manikijur trzydzieści złotych, co w przeliczeniu na ilość rekordów wstukanych do bazy danych jest dużo. w chuj dużo.

podejdź. zbliż się.
dziś nie pertraktuję, nie jestem miła, nie udaję sympatycznej.
nie będę z tobą szczera, nie urzeknie cię moja historia.
nie dowiesz się o moich problemach, nie wysłucham twoich.

jestem samicą alfa.
kieruję się instynktem i miłością.
nie zawaham się przed niczym.
zniszczę cię, jeśli spróbujesz skrzywdzić moje stado.

podejdź. zbliż się.
pokaż twarz.
rozszarpię cię.
mam paznokcie w kolorze czerwieni strażackiej.

czwartek, 14 kwietnia 2011

[361].

(Judy Garland - Somewhere over the rainbow - z filmu Czarnoksiężnik z Krainy Oz)

***

Syn ubiera się, zakłada buty. wychodzimy z przedszkola.
cierpliwie czekam, nie poganiam. jestem łabędziem na tafli jeziora.
mam czas, przecież.
frilansing, homłorking. praca całą dobę.
ponadto na zmianę z Synem od tygodnia jestem chora, więc nie oszukujmy się - niewiele robię. nie da się pracować, gdy bolą cztery uszy, co chwila inne.
więc bez ciśnień, spokojnie, powoli. Syn ubiera się, zakłada buty.
trwa proces opuszczania przedszkola.
instruuję - zauważ - przydeptałeś język piętą. nie pchaj stopy na siłę do buta, przyjrzyj się co robisz, pomyśl, zastanów się.
Giancarlo aż podskakuje z zaskoczenia - mamo, co ty mówisz, przecież nie dałbym rady przydeptać języka piętą, nie mam takiej długiej szyi - śmieje się ze mnie do rozpuku.
a no tak, faktycznie. nie zauważyłam.

to zdarzenie przypomniało mi, jak dawno temu (Syn miał chyba ze dwa, może dwa i pół roku) byłam z Nim u Babci B. na niedzielnym five o'clocku.
jemy ciasto, pijemy herbatę. Syn zażyczył sobie, żeby będzie ją pił jak mama i babcia, w filiżance.
filiżanka porcelanowa. płytka, szeroka. ę i ą.
nalałyśmy troszkę, na dno.
Syn stara się niewprawnymi paluszkami utrzymać filiżankę.
doradzam więc - synuniu, gdy pije się z filiżanki, trzeba mocno trzymać uszko.

ufnie spojrzał na mnie i wykonał manewr.

środa, 13 kwietnia 2011

[360].



(George Michael - Freedom)

***

koło sushi jest lumpeks. niestety.
ryłam w szmatach, gdy dobiegł mnie fragment rozmowy:
- babci wkręciłeś śrubki, czy miała gumkę?
- dokręciłem, ale jeszcze trochę miała.
ugh.
zatkało mnie, gdy sobie tę babcię zwizualizowałam.

***


widzita, jakie sprytne podsumowanie badanie preparatu hist. - pat. mojego nowotworu otrzymałam?
kilkaset euro wydane, a ile przykrości sobie zaoszczędzę...
... jeśli się okaże, że muszę się wenflonem podłączyć do pomarańczowego worka z kroplówką, to już wiem, że nie wybiorę np. taksanów, nawet jeśli stanowią nowoczesną metodę leczenia.

ciekawe, kiedy takie badanie stanie się standardem przed rozpoczęciem chemioterapii.
(myślę, że temat chemioterapii celowanej jest tak nieopłacalny dla NFZ-u, że będzie unikany/marginalizowany co najmniej przez najbliższe pięćset lat).

wtorek, 12 kwietnia 2011

[359].



(George Winston - Longing love)

***

drogi blogasku!
przygotowujemy się do ślubu. Niemąż chudnie.
powiedziałabym, że zmienił się, khm, (nie) do poznania.

niestety, ja nie potrafię przytyć.
ponieważ nie umiem przybrać na masie znanymi mi nieracjonalnymi, domowymi sposobami (poprzez np. jedzenie codziennie przed snem dwóch podwójnych opakowań Delicji) zdecydowałam wybrać się do pani dietetyk, którą polecił mi Ulubiony Doktorek.
ciekawa jestem, co mi doradzi.

na szczęście brak worka na jedzenie z każdym dniem coraz mniej mi dokucza.
po prostu nauczyłam się, że muszę jeść wolno i bardzo starannie gryźć.
jeśli kęs zatrzymuje się we mnie, przeważnie wystarcza, że energicznie powyginam się na boki (jak solistka zespołu Mazowsze), a jedzenie siłą grawitacji opadnie i przestanie boleśnie rozrywać żebra.
jeśli nie, to istnieje bardziej mechaniczna możliwość interwencji. w tym celu należy błagalnie łypnąć (jak się dusisz raczej trudno się gada) na Niemęża lub Syna.
panowie bez słów rozumieją moją mowę ciała i z miejsca podnoszą się, żeby mnie walnąć na plecy.
kilka takich razów i już mogę jeść dalej.
w knajpie wygląda to dość groteskowo: jemy, raptem przewalam okiem, Syn zrywa się bez słowa i tłucze mnie po plecach.
w "naszym" sushi już się do tego przyzwyczaili, ale w innych knajpach wzbudzamy konsternację.
ostatnio przy takiej sytuacji właściciel knajpy wydobył się zza kontuaru i zaproponował, że poda szklankę wody, bo to najlepsze na odkrztuszenie zakrztuszenia oraz zaczął dopytywać się, czemu jem tak wolno, czy mi nie smakuje.
za wodę podziękowałam, zaś na pytanie o powolne jedzenie odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie mam żołądka.
a pan na to, szczerze przejęty: ojej, to gdzie pani wpada jedzenie?
eee, no jak to gdzie.
przecież to proste: bezpośrednio do płuc, które przejęły funkcję trawienną.

w medycynie zjawisko to nazywane jest kompensacją.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

[358].



(George Winston - Where are you now)

***

wspomnienie naszego ostatniego, wspólnego, lutowego, pobytu na Mazurach.
Aga, robisz (nam) wspaniałe zdjęcia :*
dziękuję.
Niemąż serwuje Chustce cappuccino z Biedry.
Chustka nie kryje zaskoczenia faktem, że nadal żyje.
wypiła cappuccino i cieszy twarz: pacz Niemężu kofaniutki, Giancarlo przez sen mózg sobie dotlenia...
... dzięki temu tak dobrze Mu się śpi... - raduje się mać.
- a Tobie, drogi i ślyczny Niemężu, dobrze Ci się spało?...
...bo mnie niezbyt - powiada Joanna - coś mi w nocy dziurę w karku wygryzło i gdy oddycham świszczą mi plecy.
- mam nadzieję, że gdy chustką zatkam, będzie mi lepiej.
Vileda z politowaniem przysłuchuje się wynurzeniom Joanny.
ona wie, kto wygryzł dziurę i do czego przyda się chustka...
...ale nie, nie powie.
woli się odwrócić i milczeć.
ufff.
w końcu Czyszcząca Kuwetę i Podający Michę przestają rozmawiać o dziurze.
można już bez zakłopotania spojrzeć im w twarz.
żeby wybrnąć z sytuacji - 
- dość pozowania! - zarządza Vileda.
i dodaje: prrrrrroszę tu prrrrrędko prrrrrzyjść, trzeba napalić w kominku, bo prrrrrrrrrrrranie nie schnie!
i tak oto rozpoczął się kolejny mroźny poranek na mazurskim zadupowiu.
Niemąż zabiera się za rozpalanie w kominku.
Vileda sprawdza Go, czy robi to starannie.
Giancarlo nadal smacznie śpi.
Joanna ziewa dziurą w plecach. 

niedziela, 10 kwietnia 2011

[357].



(Ryuichi Sakamoto - Rain)

***

w komentarzach zwracacie uwagę na mój optymizm i radość życia.
wszelako musicie mieć na uwadze, że blog stanowi literacką autokreację i (na Wasze szczęście) tylko fragmentarycznie pokazuje moje życie*.
ponadto nie jestem obiektywna - nie potrafię ocenić, czy jestem taka, jak mnie postrzegacie przez pryzmat netu.

nie wiem, w jakim stopniu moja intensywność przeżywania życia jest wynikową choroby.
przed chorobą potrafiłam cieszyć się psem śpiącym do góry kołami, zapachem prania czy dobrą literaturą (że nie wymienię innych uciech ciała i duszy).
ale przyznaję - choroba wyzwoliła we mnie n i e z w y k l e intensywną radość życia.

wiele rozmawialiśmy na ten temat z Niemężem.
powiedział, że w Jego rozumieniu to jedyny dobry sposób na odchodzenie: skoro zostało niewiele czasu, trzeba go jak najlepiej wykorzystać**.
w takiej sytuacji nie ma sensu żałować, że się odchodzi, zżymać się na niesprawiedliwy los.
przecież wszyscy kiedyś umrzemy.
a dopóki jesteśmy, trzeba żyć pełnią życia.
tak jak Kasia - która pomimo rozległej choroby nowotworowej, niwelowania cierpienia morfiną, oczekiwania na operację - cud, tydzień przed śmiercią była na wycieczce.
mocne, prawda?

trzeba wgryźć się w tę brzoskwinię, niech lepki sok cieknie po palcach, po brodzie, niech plami ubranie.
tylko tak warto żyć.


_______________________
*łomatko, gdybyście drodzy Czytelnicy wiedzieli, co tu się w realu wyprawia, oniemielibyście!
zimno, zazie, Aga: mam rację, miłe Panie?


**co jest ważniejsze w chorobie w stadium terminalnym: przedłużanie życia, czy poprawa jego jakości?
badanie PRISMA dało odpowiedź: jakość.
zachęcam do lektury artykułu na ten temat.

sobota, 9 kwietnia 2011

[356]. pierwsze urodziny bloga.


(fragment filmu Solaris Stevena Soderbergha)

***



urodziny, czas bilansu.
jednak jak mam podsumowywać, gdy sytuacja jest dynamiczna?
niech więc przemówi kompilacja zdjęć uwieczniająca ostatnie 356 dni.

urodziny, czas życzeń.
więc... spotkajmy się tu za rok.
przynajmniej w tym samym składzie.

piątek, 8 kwietnia 2011

[355].



(Will Smith - Just The Two Of Us)

***

moje macierzyństwo jest pasmem sukcesów.
być może dlatego, że było planowane. a może dlatego, że przyszło dość późno.
(a może dlatego, że umiem porażki przekuć w zwycięstwa).
lubiłam być pękatym kontenerem na Obcego, lubię siebie jako matkę.
jak powtarza Niemąż - jestem dobrą matką. nie ograniczam Syna, pozwalam mierzyć się z nowymi sytuacjami, dopinguję, nie wyręczam, dyskutuję, wymagam, nagradzam, przepraszam, karzę (tak, tak, w ekstremalnych przypadkach daję też klapsy). i kocham. bezwarunkowo.

***

byliśmy u fotografa.
zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia.
jutro minie rok, odkąd odkryłam, że jestem chora.



















wychodzimy.
moją chudą, lodowatą dłonią trzymam się kurczowo pulchnej, gorącej łapeczki.
(po chemioterapii mam popalone końcówki nerwów w palcach, moje dłonie mają wrażliwość i temperaturę mrożonki).
- poczekaj mamusiu, ja pierwszy, tu są ciężkie drzwi, otworzę ci je - sapie w emocjach Giancarlo.
zatrzymuję się.
czekam.
kątem oka wyławiam Jego przejęcie związane z odgrywaniem nowej roli.
oto kształtuje się mężczyzna - opiekun.

***

natknęłam się na Kwokę.
dawno temu Kwoka rozstała się z Mężem i sama wychowuje Kurkę.
ledwo mnie ujrzała na horyzoncie, już nabrała powietrza w swe fstrętne drobiowe płuca i rozpoczęła crescendo pean o sobie samej. kwa, kwa. nikt tak się nią nie zajmie jak ja, jeszcze ją porwie albo nie da prosa na obiadek, kwa, kwa, kwa, kwa, kwa. nie dam mu jej, o nie, nie, nie. spotka się z nim jak będzie dorosła, wcześniej - po moim trupie, kwa, kwa, kwa, po moim kwa, kwa, trupie, kwa. kwa.
mhm.
i gdakała dalej: tylko kasy nie mam, kasy potrzebuję, mam pracę, fajną grzędę, wyposażony kurnik, sianko, taczkę, grabie i konewkę, ale mało mi, małoooo, mało mi kasy, niech on, kwa, kwa, płaci, ale niech się z Kurką nie spotyka.
mhm.

a co powiesz Kurce - Córce, gdy zapyta się, dlaczego zdecydowałaś za Nią, czy ma się spotykać ze swoim ojcem?
odpowiedz, Kwoko.
skłamiesz, że ojciec nie chciał się z Nią widywać?

***

od rana Syn spakowany na weekendowy wyjazd do Voldemorta.
- na basen! pojadę z tatusiem na basen! zabieram płetwy! - Giancarlo podśpiewuje, karmiąc się wyobrażeniami o Przygodzie, która później miewa na imię Rzeczywistość, lub częściej - Iluzja.
i co z tego.

nieśmiało sugeruję, żeby nie nastawiał się na wyjazd, bo tatusiowi zdarza się ginąć w czasoprzestrzeni i wówczas, mimo danej obietnicy, nie przyjeżdża.
i co z tego.

...a pewnie koło wtorku zadzwonią z przedszkola, żeby pilnie Go odebrać, bo ma gorączkę i skarży się, że bolą Go uszy.
i co z tego, pytam się raz jeszcze.

czwartek, 7 kwietnia 2011

[354].



(Branka Parlic gra The hours Philipa Glassa)

***

ale niespodzianka!
nie wiem jak to możliwe, że się znalazłam w tym zestawieniu.

bardzo dziękuję tym, którzy zgłosili mojego bloga do Wysokich Obcasów.

jest mi bardzo, ale to barrrdzo miło.
dziękuję.

środa, 6 kwietnia 2011

[353].



(Philippe Jarousse - Caldo sangue Scarlattiego)

***

kiedy proszę Viledę, żeby do mnie przyszła, ona przychodzi.
albo nie.

i tak samo jest z nowotworem.
mogę prosić mój organizm, żeby go nie było.
i będę mieć raka.
albo nie.

tak to już jest ze zwierzętami.
natura nie zna się na kulturze, pszem Państwa.

***

spędziłam dziś dwie urocze godziny w gabinecie Ulubionego Doktorka (kto nie pamięta, przypominam - to mój onkolog chemioterapeuta).
omówiliśmy mój przypadek dokładnie i szczegółowo, włącznie z przeanalizowaniem prawdopodobieństwa genetycznego przekazywania tej choroby i możliwości, na tę okoliczność, przebadania się i zstępnych.
chciałabym Giancarla uchronić przed tą chorobą.
cała nadzieja (jeśli mam po moim Ojcu felerne geny), że garnitur genów podany przez Voldemorta nie jest tak dziurawy jak mój.

tymczasem dostałam skierowanie na tomografię jamy brzucha i płuc oraz na rezonans miednicy.
CA 125 od dziś będę badać co dwie chwile i sprawdzimy, czy wskazania zaczną się w którąkolwiek stronę zmieniać.

a wizytą w poradni genetycznej zajmę się później.

wtorek, 5 kwietnia 2011

[352].



(Karolina Cichy i Mamadou Diouf - Warszawa jest smutna bez Ciebie)

***

pojechaliśmy późnym wieczorem na pizzę.

na ulicach było pusto.
zacinał deszcz.


kocham spędzać z tobą czas, ty moja marcheweczko - powiedział Syn, mocno objął za szyję i pogłaskał mnie po rudych włosach.
(płowieją, kupiłam farbę).
masz taką smutną minkę, więc zanim zjem, narysuję  ci coś na pocieszenie - dodał.

Jasio, Wujeczek i Mama (na tym obrazku masz mamusiu takie piękne dłuuuuuuuugie włoski) .














***

i przystąpiliśmy do kolacji.























***
dziś przy stoliczku podczas obiadu rozmawialiśmy z dziećmi o chorobach. opowiadałem o raku żołądka, a Natalka opowiadała o zapaleniu pęcherza moczowego. wszyscy zgodziliśmy się, że najczęstszą chorobą w przedszkolu jest kaszel.

powtórzyłam CA 125 jeszcze dwukrotnie (w dwóch różnych miejscach).
bez zmian.
ponieważ ostatkiem sił pielęgnuję w sobie jeszcze nadzieję, że rozwijam stan zapalny, zrobiłam CRP.
wyszło bardzo niskie.

- bardzo dziękujemy paniom za badanie i do miłego zobaczenia - Giancarlo uprzejmie zaszurał trampkami i z fasonem przepuścił mnie w drzwiach punktu pobrań.

w poczekalni dostrzegłam tajemniczą kartkę:

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

[351].



(Gaba Kulka i Czesław Mozil - Co mi Panie dasz)

***

zrobiłam badania: morfologia, żelazo, proteinogram, mocz, itede.
wszystkie wyniki w miarę w porządku, ale marker CA 125 przekroczył 300% normę.

ręce opadają.

zadzwoniłam od razu do Ulubionego Doktorka, w środę popołudniu biegnę do Niego na wizytę.
a jutro powtórzę to badanie w innym laboratorium.

niedziela, 3 kwietnia 2011

[350].



(Ludovico Einaudi - Primavera)

***

wiosna. dziś w ogrodzie Babci B. poczułam wiosnę.
a może nawet lato.

sobota, 2 kwietnia 2011

[349].



(Loreena McKennitt - Dante's prayer)

***

mili Czytelnicy proszą, żeby Im napisać, że u mnie wszystko dobrze.
więc piszę: tak, u mnie wszystko dobrze.

ach, jakie jest proste życie bytu wirtualnego.

piątek, 1 kwietnia 2011

[348].



(Reamonn - Supergirl)

***

poszłam dziś w miasto.
załatwiłam tysiąc spraw, odbyłam kilka ciekawych spotkań.


popołudniu dałam sobie wychodne.
podjechałam do centrum handlowego, odnalazłam zagubione dwa dni temu rękawiczki (porzuciłam je w kawiarni u Grycana).
niestety czapka jest nadal nn. zostawiłam ją chyba w kinie. pani manager kinowa wskazała mi do przegrzebania kosz ze znajdami, ale żadna z nich nie była moją czapką.


wieczorem, po prawie roku nieuczęszczania, wpadłam do knajpy posiedzieć ze znajomymi.
miło jest się spotkać i stwierdzić, że nadal nie mamy ze sobą nic wspólnego.
lubię stałe punkty w życiu.
za tydzień znowu z przyjemnością przejadę się posiedzieć z Nimi.

***

tęsknię za Synem, już od pięciu dni jest u Voldemorta.
ale nie dzwonię do Pulpeta. to ich czas.
niech się sobą nasycą, tak rzadko mają ze sobą kontakt.
a mnie należy się chwila skupienia się na sobie, gdy nie trzeba się z nikim sobą dzielić.
poza tym miło jest tęsknić.

czwartek, 31 marca 2011

[347].



(Zbigniew Wodecki - Opowiadaj mi tak)

Opowiadaj
nikt nie opowiada tak jak ty
choć bajeczki te na pamięć znam
jakże wszystko to cudownie brzmi

Siądź naprzeciw
niech tam sobie leci, płynie czas
chcę usłyszeć wszystko jeszcze raz

Słoneczko
choć tyle wprawy mam
tyle bajek znam
ale tak jak ty nie czaruje nikt
uwierz mi
tak to nikt
Słoneczko
ty opamiętaj się
owszem czaruj, świeć
tylko o tym wiec
ja ostrzegam cię
chyba że chcesz spalić mnie

Lecą liście
no i oczywiście jesień już
zaraz spadnie znowu biały puch
no i naturalnie wiatr i mróz

Cóż to dla mnie
odkąd ciebie tylko odkąd znam
łatwo sobie z zimą radę dam

Słoneczko
choć tyle wprawy mam
tyle bajek znam
ale tak jak ty nie czaruje nikt
uwierz mi
tak to nikt
Słoneczko
ty opamiętaj się
owszem czaruj, świeć
tylko o tym wiec
ja ostrzegam cię
chyba, że chcesz spalić mnie


***

jak ja lubię spędzać czas z Niemężem, słuchać Jego głosu.
gdy byłam bardzo, bardzo słaba, Niemąż kładł się koło mnie i szeptał mi do ucha różne historie.
o tym, co będziemy robili, gdy wyzdrowieję, gdzie pojedziemy rowerami na wycieczkę, dokąd polecimy na wakacje, której restauracji menu sprawdzimy...
on opowiadał, głaskał mnie po głowie, a ja zasypiałam wtulona w Jego ramię, ukołysana szeptem...

Siądź naprzeciw
niech tam sobie leci, płynie czas
chcę usłyszeć wszystko jeszcze raz

Słoneczko
choć tyle wprawy mam
tyle bajek znam
ale tak jak ty nie czaruje nikt
uwierz mi
tak to nikt
Słoneczko...

środa, 30 marca 2011

[346].



(Bobby McFerrin & Sung-Won Yang - Ave Maria)

***

dziś na to wpadłam: w życiu suma gówien musi być constans.
jak się jakiś syf ode mnie odklei, to zaraz musi się przykleić inny, albo dwa mniejsze.

wcale się nie zdziwię, gdy podnosząc klapę od kibla zobaczę tam aligatora. pewne historie przydarzają się tylko mnie. i choć brzmią niewiarygodnie, są prawdziwe.

...znacie historię o moim samochodzie, który dokonał spontanicznego lecz dokumentnego samozapłonu? ...kiedyś ją Wam opowiem, obiecuję.

***

dziś byłam z Unforgivenem na kolacji nad Zegrzem.

następnie pojechaliśmy do kościoła, w którym jest grób Popiełuszki.
uklękłam, mamroczę słowa modlitwy, świętych obietnicami mamię, a kolana bolą, bo chude.
i przylazł kot. wielki, czarno - rudy, z białymi łapskami i żółtymi oczami. i zaczął wokół mnie łazić, przymilać się, w oczy zaglądać, mruczeć, gadać, opowiadać.
było po modlitwie, nie mogłam opanować rozbawienia. jak się modlić i łaski upraszać, gdy kot miauczy głośno w oczy zaglądając , no jak?

pojechaliśmy potem obejrzeć Jeż Jerza.
wniosek mam taki: ciężkie życie ma dzisiejsza młodzież.

a na dokładkę zgubiłam czapkę i rękawiczki.

wtorek, 29 marca 2011

[345].



(Yves Montand - Les Feuilles Mortes)

***

nie wiem jak Wam o tym napisać, żebyście nie zaczęli podejrzewać mnie o totalne rozmiękczenie mózgu po chemioterapii.
otóż zrządzeniem losu spotykam na mojej drodze dobrych ludzi.
i nie mam na myśli Babci B., Niemęża, Synka czy Agi (z którą nie jestem w związku tylko dlatego, że nie jest homo, a przynajmniej - bi).

wewnętrzny imperatyw każe mi opowiedzieć o otrzymywanej dobroci i pisemnie podziękować za nią.
wiem, że brzmi to tandetnie i wieje brazylianą, a co z tego.
muszę i już.

- dziękuję zimnu, że mi pomogła w załatwieniu Bardzo Ważnej Sprawy, te same podziękowania kieruję do Li
- dziękuję Sebastianowi za pracę, którą mogę wykonywać bez wychodzenia z domu
- dziękuję Renacie i Jej Mężowi, WS, Unforgivenowi i Łukaszowi za pomoc w szukaniu pracy, za podsunięcie ofert pracy
- dziękuję Kasi za Viledę (nawet jeśli obgryza kaloryfer)
- panu Cezaremu za opiekę nad wszystkimi moimi komputerami, które ku Jego uciesze regularnie psuję
- panu Januszowi za terabajty e-booków
- zaś moim chustkowym Czytelnikom dziękuję za kibicowanie, wspieranie, dobre słowa, za to, że JESTEŚCIE.


codziennie odwiedza mnie około półtora tysiąca osób, to niewiarygodne!
piszecie do mnie maile, w których opisujecie Wasze zmagania z rakiem; piszecie o sile, którą czerpiecie do walki z mojego bloga, ale również wspieracie mnie w mojej codzienności.

z niektórymi z Was koresponduję, z innymi miałam możliwość spotkać się (Zazie :*, Marciocha :*).

dzięki Chustce poznałam wspaniałych ludzi.

boże, pobłogosław internet!

***

każdego dnia, gdy przeglądam statystki odwiedzin, zastanawiam się skąd jesteście, dlaczego mnie czytacie, co lubicie robić, jakie macie marzenia.
opowiecie o sobie?

poniedziałek, 28 marca 2011

[344].



(Etta James - Damn your eyes)

***

obiad: zupa miso i sześć futomaków z pieczonym łososiem.
(BTW mam wrażenie, że na sushi przychodziłoby więcej ludzi, gdyby były tam normalne sztućce. gdy podałam tę sugestię właścicielowi lokalu popatrzył na mnie jakbym na niego napluła).

***

Vileda wczoraj soczyście wymiotowała, a dziś obgryza kaloryfer.
znawcy kotów, wiecie co to znaczy? napiszcie mi proszę raz - dwa!

***

zaczynam tracić kontrolę nad sytuacją, nad tyloma sprawami usiłuję zapanować.
idę więc spać. zacznę się spinać od nowa od jutra rana.
na dziś wystarczy biegania.
pchły na noc.

niedziela, 27 marca 2011

[343].



(Ewa Bem - Cały świat)

***

Syn do czwartku u Voldemorta.
- a co jadłeś na obiadek?
- dopiero teraz będzie obiadek.
- o dziewiątej wieczorem? a kiedy będzie kolacja?
- mamusiu, oni tu nie podają kolacji, oni obiad jedzą na kolację.

no tak.
- a tatuś pali papierosy przy Tobie?
- pali, ale jak pali to ja go przeganiam żeby sobie poszedł, żebym raka nie dostał.
- a śmierdzisz papierosami?
- no śmierdzę, ale co zrobić, taka to już jest ta rodzina tutaj.

no tak, rodziny się nie wybiera.

***

byłam dziś na obiedzie z Zazie, Syd, Kumokiem i Miszurkiem (i Igą).
(przed Anonimem z komentarza do poprzedniego posta spowiadam się: zjadłam gęstą zupę pomidorową, paciaję z bakłażanów i pomidorów, a na deser - ciastko marchewkowe i takie drugie brązowe. ponadto wypiłam dwa kubki herbaty).

Zazie zwróciła mi uwagę na pewną kwestię, której nigdy dotąd nie objęłam aż tak wprost rozumem: bycie rodziną jest relacją wzajemną.
wyjaśniam:
1. nie stanowię z tobą rodziny, jeśli ja chcę, a ty nie chcesz.
2. gdy stanowimy rodzinę, ja pomagam tobie, więc gdy będę w potrzebie, dostanę wsparcie od ciebie.
proste, acz odkrywcze.

sobota, 26 marca 2011

[342].



(Zaz - Mi va)

***

byłam u Babci B.
nakarmiła mnie za cały tydzień.
ledwo się poruszam.
idę się przewrócić w pościel i błogo zasnąć. niech się sadło zawiązuje.

a tymczasem sąsiadka Babci B., staruszeczka Zofia, będzie jutro od rana odmawiać litanię za mnie (o czym powiadomiła Babcię telefonicznie).
nie wiem czy to w czymkolwiek mi pomoże, ale pewnie Zofii - tak.

choć przyznaję, że przyjemnie jest wiedzieć, że ludzie otaczają mnie dobrymi myślami.
i przyjemnie jest też otaczać innych dobrymi myślami.
...czasami tylko tyle możemy zrobić...

piątek, 25 marca 2011

[341].



(Vasco Rossi - Senza parole)

***



(Vasco Rossi - Sto pensando a te)

***

spotkałam na mojej drodze mentalne szczurki.
tym razem w życiu prywatnym.

znacie ten typ?
są z definicji żałosne - to ich sposób na zdobywanie zainteresowania świata.
oczekują współczucia, litości.
przejmująco opowiadają o swojej niedoli, ale jednocześnie atakują. (potem mówią, że ugryzły ze strachu przed pogryzieniem).
obiecują pomoc, która na słowach się kończy. (ooo, widzisz jakie są nieszczęśliwe? przecież tak bardzo chciały pomóc.)
zadają niby-troskliwe pytania, ale faktycznie chodzi im o zaspokojenie próżnej ciekawości.

pochyliłam się, przyglądałam się, obserwowałam.
raz nakarmiłam, dwa razy pomogłam, trochę poprzytulałam.
niestety, nie da się tego kurewstwa nijak udomowić.

nadszedł więc czas Armageddonu.
wyciągnęłam łopatę i zabijam.
chlusta krew, giną wścibskie zwierzątka o ohydnym wyglądzie, przebiegłym spojrzeniu i głupio - cwanym rozumku.

***

czwartek, 24 marca 2011

[340].



(Dave Lindholm - Pieni ja hento ote)

***

pławię się w samozadowoleniu: Niemąż zachwycony nowym kolorem włosów (rudziasku ty mój, wiewióreczko piękna, pięknotko moja), Synek też (moja ty mamusiu marcheweczko prześliczna).
czemuż ja nie wpadłam na to wcześniej, żeby się tak się upiększyć, no czemu.

a jak zarobię trochę kasy, dorobię sobie rzęsy.
jedna z moich przyjaciółek ma zrobione, wygląda prześlicznie.
no i jakie to praktyczne: nie trzeba smarować rano oka tuszem, tylko od razu po przebudzeniu (a nawet przed) wygląda się zmysłowo i inteligentnie.

a tymczasem pozdrawiam Was bezmakijażowo i bezrzęsnie.
muah!

środa, 23 marca 2011

[339].



(Roger Hodgson - Take the long way home)

***

zrobiłam dziś ponad osiemset km autem.
nikt nie zasuwał autostradą poznańską z prędkością ponad dwustu km/h.
nikt, prócz pana w audi i mnie.

wracam do formy.
moc jest ze mną.

widziałam Alfy Romeo policyjne. stały przy bramce przy autostradzie.
podobno policjanci nimi nie jeżdżą, bo im koła w trakcie jazdy się odkręcają.
tak złośliwi szepczą po kątach.
hy, hy.
dobrze, że za to pasy bezpieczeństwa mają regulowane i zgodne z homologacją.
hy, hy.

wtorek, 22 marca 2011

[338].



(Diana Ross - I'm coming out)

***

z okazji drugiego dnia wiosny oraz braku raka ufarbowałam się na pomarańczowo.

poniedziałek, 21 marca 2011

[337].



(Kings of Lion - Sex on fire)

***

pojechaliśmy z Synem na oglądanie mnie od środka.
Giancarlo zachwycił się Panem Profesorem (kolejny lekarz wynaleziony przez Babcię B., którego z całego serca rekomenduję) oraz Jego maszyną do USG (ja też chcę mieć taki komputer jak będę dorosły).
Pan Profesor sam po nowotworze, więc od razu znaleźliśmy magiczną nić porozumienia ludzi po przejściach (widzę, że pani tak jak ja, nic sobie z tej choroby nie robi. i tak trzymać, tak trzymać. trzeba żyć normalnie.).
oprócz wykonania drobiazgowego USG jamy brzucha, Pan Profesor pokazał Synkowi moje serce (ciekawe, kogo mamusia ma w serduszku, chodź podejrzymy) oraz macicę (tu byłeś zanim się urodziłeś, dziwne, cooo?).

płynu mam dużo w otrzewnej.
może być z powodu kłopotów z białkiem.
trza zrobić proteinogram i takie tam.

niedziela, 20 marca 2011

[336].



(Gigliola Cinguetti - Ma l'amore no)

***

rano przywiozłam najserdeczniejszego zioma z grupy przedszkolnej do naszego domu.
chłopaki uwielbiają spędzać czas ze sobą.
najpierw grali na xboxie w Batmana Lego, potem ganiali się i ostrzeliwali, w końcu legli na naszym gigantycznym łożu wśród tysiąca poduszek i bawili się w dużego kota i w małe kociątko (zabawa polegała na turlaniu się po łóżku wzdłuż i wszerz).
słodziaki.

popołudniu odwiozłam zioma do Jego kwatery.
Giancarlo zdecydował, że chce poczekać na mnie w domu - był to Jego debiut w zostawaniu samemu.

wróciłam, a tu... taaa-daam! stół przygotowany do obiadu - Syn sam z siebie, spontanicznie, rozłożył talerze, sztućce, kieliszki do wody.
dorośleje...

podałam obiad, a w trakcie posiłku dopadło mnie zmęczenie.
i spanikowałam.
że właśnie wraca rak.
a ja teraz sama w domu z dzieckiem.
i kto mi pomoże.
kto wytrze smarka, kto zaniesie do łazienki na siku, kto przygotuje i poda herbatkę i kanapkę, kto mnie poniunia.

przeraziłam się.
postanowiłam więc przeczekać zły czas i poszłam spać.
może to kiepska strategia.
grunt, że działa.

sobota, 19 marca 2011

[335].



(Nora Jones Are you lonesome tonight)

***

dziś ustaliłyśmy z Przyjaciółką: będąc w parze ludzie siebie tworzą - tak samo jak mogą niszczyć.
a Wy, czy wierzycie, że na to kim jesteś wpływa z kim jesteś?

ja to wiem.

dobroć wraca.
idę spłacać dług :)

piątek, 18 marca 2011

[334].



(piosenka Lidki z Czterech pancernych i psa)

***

- mamo, dlaczego pod wpływem czasu ludzie się starzeją?
- bo tak już jest - odpowiadam byle jak. nie mam dziś czasu na rozmowy o życiu. ani na żadne rozmowy. ani na nic. kolejny tydzień zasuwam na maksymalnych obrotach.
- a tak konkretniej? - Giancarlo nie daje za wygraną.

a tak konkretniej, Synu, to wolę nie brnąć w ten temat.
nie ogarniam parametru czasu, nie rozumiem go.

***

- mamo, nie pracuj tyle. odpocznij sobie, połóż się do łóżeczka, bo znowu raka dostaniesz.
- ale ja muszę pracować, jak nie będę, to nie będziemy mieli pieniędzy.
- to powiedz wujeczkowi żeby zarobił, ty przecież nie możesz się przemęczać.

no wiem, wiem że nie mogę.
tylko co z tego.


gdzieś wyczytałam, że podobno większość osób, które chorowały na raka nie wraca już do aktywności zawodowej.
ciekawe dlaczego.
z braku sił? z braku wiary w siebie? z rozsądku?

czwartek, 17 marca 2011

[333].



(Toto Cutugno - Solo noi)

Vendo tutto se vuoi.
Solo noi, solo noi.
Odio queste lenzuola che il tempo cancella il profumo di te.


tęsknię, tęsknię...

***

napisałam odpowiedź na apelację Voldemorta w sprawie (jakże niesłusznego) podwyższenia alimentów.
będzie sąd miał ubaw.
(...)
8. „ponoszę większe koszty: dojazdów po syna jak i córkę”:
a. córka mieszka dwie przecznice od ojca, można tam pójść piechotą albo rowerem, dzięki czemu ograniczy się wydatki

(...)
albo:
9. „ponoszę większe koszty (…) wspólnych świąt, urodzin, biletów do kina, lodowiska, oszczędzania na wspólne wakacje”:
a. mając dzieci, rodzinę każdy ponosi takie koszty – w/w argument jest demagogiczny.
(...)
c. dziecko nie było NIGDY z pozwanym na ŻADNYCH wakacjach – pomimo moich licznych próśb i zachęt. Oznacza to, że koszt, który „ponosi” pozwany „na wspólne wakacje” jest albo fikcją albo kłamstwem.
(...)

itp. itd.

żena.
ojciec Syna jest półgłówkiem, a ja też, bo zrobiłam z nim dziecko.
pocieszam się tym, że nie ja jedna mam z nim dziecko; durnych jak ja było więcej.

a poza tym ładne dzieci robi.

środa, 16 marca 2011

[332].



(Hess Is More - Yes Boss)

***

Niemąż nadal nieobecny.

nie lubię tęsknić.
znaczy się lubię, ale tylko trochę i tylko czasami.
tak trochę, pół łyżeczki, nie więcej.

wracaj już, wracaj.
czekamy.

Ja ciebie kocham! Ach te słowa
Tak dziwnie w moim sercu brzmią.
Miałażby wrócić wiosna nowa?
I zbudzić kwiaty co w nim śpią?
Miałbym w miłości cud uwierzyć,
Jak Łazarz z grobu mego wstać?
Młodzieńczy, dawny kształt odświeżyć,
Z rąk twoich nowe życie brać?

Ja ciebie kocham? Czyż być może?
Czyż mnie nie zwodzi złudzeń moc?
Ach nie! bo jasną widzę zorzę
I pierzchającą widzę noc!
I wszystko we mnie inne, świeże,
Zwątpienia w sercu stopniał lód,
I znowu pragnę — kocham — wierzę —
Wierzę w miłości wieczny cud!

Ja ciebie kocham! Świat się zmienia,
Zakwita szczęściem od tych słów,
I tak jak w pierwszych dniach stworzenia
Przybiera ślubną szatę znów!
A dusza skrzydła znów dostaje,
Już jej nie ściga ziemski żal —
I w elizejskie leci gaje —
I tonie pośród światła fal!


(Adam Asnyk - Ja ciebie kocham)

***

spotkałam się jakiś czas temu z takim jednym, w którym kochałam się pół życia (zanim zaczęłam się kochać w Niemężu).
gość waży pięć ton, wyliniał, podszedł wodą, zamiast zębów ma poczerniałe pnie, do tego - zaburzenia krążenia, rozwalona trzustka, wątroba, śledziona, odkorowany mózg.
a dwadzieścia lat temu był zachwycający niczym Jim Morrison.
na powitanie wyjąkał ale się porobiło, co?
miałam ochotę zakrzyknąć no kurwa jest grubo, wyglądasz jakbyś umarł roku temu i grabarz o tobie zapomniał.
ale opamiętałam się, ugryzłam się w język, puknęłam w czoło, przeżegnałam lewą nogą.

drogie dzieci, nie bierzcie twardych narkotyków.
szkodzą.

wtorek, 15 marca 2011

[331].



(BIGBANG - Lies)

***

mój Ojciec zawsze mi powtarzał, że podróże kształcą.
otóż byłam dziś w podróży.
i, przyznać muszę, to była kształcąca podróż.

z tego miejsca pragnę podziękować:
Kwoce - za "pyszną" zupę;
PKP - za pociąg podstawiony za wcześnie (i co z tego, i tak się na niego spóźniłam) oraz taki, który dojechał z opóźnieniem;
Niemężowi - za możliwość odbycia tej inspirującej podróży, która dostarczyła mi wielu niezapomnianych wrażeń.

poniedziałek, 14 marca 2011

[330].



(Diana Krall - The look of love)

***

rany, ale jestem zmęczona. cały dzień biegałam z motorkiem w tyłku po mieście. teraz padam z nóg.
ale to jest przyjemne zmęczenie - zmęczenie po dniu pełnym pracy.
i to nie jest zmęczenie jak kiedyś, zanim się dowiedziałam, że mam raka. wówczas moje zmęczenie było zbolałe, rozpaczliwe, beznadziejne.
teraz wiem, że jutro rano obudzę się wypoczęta i będę miała siłę działać dalej.

ja żyję!
nareszcie to do mnie dociera.

wznoszę więc toast dżinem z tonikiem: za moje zdrowie, zdrowie moich Bliskich, Wasze zdrowie.
chlup do dna!

niedziela, 13 marca 2011

[329].



(Gino Vannelli - Gettin' high)

***

byłam na niedzielnym kotlecie u Babci B.
w Jej ogrodzie zakwitły przebiśniegi.
po pół roku zimy nadeszła wiosna.
jak dobrze.

***

Mama Niemęża modli się za mnie, za Niego, za mojego Synka, za Babcię B.
bo ja jestem dobra w modleniu, to będę się za Was modliła.
fajne podejście.
niech każdy robi to, w czym jest dobry.
tak powinno być.

Vileda też jest dobra w tym, co robi - głośno strzela z gumek recepturek.
hop! i kocica jest na stole przy którym pracuję na laptopie.
a na biurku piętrzą się stosy dokumentów omotane gumkami.
wystarczy zaczepić łapką gumę, mocno ją napiąć, guma z hukiem strzela, dokumenty się rozsypują.
mrrrrach, to było grrrrejt.
zaczepia więc ponownie łapeczką, jeszcze mocniej odciąga, gumka pęka.
mrrrrach, mrrrach, podsuń mi prrrrrroszę kolejne papierzyska spięte gumką.

właśnie.
a w czym ja jestem dobra?


a Wy?

sobota, 12 marca 2011

[328].



(Laura Pausini - It's not goodbye)

***

zaskoczyliście mnie ilością zgłoszeń.
wiem ze statystyk, że jest dużo wejść na bloga, ale sądziłam, że to jedna osoba tak klika, nie mogąc załadować strony ;)

nie znalazłam platformy, na którą mogłabym się eksportować z tym blogiem.

nie mogę odmówić dostępu setkom Czytelników, tym bardziej, że musiałabym z tych setek wybrać tylko sto osób. nie wiedziałabym jakimi kryteriami "selekcji" się kierować.

postanowiłam więc, że wycofuję się z ograniczania dostępu do bloga.
w zamian - wprowadzam od dziś zatwierdzanie komentarzy.

serdecznie przepraszam Was za zamieszanie, który wytworzyłam.
mea culpa.

***

odkąd wróciliśmy z zimowiska pogrążam się w chaosie - nie ogarniam na raz trzech etatów (ha! bałam się, że nie dostanę żadnej pracy, a mam trzy!), dziecka, sprzątania, zakupów.
zrezygnowałam więc z działań mniej istotnych - ze sprzątania i zakupów.
w efekcie syf w domu jest wręcz epicki, a lodówka żałośnie chłodzi samą siebie.

a ja nie mam czasu na nic.
pędzę. gonię. biegnę.

wczoraj wieczorem Syn był tak potwornie głodny, że postanowił sam ugotować parówki.
wybiłam Mu to z głowy.
nie żebym martwiła się, że się oparzy.
po prostu nie ma parówek.
( - jak to, nie mamy parówek? przecież zawsze tu leżały - wymamrotał zdziwiony, gdy zanurkował do lodówki).

nie ma też papieru toaletowego ani żwirku dla Viledy.
i jeszcze paru rzeczy.

nic to.
I'll think about that tomorrow.

piątek, 11 marca 2011

[327].



(Jacques Bono - Bach's Violoncello Suite 1 - Prelude)

***
zaskoczyliście mnie.
dostałam kilkaset maili i kilkaset wiadomości na gg z prośbami o dostęp do bloga.
to oznacza, że nie jestem w stanie zaprosić wszystkich do czytania mnie (blogger ogranicza czytających do 100 osób). z drugiej strony nie chcę robić selekcji...
chciałabym tylko nieco ograniczyć anonimowość...

czwartek, 10 marca 2011

[326].



(Republika - Zapytaj mnie czy cię kocham)





zmiany, zmiany, zmiany.
lojalnie uprzedzam, zamykam w najbliższą sobotę publiczny dostęp do tego bloga.

środa, 9 marca 2011

[325].



(David Gilmour - Wish you were here live unplugged)

wtorek, 8 marca 2011

[324].


(Mirosław Czyżykiewicz - AVE)

poniedziałek, 7 marca 2011

[323]. tak!


(Edith Piaf - Non, je ne regrette rien)

niedziela, 6 marca 2011

[322]. praca.


znalazłam przypadkowo na fejsiku tekst, który krąży w sieci od dobrych dziesięciu lat.
w komentarzach małolaty m.in. piszą, że "ktos kto to napisal musi miec cos nie tak z glowa" itp.
a ja myślę, że był to ktoś, kto świetnie zna realia wyjazdów integracyjnych.

Autentyczny tekst rozesłany przez kierownika w jednej z dużych polskich firm, gdzie pracuje masa normalnych osób, które lubią się odprężyć.

Drodzy Koledzy! W związku z bardzo bliskim już szkoleniem w Rowach, czuję się w obowiązku podjąć kolejny raz tę syzyfową pracę i zaapelować do Waszego człowieczeństwa, resztek instynktu samozachowawczego i sumienia (trudny wyraz, zjawisko sumienia nie jest wśród Was powszechne, wiem).
Jak wiecie szkolenie jest przeznaczone dla pracowników działów sprzedaży ze wszystkich spółek grupy A*****R. Znaczy to, że oprócz nas będą tam również normalni ludzie. Dlatego proszę o przestrzeganie paru zasad, które pozwolą nam przebrnąć jakoś przez ten kolejny ciężki życiowy egzamin:
1. Nie awanturujemy się zaraz po przyjeździe o warunki zakwaterowania czy miejsce przy stole. Delikatnie zwracamy uwagę osobom odpowiedzialnym za zaistniałą sytuację i grzecznie proponujemy zmianę.
2. Nie upijamy się do nieprzytomności.
3. Nie wolno w żadnym wypadku publicznie bić lub lżyć Jarka W.
4. Nie przewracamy stołów, krzeseł i ław.
5. Nie zasypiamy na krześle, ławce, fotelu ani na stole w trakcie trwania szkolenia czy integracji. Zakaz ten dotyczy również pleneru.
6. Pilnujemy się nawzajem i jak kogoś ogarnie słabość grzecznie, spokojnie i dyskretnie ewakuujemy kolegę na z góry upatrzoną pozycję.
7. Nie używamy cały czas wyrazów wulgarnych (np. zamiast powiedzieć "kurwa czy masz jeszcze te w dupę jebane papierosy, bo mi właśnie kurwa wyszły do chuja zajebanego" można powiedzieć "czy mógłbyś mnie poczęstować papierosem"; albo zamiast powiedzieć "do chuja! Widziałeś tę sukę z ... ., na pewno wali się jak dzika, o ja pierdolę" można powiedzieć "widziałeś jaka fajna dziewczyna przyjechała z firmy..."
8. Nie bijemy się między sobą, a ewentualne kłótnie należy cicho przeprowadzać i nie wołać nikogo na arbitra.
9. Nie ryczymy jak dzikie zwierzęta.
10. Nie wycieramy podłogi kolegami z pracy ani ze spółek.
11. Nie pytamy kolegów, którzy mówią rzeczy, które wydają się nam absolutnie bezsensowne "głupi się robisz?"
12. Nie opowiadamy nikomu głupot i nie zanudzamy opowieściami o naszych pijackich bądź seksualnych osiągnięciach.
13. Z Zarządem rozmawiamy TYLKO na trzeźwo!!! Staramy się podczas rozmowy nie opowiadać głupot o naszych niesłychanych możliwościach, umiejętnościach i osiągnięciach przyszłych, jak i minionych. W żadnym wypadku nie roztaczamy przed Zarządem wizji pojemności rynku w poszczególnych grupach asortymentowych. Podczas rozmowy nie należy trzymać rąk w kieszeniach, palić i wydmuchiwać dymu prosto w twarz rozmówcy, ani drapać się po genitaliach. Nie należy również obejmować rozmówcy ramieniem. Pamiętamy że Członek Zarządu naszej firmy nie jest "luźnym spoko ziomem".
14. W żadnym wypadku nie kiwamy ręką na Członka Zarządu Naszej Firmy.
15. Nie zmieniamy, klnąc na czym świat stoi, regulaminu gier i konkursów przygotowanych dla nas przez pracowników firmy szkolącej.
16. Jeżeli któryś z uczestników szkolenia nie będzie chciał pić każdej kolejki, nie ryczymy na całą salę "nie chlasz? - to po chuj żeś tu przyjechał"
17. Nie gwiżdżemy na obsługę, nie domagamy się gromkim głosem wódy, żarcia czy usługi seksualnej.
18. Nie wolno uniemożliwiać wejścia/wyjścia z zajmowanego wspólnie z kolegami domku/pokoju poprzez odbywanie tam długotrwałego stosunku płciowego.
19. Nie wolno oddawać moczu do umywalek ani pojemników na śmieci. Można to uczynić do klozetu lub pisuaru.
20. Jeżeli w trakcie zabawy ktoś wyłączy prąd, bo już najwyższy czas iść spać, należy jak najszybciej podać mu szklankę zimnej wody.
21. Przed pytaniem "czy jest tu coś do wypierdolenia?", przed wykonaniem "tąpnięcia w Bytomiu" bądź "pionizacji" sprawdzamy, czy jesteśmy we właściwym domku/pokoju. Nie wyłamujemy drzwi wejściowych do w/w obiektów "bo tam na pewno się schował!"
22. Szkody powstałe podczas kretyńskich, pijackich wybryków będą pokrywane z Waszego uposażenia, bez dyskusji.
23. Będąc pod silnym wpływem alkoholu nie przechadzamy się środkiem ośrodka wczasowego i nie informujemy całego otoczenia, że jest luźno,
24. Chcąc odbić partnerkę w tańcu (o ile dojdzie do zabawy tanecznej) nie przypalamy nikogo papierosem ani nie odpychamy jak chłopca.
25. To nieprawda, że wszystkie kobiety, które będą na szkoleniu mają ochotę pobzykać się z Wami i nie należy również wygłaszać komentarzy w stylu: "kurwa! Tę to bym jebnął..."
26. Zabraniam palenia i robienia setek zdjęć w trakcie szkolenia i integracji. W szczególności zakaz ten dotyczy Sebastiana. Jemu nie wolno dotykać aparatu w ogóle!
27. Nie odbywamy długotrwałych i głośnych stosunków płciowych w pomieszczeniu, w którym przebywają jeszcze inne, postronne osoby, które pragną odpocząć.
28. Nie obrażamy się wzajemnie i nie snujemy głupawych opowieści o rezultatach nieudanych eksperymentów niemieckich na ludności polskiej,
29. Przed rozpoczęciem darcia mordy z treścią, która ma zachęcić napotkaną kobietę do natychmiastowego odbycia stosunku płciowego, należy się rozejrzeć i oszacować audytorium. Naprawdę nie wszyscy mają ochotę tego słuchać.
Zdaję sobie sprawę z faktu, iż powyżej podjęte sprawy nie wyczerpują bardzo szerokiego wachlarza Waszych możliwości. Jednakże jeżeli narobicie sobie i mnie wstydu i zaprezentujemy się w obliczu koleżanek i kolegów z grupy A*****R, nie jako zgrany kolektyw sympatycznych ludzi, lecz jako banda wyzutych z resztek człowieczeństwa, zezwierzęconych skurwysynów i pijaków, to długo nie będzie żadnego wyjazdowego szkolenia. 

kto był na takim wyjeździe - ręka w górę.

sobota, 5 marca 2011

[321]. sen.

w nocy we śnie ukazał mi się Niemąż - w szatach Matki Boskiej, ręce złożone do modlitwy, wyraz twarzy uduchowiony, spojrzenie błogosławione.
i przemówił: nie martw się maleństwo moje, wszystko się ułoży.

(przed snem czytałam "Masakra profana" Jarosława Stawireja).

***
pojechałam w gości do Siostry Jaguara.
rozmawiałam z Jej trzyletnim Synkiem.
- znasz jakieś przekleństwa?
- znam.
- powiedz cioci jakie.
- znam... na przykład... takie... przekleństwo czytania.

o tak, to prawdziwe przekleństwo - jak człowiek zacznie czytać, to przestać nie może.
a najgorszym przekleństwem jest, gdy sam nie umie czytać i zmusza innych do czytania sobie na głos.

piątek, 4 marca 2011

[320]. jak rozmawiać z dzieckiem o seksie?

odpowiedź na tytułowe pytanie mogliśmy dziś poznać w gazetce ściennej na uczelni Giancarla.
niestety ja nie doczytałam, gdyż już samo pytanie wprawiło mnie w stan oszołomienia i nieważkości.

po milisekundzie zawahania udałam się do gabinetu pani dyrektor, podzielić się wątpliwościami dotyczącymi tego kontrowersyjnego pytania.
- to pani psycholog przedszkolna redagowała.
- to może niech najpierw nauczy się ortografii zanim zacznie redagować.
aaaaszszszszszszcholera, że też ja szybciej się odzywam niż myślę.


wydaje mi się to dość absurdalne, żeby rodzice czerpali wiedzę z gazetki ściennej jak należy rozmawiać z dzieckiem o seksie.
tym bardziej, że mentorem jest bezdzietna, świeżo upieczona magister psychologii.
myślę, że sama niewiele o nim wie.

poza tym nie rozumiem, dlaczego akurat ten temat jest wart gazetki ściennej.
dlaczego nie ma gazetek ściennych jak rozmawiać z dzieckiem o trawieniu albo jak rozmawiać o naprawianiu spłuczki?

ktoś się tu chyba czegoś krępuje.

czwartek, 3 marca 2011

[319]. Voldemort.

dziś, celem uprzykrzenia życia, przypełzł do mnie listem poleconym Voldemort.

od paru lat spędzamy czas formalnie ustalając, ile kosztuje utrzymywanie Syna.
dokładniej rzecz ujmując - staram się udowodnić, że łożenie na dziecko jest również jego obowiązkiem.
nic w tym oryginalnego: miliony kobiet próbują wyszarpnąć trochę pieniędzy dla dziecka, miliony mężczyzn dziwią się, że dzieci jedzą.
a komornik, biedaczysko, od kilku lat nie potrafi ustalić, czy tatko ma jakiś majątek, czy nie.
du, du, du, du.
czary - mary.
pęczek drutu.

tym razem Voldemort wysadził się na wielostronnicową apelację, w której odwołuje się od wyroku sądu, który podwyższał alimenty.
mój ulubiony argument podważający zasadność płacenia brzmi: czy Sąd w (..) dokonał należytej staranności wydając wyrok i uzasadnienie do niego, mając na uwadze (...) że operacja w dniu 04.05.2010 nie odbyła się w placówce medycznej.
no, ubaw po pachy.
nic nie rozumiem.

azaliż więc zasiadam pisać odpowiedź na apelację.
(jeśli operacja nie odbyła się w placówce medycznej, to gdzie mogła się odbyć?)

środa, 2 marca 2011

[318]. tv.

nie lubię telewizji.
nie lubię sensacji.

nie zostanę celebrytką.
a mogłabym - odkąd pamiętam moje życie obfituje w barwne i nieprawdopodobne zdarzenia.

co prawda mąż nie zjadł mi głowy, ale Niemąż lub Syn... kto wie...

wtorek, 1 marca 2011

[317]. dylemat.

zmiana klimatu przyczyniła się do rozwoju Syna, który zamienił przeliterowywanie wyrazów na mozolne łączenie liter w wyrazy.

(brawo dla tego Pana.
On też się cieszy z każdego przeczytanego słowa.
podczas jazdy nad morze, po zaskakująco długim - jak na Niego - milczeniu przemówił z niemałym zaskoczeniem w głosie: - Narodowy Bank Polski?
zamarliśmy zdumieni.
okazało się, że w kieszonce swojej kurtki znalazł, nomen omen, kieszonkowe - banknot dziesięciozłotowy).

ponadto:
liczy do trzydziestu.
dodaje i odejmuje w zakresie dziesięciu.
buduje wypowiedzi złożonymi zdaniami.
logicznie argumentuje, rozumie zależności.
zna koło pięćdziesięciu słów po angielsku.
umie pisać, choć często pisze w lustrzanym odbiciu (mańkut - po Mamie, Babci B. oraz Tacie Voldemorta), nie dbając o równy rozmiar liter.
kiepsko rysuje (jego prace są raczej schematami technicznymi), nienawidzi kolorowania.
śpiewać ani występować serdecznie nie lubi.

no.

i co mam zrobić: zostawić Go w przedszkolu (sześciolatki, czyli zerówka), czy puścić od razu do pierwszej klasy?
... termin nagli, zapisy do szkół są do końca marca...
nie wiem.


tylko nie argumentujcie przedłużaniem dzieciństwa przez przymulający pobyt w przedszkolu.
nie kupię tego - wierzę w naturalny pęd do rozwoju.
 
©KAERU 2010
Wszystkie prawa zastrzeżone Sałyga